W moim domu zawsze panowały pewne reguły, które,
tak mi się wtedy wydawało, obowiązywały wyłącznie mnie. Nie byłam dzieckiem, które
lubiło chodzić wcześnie spać, ale pamiętam moją codzienną rutynę: dobranocka,
kolacja, dziennik, spać. Telewizor był rzadko u nas włączany, zazwyczaj dopiero
pierwszy raz w porze dobranocki, a w niedzielę na Teleranek, toteż każdy
program, czy film, który mogłam obejrzeć nadprogramowo był dla mnie wielkim
bonusem. Już wtedy jako mała dziewczynka byłam zafascynowana szpitalem i namiętnie
bawiłam się w pielęgniarkę, toteż ubłagałam Mamę, abym mogła oglądać „Szpital
na peryferiach”. Uwielbiałam ten serial, szczególnie pierwszą serię, a melodia
z czołówki wbijała mnie w fotel i na kilkadziesiąt minut mogłam zatopić sie w
świat małego szpitala w Borze, gdzie rządził doktor Sova, a doktor Štrosmajer swoim poczuciem humoru przyprawiał każdy
szpitalny dzień i był, oczywiście, moim ulubieńcem.
Sięgnęłam po książkową wersję „Szpitala na
peryferiach” Jaroslava Dietla, bo po dobrych, ale wymagających czerwcowych
lekturach miałam ochotę na coś lekkiego z nutą humoru. To był doskonały wybór. Ubawiłam
się setnie przypominając sobie kultowe powiedzenie Štrosmajera "Gdyby głupota miała skrzydła, to latałaby pani jak gołębica". Książka chyba jest oparta na scenariuszu, bo przewracając kolejne strony, przed oczami mialam poszczególne
sceny z “Nemocnicy na kraji města”. Zadziwiające, że ostatni raz serial oglądałam na pewno z dwadzieścia
lat temu, a bardzo dokładnie go pamiętam. To był taki radosny punkt w szarej
peerelowskiej rzeczywistości, opowiadajacy o zwykłych sprawach, o zwykłych
ludziach, ale z niezwykłym poczuciem humoru, który wtedy był na wagę złota.
Nie mam wątpliwosci, że każdy, kto tak
jak ja darzy sentymentem lekarzy i pielęgniarki z prowincjonalnego szpitala, będzie zachwycony
książkową wersją tej historii.
____________
Jaroslav Dietl, Szpital na peryferiach, przeł. Ewa Pankiewicz, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1991, s. 377.
Pierwsze zdanie: To musiał być poważny wypadek.
Ostatnie zdanie: Dalsze słowa skryły się za wejściowymi drzwiami, które zamykając się za doktorem Sową i panią Fastową, zamknęły całą opowiedzianą tu historię.
------------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter.
Dla fanów tego serialu to na pewno świetna sprawa. Będąc dzieckiem nie oglądałam go, więc to lektura nie dla mnie.
OdpowiedzUsuńNie namawiam, ale proponuje chociaz kiedys przejrzec, bo czeski humor z tej ksiazki jest jedyny w swoim rodzaju.
UsuńOch, to był i mój ukochany serial:) Dobrze go pamiętam.
OdpowiedzUsuńKiedys w ramach relaksu polecam wiec i ksiazke. Milo jest czasami sobie tak powspominac :)
UsuńAż się roześmiałam czytając pierwsze zdania Twojej notki. Jakbyś opisywała moje dzieciństwo. Ja akurat pielęgniarką nie chciałam być, ale nie przeszkadzało mi to śledzić pilnie perypetii bohaterów serialu. Widziałam tylko pierwszą serię, z drugiej jakiś jeden kawałek. Nie miałam też pojęcia, że ukazała się książka. Myślę, że świetne są takie powroty do przeszłości. Ja ostatnio zgłębiam kryminały z serii "Ewa wzywa 07" i przyznam, że raz mnie bawią, raz wprawiają w zdumienie, a raz są zwierciadłem minionej epoki.
OdpowiedzUsuńKsiazka jest z 1991 roku, wpadlam na nia przypadkiem na Allegro i stwierdzilam, ze za kilka zlotych musz emiec koniecznie. Fajnie jest tak powspominac, mam ogromny sentyment do tamtych czasow, mimo wszystko.
UsuńKryminaly z tej serii pamietam, bo i mama i wujek i babcia je czytali. Niestety nic juz nich nie zostalo. Szkoda, bo tez wakacyjnie rpzeczytalabym jeden czy dwa.
Uwielbiałam ten serial, podobnie, jak Żena za ladą, choć Nemocnice na krai mesta były zabawniejsze. Druga część to już nie to, taka troszkę na siłę dokręcona. Chętnie przeczytałabym podczas wakacji. Potrzeba mi czegoś lekkiego i zabawnego.
OdpowiedzUsuń