Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura czeska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura czeska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2013

SZPITAL NA PERYFERIACH, Jaroslav Dietl


W moim domu zawsze panowały pewne reguły, które, tak mi się wtedy wydawało, obowiązywały wyłącznie mnie. Nie byłam dzieckiem, które lubiło chodzić wcześnie spać, ale pamiętam moją codzienną rutynę: dobranocka, kolacja, dziennik, spać. Telewizor był rzadko u nas włączany, zazwyczaj dopiero pierwszy raz w porze dobranocki, a w niedzielę na Teleranek, toteż każdy program, czy film, który mogłam obejrzeć nadprogramowo był dla mnie wielkim bonusem. Już wtedy jako mała dziewczynka byłam zafascynowana szpitalem i namiętnie bawiłam się w pielęgniarkę, toteż ubłagałam Mamę, abym mogła oglądać „Szpital na peryferiach”. Uwielbiałam ten serial, szczególnie pierwszą serię, a melodia z czołówki wbijała mnie w fotel i na kilkadziesiąt minut mogłam zatopić sie w świat małego szpitala w Borze, gdzie rządził doktor Sova, a doktor Štrosmajer swoim poczuciem humoru przyprawiał każdy szpitalny dzień i był, oczywiście, moim ulubieńcem.

Sięgnęłam po książkową wersję „Szpitala na peryferiach” Jaroslava Dietla, bo po dobrych, ale wymagających czerwcowych lekturach miałam ochotę na coś lekkiego z nutą humoru. To był doskonały wybór. Ubawiłam się setnie przypominając sobie kultowe powiedzenie Štrosmajera "Gdyby głupota miała skrzydła, to latałaby pani jak gołębica". Książka chyba jest oparta na scenariuszu, bo przewracając  kolejne strony, przed oczami mialam poszczególne sceny z “Nemocnicy na kraji města”. Zadziwiające, że ostatni raz serial oglądałam na pewno z dwadzieścia lat temu, a bardzo dokładnie go pamiętam. To był taki radosny punkt w szarej peerelowskiej rzeczywistości, opowiadajacy o zwykłych sprawach, o zwykłych ludziach, ale z niezwykłym poczuciem humoru, który wtedy był na wagę złota.
Nie mam wątpliwosci, że każdy, kto tak jak ja darzy sentymentem lekarzy i pielęgniarki z prowincjonalnego szpitala, będzie zachwycony książkową wersją tej historii.




____________
Jaroslav Dietl, Szpital na peryferiach, przeł. Ewa Pankiewicz, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1991, s. 377.

Pierwsze zdanie: To musiał być poważny wypadek.

Ostatnie zdanie: Dalsze słowa skryły się za wejściowymi drzwiami, które zamykając się za doktorem Sową i panią Fastową, zamknęły całą opowiedzianą tu historię. 


------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter.

sobota, 29 czerwca 2013

ZBYT GŁOŚNA SAMOTNOŚĆ, Bogumil Hrabal


Był sobie Haňtio. Od trzydziestu pięciu lat prasował stary papier i już przerobiony układał w paczki. Na dole, w piwnicy, gdzie wrzucano mu kolejne porcje makulatury. Za towarzystwo miał dzbany piwa, myszy, czasami wpadały Cyganki lub profesor estetyki, a czasami Haňtio wpadał do swego wuja. I to było całe jego życie. Na pozór. Kochał swoją prasę, którą zamierzał odkupić i zabrać ze sobą na emeryturę, kochał swoją pracę i skarby, które tam znajdował – książki. Dzięki nim był “wbrew własnej woli wykształcony”, a za towarzyszy swojej piwnicznej doli miał i Kanta i Senekę i wielu innych złotoustych i złotopiórych, dzięki nim mógł powiedzieć: “ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich ludziach jak ja”.
Mówi również: “Jestem dzbanem pełnym żywej i martwej wody, wystarczy, bym się lekko nachylił, a ciekną ze mnie same piękne myśli, jestem wbrew własnej woli wykształcony, tak więc właściwie  nawet nie wiem, które myśli są moje i ze mnie, a które wyczytałem”.
Dwie tony ocalonych woluminów znalazły bezpieczną przystań w jego domu, które, jak myślał Haňtio, dybają na jego życie, aby pomścić śmierć wielu sióstr. Codziennie w pracy ma wewnętrzny dylemat – ocalić książki czy je niszczyć. A może chociaż przeczytać?

O swoim życiu i ukochaniu książek Haňtio opowiada w swoim długim monologu, mądrze prawiąc o miłości, samotności, sensie życia. O wszystkim tym, o czym dowiedział się ze swoich cennych tomów, z których przyswoił wartości będące podwaliną jego egzystencji. W pewnym momencie jednak boleśnie przekonuje się, że już nie dogania świata, on i jego prasa. Są już młodzi, ambitni, realizujący plan na nowej, niezwykle szybkiej maszynie, którzy nawet nie pomyślą, co takiego prasują. Zaś myśl jest największym ludzkim skarbem, największą wartością, a poznawanie rzeczywistości poprzez zakurzone książki - intelektualną powinnością człowieka.

„Zbyt głośna samotność” to opowiadanie utkane nie tylko z pięknych poetyckich zwrotów, ale także z żalu, goryczy, melancholii i ukrytych znaczeń, które odkrywa się powoli, często w trudzie. Tam miesza się liryka z wulgarnością, filozofia z rzeczywistością ulicy. 
Do kilkukrotnego przeczytania, przynajmniej dla mnie, zagubionej nieco w literaturze Hrabala. Smakowałam język i czytałam z przyjemnością, aby później zdołować się wymową utworu i wciąż mieć mnóstwo wątpliwości, czy aby na pewno czytałam go ze zrozumieniem. 



__________
Bogumil Hrabal, Zbyt głośna samotność, przeł. Piotr Godlewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1993, s. 101.

Pierwsze zdanieTrzydzieści pięć lat robię w starym papierze i to jest moja love story.

Ostatnie zdanieToteż nie mogłem ani widzieć  ani słyszeć  jak te moje dwie Cyganki, uwieszone u ramion dwóch Cyganow, krokiem polki przecwałowały przez park na placu Karola z lewej strony na prawą i znikły na zakręcie wysypanej piaskiem ścieżynki, gdzieś za gęstymi zaroślami. 


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter.

Image and video hosting by TinyPic

piątek, 28 czerwca 2013

STACJA TAJGA, Petra Hůlová


„Stacja tajga” Petry Hůlovej to nie jest książka, która przyniesie radość i odprężenie. To bardzo mroczna, dosyć przygnebiająca powieść, gdzie są „Czarne lasy. Jakby ciężarówkami zwożono do nich całą ciemność. Ciemnozielone, z polanami porośniętymi wiecznie mokrą trawą tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi”.
Książka wymaga od czytelnika skupienia, nadążania za skomplikowaną, chaotyczną narracją i mnogością wątków. Przeczytałam sto stron i ciągle nie byłam zdecydowana, czy chcę kontynuować czytanie, historie opowiadane w książce odpychały mnie, aby po chwili przykuć do fotela. Później zaś długo też nie byłam zdecydowana, czy ta powieść podoba mi się, czy wręcz przeciwnie. Nastąpił jednak przełom, który spowodował, że „Stacja tajga” wchłonęła mnie kompletnie i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam końcowego akapitu, który wyjaśnia wszystko.
Dwa miejsca na mapie - zagubiony w syberyjskiej tajdze Charyń, którego nie ma nawet na wojskowych mapach, i Kopenhaga. Czasy tuż po drugiej wojnie światowej i współczesne. Dwie postacie – Hablund Doran, fabrykant marzyciel, który wybiera się na Syberię, aby zgłębić obrzęd Kawaszi i życie zagubionych w tajdze enklaw oraz antropolog Erske i jego podróż śladami Hablunda, pozornie aby wyjaśnić powody jego zniknięcia, ale przede wszystkim, aby podnieść swój prestiż na uczelni.

Muszę przyznać, że Petra Hůlová potrafi budować nastrój i napięcie. Jest w tej książce coś, co czuje się każdą komórką ciała, coś na kształt muzyki w filmie, coś, co powoduje podwyższoną czujność, napięcie i oczekiwanie na zbliżającą się katastrofę. Dzięki jej słowom tajga jest ciemna, groźna, niebezpieczna, a w Charyniu czuje się czające w mroku zło i tajemnice. Syberyjska zima jest oślepiająco biała i jeszcze bardziej mroźna, którą można znieść jako tako czytając książkę latem. Bo to tylko pozornie książka o zaginięciu i poszukiwaniach. Jest to przede wszystkim opowieść o mieszkańcach Syberii, mieszkających w jednej wiosce, ale tak naprawdę to daleko od siebie tak bardzo, że się bardziej nie da,  tubylcach – plemieniu Karów i przesiedleńcach. Przesiedleńcy znaleźli się w Charyniu za karę, większe lub mniejsze przewinienia przeciwko socjalistycznemu Kraju Rad, a Karowie, pogardliwie nazywani przez nich buraczarzami, byli tam od zawsze, ze swoją wiarą w wielu bogów, obrzędy i wielożeństwem. Przez przypadek zostali w tajdze odnalezieni i natychmiast usiłowano ich zmienić na modłę reszty kraju. Wszyscy zaś mają dwie wersje zdarzeń, jedną dla obcych, którym mówią co chcą lub jeszcze mniej, gdy zadawane są im pytania, drugą dla swoich.
Podobnie jak w „Czasie Czerwonych Gor” mamy zderzenie starego z nowym. Tak samo również, jak w poprzedniej książce Hulovej istotne są postacie kobiet. W „Stacji tajdze” kobiety są tylko pozornie podporządkowane mężczyznom, faktycznie mogą robić to, co chcą. Są niezależne, mają swoje cele. Nawet ci silni, mrukliwi mężczyźni wydają się przy nich słabi i nijacy.

„Stacja tajga” jest dobrą powieścią, ale nie porwała mnie tak, jak wielu innych. Być może sprawiła to mnogość wątków, a niektóre z nich przy końcu zostały jakby porzucone i pozostawione w zawieszeniu, a być może nadmiernie skomplikowany sposób opowiadania historii, moim zdaniem niekonieczny aż do takiego stopnia. Hůlová ma dobre pióro i potrafi tworzyć historie, cenię ją za przybliżanie tych miejsc na świecie, o których nie wiemy praktycznie nic i liczę na to, że w kolejnej książce znowu zabierze nas w jakiś nieznany zakątek świata. 


Powiazane linki:
  1. Czas Czerwonych Gór
____________

Petra Hůlová, Stacja Tajga, przeł. Piotr Godlewski, WAB, Warszawa 2011, s. 427.

Pierwsze zdanie: Hablund przede wszystkim był zachwycony.

Ostatniego zdania nie ma, aby uniknąć spojlera.


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, Rosja w literaturze, Z półki - 2013.


Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 25 czerwca 2013

JAK TATA PRZEMIERZAŁ AFRYKĘ, Ota Pavel


„Jak tata przemierzał Afrykę” to tom opowiadań wydanych już po śmierci Autora. To znacznie krótsze opowiadania niż te, które zawarte są w tomach „Śmierć pięknych saren” czy „Jak spotkałem się z rybami”. Muszę przyznać, że początkowo trudno było mi w nich doszukać się tej magicznej atmosfery z poprzednich, czytanych przeze mnie książek, jednakże z każdą kolejną przewracaną kartką znowu uwiodła mnie niezwykła spostrzegawczość , bo Ota Pavel potrafi zamykać w słowach ulotność chwili tak samo, jak dobry fotograf  potrafi ją złapać w kadr.

Tytułowe opowiadanie, poświęcone ukochanemu Tatusiowi Oty, przyznaję, że podobało mi się najmniej, chociaż razem z opowiadaniem „Bieg przez Pragę” jest doskonałym uzupełnieniem portretu ojca pisarza ze „Śmierci pięknych saren”. „Jak tata przemierzał Afrykę” to opowieść o fantastycznych przygodach Taty sprzed czasów poznania Herminy, matki Oty, w tym także o zaciągnięciu się do Legii Cudzoziemskiej, a później brawurowej ucieczce. Ten mój sceptycyzm bierze się pewnie z tego, że trudno mi uwierzyć, iż jednej osobie zdarzyły się te wszystkie niesamowite przygody i z każdej opresji udało mu się wyjść cało.
Jednakże cała reszta, moim zdaniem, jest lepsza, czy też lekką ręką napisane wspomnienie na temat jego choroby, czy też zapisy przechadzek wzdłuż potoków. Najbardziej jednak ujęło mnie jego umiłowanie gór. Tej strony Oty do tej pory nie znałam, a okazało się, że jest on doskonałym piewcą gór, ich niezwykłej urody, otaczającej przyrody oraz ludzi, którzy tak jak on, ukochali wędrówki po niebezpiecznych szlakach. Ze wszystkich krótkich szkiców codzienności Oty bije radość życia, smakowanie drobnych codzienności, dostrzeganie wyjątkowości spraw i rzeczy tam, gdzie większość przechodzi obojętna lub jest zbyt zajęta biegiem przez życie, aby je ujrzeć tak jak Ota, który lubił wolne spacerowanie i czerpanie garściami z każdego dnia.

„Śmierć pięknych saren” to zbiór błyszczących diamentów czeskiej literatury i chociaż „Jak tata przemierzał Afrykę” jest zdecydowanie słabszym zbiorem opowiadań (być może nie bez powodu Ota Pavel nie opublikował go za swojego życia), ale i tam znajdzie się kilka prawdziwych pereł, prostych, ale niezwykle czarujących. 



Powiązane linki:
  1. Śmierć pięknych saren



_____________
Ota Pavel, Jak tata przemierzał Afrykę, przeł. Urszula Lisowska i Jan Stachowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 158.

--------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter

Image and video hosting by TinyPic