Czasami nie trzeba przeczytać grubego
tomiszcza, aby mieć poczucie, że przeczytało się dobrą książkę. Czasami
wystarczy przeczytać niespełna sto stron, aby zachwycić się piórem pisarki i jej
sposobem opowiadania historii. Taka właśnie jest „Sonieczka” Ludmiły Ulickiej.
Nie ma tutaj ani zawrotnej akcji, ani pasjonujących
postaci. To prosta opowieść o prostych ludziach. Sporo też jest w niej o książkach
i czytaniu, bowiem tytułowa Sonieczka “Czytać zaczęła w wieku
lat siedmiu i przesiedziała nad książkami kolejne dwadzieścia.
Zajęcie to tak ją pochłaniało, że wracała do rzeczywistości
dopiero na ostatniej stronie”, jednakże "Z czasem nauczyła się jednak
odróżniać w morzu książek fale dużych od małych, a małe - od przybrzeżnej
piany, wypełniającej ascetyczne szafy z literaturą współczesną".
Czytaniem uprzyjemniała sobie chwile szarego,
pospolitego życia w Rosji w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Wychowana w
żydowskiej rodzinie byłego zegarmistrza, niezbyt przystojna Sonieczka kończy
technikum bibliotekarskie i podejmuje pracę w magazynach biblioteki. Zaczęłaby
studiować filologię rosyjską, gdyby nie wybuch wojny. To jednak w magazynach bibliotecznych spotkała swoje
przeznaczenie i wielką miłość w osobie Wiktora Robertowicza – malarza, który
miał swoje atelier w Paryżu, ale na nieszczęście wrócił do Rosji, gdzie natychmiast
uznano go za zdrajcę i osadzono na pięć lat w łagrze.
Tak zaczyna sie kolejny etap w życiu Sonieczki, która
zamienia miłość do książek na miłość do męża i córki Toni. Cieszy się z każdego
drobiazgu, z każdej chwili, nawet jesli owe chwile nie są zbyt kolorowe i często powtarza "Boże kochany, i za co takie szczęście",
ponieważ uważa, że dostała i tak dużo więcej od życia niż na to zasługiwała.
Dla niej szczęście to życ i być ze swoimi ukochanymi, bez względu na
okoliczności. Niejednokrotnie podziwiałam ją za tą umiejetność odnajdowania
szczęścia pośród zwykłych okruchów codzienności.
Jednakże brutalna rzeczywistość dopada i Sonieczkę, a
jej postawa wobec tego, co ją spotyka, wzbudziła u mnie niedowierzenie i
konsternację. Nie wiedziałam, czy mam ją podziwiać, czy też ubolewać nad jej...
głupotą (?) i naiwnością (?).
Szokująca, bardzo dobra proza w małym formacie. Świetna
opowieść, wywołująca lawinę emocji, o kobiecie i kobiecości na tle dwóch innych
kobiet – córki Sonieczki oraz Jasi.
W “Sonieczce” znajdziemy także polskie akcenty w
osobie ginekologa- uchodźcy, który pracuje w baszkirskim szpitalu oraz wpsomnianej
już Jasi – szkolnej koleżanki Toni.
Smakowita perełka, która daje przedsmak tego,
czego można się spodziewać po innych książkach Ludmiły Ulickiej.
___________
Ludmiła Ulicka, Sonieczka, przeł. Rita Bartosik, Philip Wilson, Warszawa 2004, s. 97.
-------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Rosja w literaturze.
