Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 października 2013

SONIECZKA, Ludmiła Ulicka

Czasami nie trzeba przeczytać grubego tomiszcza, aby mieć poczucie, że przeczytało się dobrą książkę. Czasami wystarczy przeczytać niespełna sto stron, aby zachwycić się piórem pisarki i jej sposobem opowiadania historii. Taka właśnie jest „Sonieczka” Ludmiły Ulickiej.

Nie ma tutaj ani zawrotnej akcji, ani pasjonujących postaci. To prosta opowieść o prostych ludziach. Sporo też jest w niej o książkach i czytaniu, bowiem tytułowa Sonieczka Czytać zaczęła w wieku lat siedmiu i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia. Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości dopiero na ostatniej stronie”, jednakże "Z czasem nauczyła się jednak odróżniać  w morzu książek fale dużych od małych, a małe - od przybrzeżnej piany, wypełniającej ascetyczne szafy z literaturą współczesną".
Czytaniem uprzyjemniała sobie chwile szarego, pospolitego życia w Rosji w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Wychowana w żydowskiej rodzinie byłego zegarmistrza, niezbyt przystojna Sonieczka kończy technikum bibliotekarskie i podejmuje pracę w magazynach biblioteki. Zaczęłaby studiować filologię rosyjską, gdyby nie wybuch wojny. To jednak  w magazynach bibliotecznych spotkała swoje przeznaczenie i wielką miłość w osobie Wiktora Robertowicza – malarza, który miał swoje atelier w Paryżu, ale na nieszczęście wrócił do Rosji, gdzie natychmiast uznano go za zdrajcę i osadzono na pięć lat w łagrze.

Tak zaczyna sie kolejny etap w życiu Sonieczki, która zamienia miłość do książek na miłość do męża i córki Toni. Cieszy się z każdego drobiazgu, z każdej chwili, nawet jesli owe chwile nie są zbyt kolorowe  i często powtarza "Boże kochany, i za co takie szczęście", ponieważ uważa, że dostała i tak dużo więcej od życia niż na to zasługiwała. Dla niej szczęście to życ i być ze swoimi ukochanymi, bez względu na okoliczności. Niejednokrotnie podziwiałam ją za tą umiejetność odnajdowania szczęścia pośród zwykłych okruchów codzienności.

Jednakże brutalna rzeczywistość dopada i Sonieczkę, a jej postawa wobec tego, co ją spotyka, wzbudziła u mnie niedowierzenie i konsternację. Nie wiedziałam, czy mam ją podziwiać, czy też ubolewać nad jej... głupotą (?) i naiwnością (?).

Szokująca, bardzo dobra proza w małym formacie. Świetna opowieść, wywołująca lawinę emocji, o kobiecie i kobiecości na tle dwóch innych kobiet – córki Sonieczki oraz Jasi.
W “Sonieczce” znajdziemy także polskie akcenty w osobie ginekologa- uchodźcy, który pracuje w baszkirskim szpitalu oraz wpsomnianej już Jasi – szkolnej koleżanki Toni.

Smakowita perełka, która daje przedsmak tego, czego można się spodziewać po innych książkach Ludmiły Ulickiej.


___________
Ludmiła Ulicka, Sonieczka, przeł. Rita Bartosik, Philip Wilson, Warszawa 2004, s. 97.


-------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Rosja w literaturze


Image and video hosting by TinyPic

sobota, 29 czerwca 2013

ZNAK WODNY, Josif Brodski


Moje pierwsze polskie wydanie tej książki poprzetykane jest pięknymi sztychami Joannesa Baptisty Brustoloni. Cudownie obrazują poetycko-nostalgiczną treść. Esej niewielki, zaledwie sto stron, a pochłania całkowicie uwagę i narzuca wolne tempo czytania. Tam wśród stron słychać szum wody, cichy plusk wiosła, krople wody, które spływają po murach i drążą je niestrudzenie. Przez esej płynie się niczym gondolą, wznosi i opada, czytając pełne miłości, troski i uwielbienia słowa na temat kolejnego miasta Brodskiego nierozerwalnie połączonego z wodą, tym razem położonego na bagnistych wyspach, poprzecinanego niezliczonymi kanałami. Wenecja.
W zimie budzi nas w tym mieście, zwłaszcza w niedzielę, dźwięk jego niezliczonych dzwonów, jak gdyby za tiulem firan w perłowoszarym niebie wibrował na srebrnej tacy gigantyczny, porcelanowy serwis do herbaty. Otwieramy okno na oścież i pokój w jednej chwili zalewa ta kłębiąca się na zewnątrz, przesycona dzwonieniem mgiełka.”.
Potrzeba nieco czasu, aby wsluchać się w tą mokrą opowieść lawirującą pomiędzy kanałami.

Przez siedemnaście zim Brodski chował się świątecznie i noworocznie w Wenecji, która ukochał właśnie o tej porze roku. Nie-mieszkaniec, ale również nie-turysta, dostrzegał w tym mieście więcej niż przeciętne oko. I mam wrażenie, że kochał Wenecję nie mniej, niż przeciętny wenecjanin.  Poetycka proza Brodskiego to obrazy miasta odbite w wodzie i w lustrach, cuda architektury, które oglądane przez pryzmat wody nabierają zupełnie innego znaczenia, wrażenia przemijalności, upływania czasu.

Cudownie byłoby spacerować ze „Znakiem wodnym” po Wenecji, jakże inaczej brzmiałyby te słowa na moście Westchnień czy u stóp Canale Grande. Jakże inny byłby Plac św. Marka czy mały bar przy stazione. „My bowiem znikamy, a piękno pozostaje. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gdy piękno jest wieczną teraźniejszością”.
Z przyjemnością poznałam Wenecję Brodskiego, ale przyznaję, że wolę jego Petersburg, bardziej rosyjski, słowiański i bliższy mojemu sercu.
Brodski ukochał obydwa miasta, w Petersburgu zostawił swoje serce, zaś jego ciało spoczęło  na San Michele.


Powiązane linki:
  1. Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście
_____________
Josif Brodski, Znak Wodny, przeł. Stanisław Barańczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 1993, s. 105.

Pierwsze zdanie: Wiele księżyców temu dolar byl wart 870 lirów, a ja miałem trzydzieści dwa lata.

Ostatnie zdanie: To samo z miłością: nasza miłość jest także większa niż my sami.

-------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Rosja w literaturze, Z literą w tle, Projekt Nobliści

Image and video hosting by TinyPic

poniedziałek, 27 maja 2013

DYPTYK PETERSBURSKI, CZYLI PRZEWODNIK PO PRZEMIANOWANYM MIEŚCIE, Josif Brodski


Już od kilku dni zastanawiam się, jak napisać o „Dyptyku petersburskim” Josifa Brodskiego, bo te dwa eseje są tak dobre, że powinnam się ograniczyć do przetoczenia kilku cytatów, które byłyby najlepszą rekomendacją. Będę więc oszczędna w słowach i niech Brodski mówi sam za siebie, bo to on jest mistrzem słowa pisanego.

Pierwszy esej, w oryginale napisany po rosyjsku, a przetłumaczony przez Pawła Hertza – „Przewodnik po przemianowanym mieście” – traktuje o ukochanym mieście Brodskiego, któremu patronują dwa pomniki – słynny Jeździec Miedziany na Placu Senackim oraz pomnik Lenina przed dworcem Fińskim. To Petersburg, przez 67 zwany również Leningradem. 
"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używac ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby”.
Brodski maluje jego duchowy portret, mocno osadzony w ramach historii, przypomina, że to rosyjskie miasto zbudowano nad kanałami Newy, niczym Wenecję Północy i jest najmniej rosyjskim miastem, a przez to bardzo osamotnionym.
To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu”.
Petersburg w oczach Brodskiego i świata, to nie tylko piękne położenie, wspaniałe budynki, ale przede wszystkim kolebka literatury rosyjskiej.
Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda może świadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy”.
Niezwykły to esej, który wiele wyjaśnia, ale skłania również do kolejnych wewnętrznych poszukiwań.

Drugi esej “W półtora pokoju”  Brodski napisał po angielsku, a został przetłumaczony przez Annę Husarską. Wzruszający, ściskający za gardło, napisany ku pamięci rodziców Brodskiego, ktorzy żyli przez większość swego życia w półtora pokoju w Peterburgu. Wygarnięte z zakamarków pamięci strzepki wspomnień, aby zachować je zanim zostaną unicestwione, bowiem “Pamięć zdradza wszystkich, szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, sojuszniczka śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć pamięci do wskrzeszania kogokolwiek, nawet na papierze”.  To wspomnienia mieszkania, zapis gestów, mimiki, wspólnego spaceru z ojcem, wspomnienie łóżka rodziców czy chińskich figurek przywiezionych przez ojca, oficera marynarki. Bardzo osobiste, przepięknie napisane, przepełnione miłością i tęsknotą.  

Typ prozy do której chce się wracać i wracać, aby upajać sie pięknem języka.


__________
Josif Brodski, Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście, przeł. Pawel Hertz i Anna Husarska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2003, s. 77.

Pierwsze zdanie: Przed Dworcem Finlandzkim, jednym z  pięciu dworców, skąd podróżny może dostać się do tego miasta lub je opuścić, tuż nad brzegiem Newy, stoi pomnik człowieka, od którego nazwiska miasto obecnie się nazywa.

Ostatnie zdaniePatrząc na orkiestrę, nagle zapytałem, jakie obozy koncentracyjne uważał za gorsze: hitlerowskie czy nasze. "Wolę być raczej spalony od razu na stosie, niż umierać powolną śmiercią i znajdować w tym jakiś sens" - odpowiedział i jął pstrykać zdjęcia. 


--------------------------



Image and video hosting by TinyPic

sobota, 19 stycznia 2013

POKOLENIE ZIMY, WASILIJ AKSIONOW

Po skończeniu pierwszego tomu “Moskiewskiej sagi” Wasilija Aksionowa naszła mnie refleksja, że właściwie powinnam zacząć lekturę od „Stromej ściany” Eugenii Ginzburg, która była matką autora. Wydaje mi się, że wtedy mogłabym jeszcze lepiej zrozumieć, czym przysłowiowa skorupka za młodu nasiąkła, poznać Aksionowa, nie tylko poprzez przeczytaną książkę.

Czas akcji pierwszego tomu przypada na lata 1925-1937. Na szczegółowym i burzliwym tle historycznym zostały przedstawione dzieje rodziny Borysa Gradowa, jego żony Mary, a także ich dzieci: Nikity, Cyryla i Niny wraz z ich partnerami życiowymi. Trudno byłoby o bardziej skomplikowaną rodzinę. Borys jest wybitnym chirurgiem, bardzo cenionym w kraju; Mary, z pochodzenia Gruzinka, zakochana jest w Szopenie; Cyryl jest fanatycznym marksistą; jego brat Nikita oficerem Armii Czerwonej, a Nina jest poetką i trockistką. Takie połączenie w owym czasie może zwiastować tylko ogromne kłopoty. Oprócz postaci fikcyjnych mamy także postacie historyczne: Stalina, Berię, Trockiego i wielu innych decydentów tamtych czasów. Niektóre z nich są tylko wspomniane, inne odgrywają większą rolę w powieści.

Pierwszy tom „Moskiewskiej sagi” dopiero rozkręca akcję, poznajemy najważniejsze postaci, ale także doświadczamy metod działania byłego ZSRR: inwigilacje, aresztowania, „niezawodne” metody śledztwa, spiski, oczernienia.
W książkę trzeba się wgryźć i to porządnie. Pierwsze kilkadziesiąt, a może nawet więcej stron, to przedstawienie sytuacji w kraju, nastrojów wśród narodu, przybliżenie głównych obozów politycznych. Mimo, iż historię tego okresu znam dobrze, to dosyć mozolnie brnęłam przez powieść. Być może dlatego, że nie jest to mój ulubiony kawałek historii, a może jeszcze inaczej – jest to paląca mnie część historii, która uwiera i boli.

Największą zaletą tej książki są jej bohaterowie, pełni entuzjazmu, rzucający się w wir walki w obronie ideałów, w które wierzą. Często bardzo uduchowieni, patetyczni. Nie ma tutaj nijakiej postaci, każda jest żywa, prawdziwa. Do jednych czujemy natychmiastową sympatię, do innych wielką niechęć. Między stronami książki czuć strach tych, których chciano unicestwić, wszechogarniający terror i kompletną bezsilność wobec tych, którzy mieli w rękach władzę.
Mimo naszpikowania książki faktami historycznymi, wątkami politycznymi (ale czy można pisać o tych czasach w inny sposób?) czyta się doskonale. Tragiczne losy rodziny Borysa Gradowa śledziłam z ogromnym zainteresowaniem, ale i bólem, poczuciem niesprawiedliwości. To jak czytać o losach wielu rosyjskich rodzin, których spotkało morze cierpienia ze strony rządzących. A przecież wiedziałam, że to dopiero przedsmak tragedii...

Tom pierwszy "Moskiewskiej sagi" jest dobrą książką, pewnie oceniłabym go jeszcze wyżej, gdyby nie potężna dawka politycznego bełkotu wychodzącego z ust niektórych bohaterów. Bełkotu, który przyprawia mnie o złość i frustrację. Po kolejne tomy sięgnę, ale muszę odsapnąć i przygotować się psychicznie. Wiem, że w kolejnych tomach bolszewicy będą dręczyć i mordować nie tylko swoje dzieci, ale także ich rodziny, bliższych i dalszych znajomych, a w rezultacie cały kraj. Muszę znowu trochę nabrać dystansu do tych spraw, ale czy w ogóle potrafię?



________________

Wasilij Aksionow, Pokolenie zimy. Moskiewska saga tom 1, przeł. Maria Putrament, Wydawnictwo Amber, Warszawa 1999, s. 319.


---------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Rosja w literaturze", "Z półki - 2013", "Trójka e-pik" (10/32).


Image and video hosting by TinyPic