Był sobie Haňtio. Od trzydziestu pięciu lat prasował stary papier i już przerobiony układał w paczki. Na dole, w piwnicy, gdzie wrzucano mu kolejne porcje makulatury. Za towarzystwo miał dzbany piwa, myszy, czasami wpadały Cyganki lub profesor estetyki, a czasami Haňtio wpadał do swego wuja. I to było całe jego życie. Na pozór. Kochał swoją prasę, którą zamierzał odkupić i zabrać ze sobą na emeryturę, kochał swoją pracę i skarby, które tam znajdował – książki. Dzięki nim był “wbrew własnej woli wykształcony”, a za towarzyszy swojej piwnicznej doli miał i Kanta i Senekę i wielu innych złotoustych i złotopiórych, dzięki nim mógł powiedzieć: “ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich ludziach jak ja”.
Mówi również: “Jestem dzbanem pełnym żywej i martwej wody, wystarczy, bym się lekko nachylił, a ciekną ze mnie same piękne myśli, jestem wbrew własnej woli wykształcony, tak więc właściwie nawet nie wiem, które myśli są moje i ze mnie, a które wyczytałem”.
Dwie tony ocalonych woluminów znalazły bezpieczną przystań w jego domu, które, jak myślał Haňtio, dybają na jego życie, aby pomścić śmierć wielu sióstr. Codziennie w pracy ma wewnętrzny dylemat – ocalić książki czy je niszczyć. A może chociaż przeczytać?
O swoim życiu i ukochaniu książek Haňtio opowiada w swoim długim monologu, mądrze prawiąc o miłości, samotności, sensie życia. O wszystkim tym, o czym dowiedział się ze swoich cennych tomów, z których przyswoił wartości będące podwaliną jego egzystencji. W pewnym momencie jednak boleśnie przekonuje się, że już nie dogania świata, on i jego prasa. Są już młodzi, ambitni, realizujący plan na nowej, niezwykle szybkiej maszynie, którzy nawet nie pomyślą, co takiego prasują. Zaś myśl jest największym ludzkim skarbem, największą wartością, a poznawanie rzeczywistości poprzez zakurzone książki - intelektualną powinnością człowieka.
„Zbyt głośna samotność” to opowiadanie utkane nie tylko z pięknych poetyckich zwrotów, ale także z żalu, goryczy, melancholii i ukrytych znaczeń, które odkrywa się powoli, często w trudzie. Tam miesza się liryka z wulgarnością, filozofia z rzeczywistością ulicy.
Do kilkukrotnego przeczytania, przynajmniej dla mnie, zagubionej nieco w literaturze Hrabala. Smakowałam język i czytałam z przyjemnością, aby później zdołować się wymową utworu i wciąż mieć mnóstwo wątpliwości, czy aby na pewno czytałam go ze zrozumieniem.
__________
Bogumil Hrabal, Zbyt głośna samotność, przeł. Piotr Godlewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1993, s. 101.
Pierwsze zdanie: Trzydzieści pięć lat robię w starym papierze i to jest moja love story.
Ostatnie zdanie: Toteż nie mogłem ani widzieć ani słyszeć jak te moje dwie Cyganki, uwieszone u ramion dwóch Cyganow, krokiem polki przecwałowały przez park na placu Karola z lewej strony na prawą i znikły na zakręcie wysypanej piaskiem ścieżynki, gdzieś za gęstymi zaroślami.
----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter.