Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura japońska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura japońska. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

SAMURAJ, SHUSAKU ENDO


Shūsaku Endō nie jest wyznawcą ani shintō , ani buddyzmu. Jest chrześcijaninem i z tej pozycji opisuje Japonię. W „Samuraju”  nawiązuje do wydarzeń z XVII wieku, kiedy na pokładzie San Juana Bautisty, pierwszego japońskiego galeona zbudowanego na wzór europejski, Tsunenaga Hasekura wyrusza z poselstwem do Hiszpanii i samego papieża. Chociaż nazwa statku nie wyróżniała się w tamtych czasach, to wysłać samurajów w podróż na statku o dźwięcznej nazwie Jan Chrzciciel zakrawa na ironię. Ale czyż nie często tak z nas pokpiwała historia?

„Samuraj” nie jest książką tylko o dzielnym samuraju zwanym Hasekura Rokuemon, któremu mimo niskiego stanu powierzono ważne poselstwo, będące oznaką poważania, a może wręcz przeciwnie- nadzieją na samoistne rozwiązanie problemów. To książka także o kapłanie Velasco z zakonu Świętego Pawła, którym targają ludzkie namiętności i żądze władzy i biskupstwa japońskiego. To historia o tym, jak na twardej duchowo japońskiej ziemi starano się zasiać ziarno chrześcijaństwa, a potem ją zdobyć, ujarzmić i zmienić chociażby na podobieństwo ziemi północnoamerykańskich Indian. Nie ma dwóch bardziej różnych bohaterów niż tytułowy samuraj i misjonarz Velasco. Ten pierwszy- zamknięty w sobie, trzymający na wodzy emocje, niepoddający się tak łatwo pokusom, wierny swojemu panu. Ten drugi- kipiący od emocji, od gniewu, sprzeciwiający się zwierzchnikom kościelnym, gotowy po trupach dojść do swojego celu.
Zrekonstruowany San Juan Bautista - źródło 
Podróż ta dla samuraja jest podróżą także w znaczeniu symbolicznym. Zderzenie innych kultur, światów, będzie miała wpływ na jego światopogląd i zrewiduje to, w co dotąd głęboko wierzył, poruszy tymi podwalinami, które wydawały mu się tak solidne.

Zrekonstruowany San Juan Bautista - źródło
Mimo, iż mentalnie postać padre Velasco powinna mi być bliższa, to wcale nie była. To ten milczący samuraj, do końca zdeterminowany, aby najlepiej wykonać swą misję, nie dla korzyści własnych, ale dlatego, że taki otrzymał rozkaz od swego pana, był dla mnie ważniejszą postacią.

Czy powieść mi się podobała? Mam mieszane uczucia. Dobry jest język i narracja z punktów widzenia różnych bohaterów. Z zainteresowaniem też przeczytałam historię osnutą na kanwie prawdziwego zdarzenia, ale to książka o podróży, z Japonii wyruszamy i do niej wrócimy po latach, ale nawet sama wędrówka opisana jest nierówno. Początkowa część do Acapulco przedstawiona jest bardzo szczegółowo, natomiast sam powrót przez Hiszpanię i Rzym już bardzo pobieżnie, jakby autor spieszył się do domu i do przedstawienia wyniku tej wyprawy. Nie trudno przewidzieć jej koniec, jeśli wiemy, że wyprawa miała miejsce tuż przed zamknięciem się Japonii na wszelkie kontakty z  zachodem. Wolę opowieści o Japonii, które dzieją się w Japonii, gdzie mogę wejść do wiosek, dworów, pałaców rozkoszy, gdzie toczą się walki i katana świszczy w powietrzu. Problematyka zderzenia się japońskiej i chrześcijańskiej kultury interesuje mnie już mniej, a że już wiem, że takim nurtem płynie proza Shūsaku Endō, to raczej wątpię, abym w najbliższej przyszłości skusiła się na kolejną jego książkę. Ot taka prywatna preferencja.



_________________
Shusaku Endo, Samuraj, przeł. Mikołaj Melanowicz, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1987, s. 272.

Pierwsze zdanie: Zaczął padać śnieg. W ciagu dnia wątłe promienie, sączące się przez pęknięcia w chmurach, oświetlały kamieniste dno rzeki, przed zachodem słońca niebo pociemniało i nagle zrobiło sie cicho. Kilka płatków z kołysaniem opadło ku ziemi.

Ostatnie zdanie: Wydawać się moglu, że nic się tu nie zdarzyło. Za bambusową palisadą zrobiło się pusto - nie pozostał nawet ślad człowieka.

-----------------------------------

Image and video hosting by TinyPic

sobota, 22 grudnia 2012

SPRAWA OSOBISTA, KENZABURO OE


„Sprawa osobista” Kenzaburo Oe to książka bardzo osobista dla pisarza, który jest ojcem niepełnosprawnego syna o pięknym imieniu Hikari (które znaczy „Światło”).  
W swojej historii Oe opowiada o dwudziestosiedmioletnim chłopcu uwięzionym w ciele mężczyzny, Ptaku. Ptak wygląda, zachowuje się i mówi jak ptak, wszyscy więc już zapomnieli jego imienia, a nowe przylgnęło do niego jak druga skóra. Ptak czuje, że jest uwieziony w klatce małżeństwa, a rodzący się właśnie potomek spowoduje, że klucz do tej klatki przepadnie na zawsze. A są przecież marzenia, wielkie i ekscytujące, o podróży do Afryki, ale z bagażem w postaci żony i potomka, oddalające się coraz bardziej.  Tak, bo Ptak, mimo swojego zwyczajnego życia, ma duszę ptaka, marzy o wolności.
Wreszcie urodził się – on, „rzecz”. „potworek z „drugą głową”, z przepukliną mózgową, wywołujący niedowierzanie i nerwowy chichot u lekarzy. Nikt nie wie, co z nim zrobić, czy w ogóle wypada cos zrobić, z góry naklejono mu etykietkę „roślinka”, „nienormalny”. Z tym wszystkim zostawiono Ptaka samego, bo jego żona wypoczywa pod skrzydłami teściowej, która ją oszczędza i chroni. 
Nikt zaś nie chroni Ptaka przed tą wiadomością, przed ciosem, przed naglą koniecznością dojrzenia do życia dorosłego człowieka, i podjęciem decyzji, co też uczynić z dzieckiem. A jest to droga kręta, bolesna, pełna wybojów. Krocząc nią Ptak zmierzy się z prawdą o sobie, chociaż nie będzie to łatwe, bo przecież najlepiej jest zboczyć, pójść na skróty. Zawsze jednak pozostają wyrzuty sumienia, strażnicy moralności, które gonią i gonią i często dopadają, rzucając potem prawdę w twarz.

„Sprawa osobista” to gruba proza, mimo niewielu stron.  Opowieść o ucieczce przed odpowiedzialnością i wewnętrznej metamorfozie, o dojrzewaniu do życia i bycia ojcem. A może jeszcze inaczej – o dojrzewaniu do bycia człowiekiem. Głęboka, bolesna, pozbawiona ckliwości, bardzo poruszająca, ze znakomitym portretem psychologicznym Ptaka, który przekonuje się, że nikt i nic go nie wyręczy w swojej walce ze samym sobą. Również z niespodziewanym finałem.
Pochłonęłam, przeżyłam, wrócę do niej na pewno.





Kenzaburo Oe, Sprawa osobista, przeł. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, s. 184.

-------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań "Projekt Nobliści", "Literatura w Azji, Azja w literaturze".

Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 30 października 2012

PO ZMIERZCHU, HARUKI MURAKAMI



Kiedy zasypiamy co noc wtuleni w poduszkę i odpływamy do krainy snów, świat nie zasypia razem z nami. Za oknem ulice tętnią życiem, niektórzy dopiero się budzą, inni nie potrafią lub nie mogą spać z różnych powodów.  Dla jednych noc jest snem, a dla innych bezsennością. W „Po zmierzchu”  narracja swymi opisami miejsc i osób przypomina miejscami scenariusz, a każdy rozdział to jakby jedna scena z filmu, czasami kadr zostaje zatrzymamy i przybliża nam niektóre sceny i postaci.  Akcja toczy się w ciągu jednej nocy, ponumerowane rozdziały oznaczone są także zegarem, który pokazuje nam aktualną godzinę.


Noc Murakamiego zaczyna się o 23.55. W całodobowej restauracji spotykają się Mari Asai  oraz Takahashi, których drogi już kiedyś na chwilę się przecięły, jednakże podczas tej niezwykłej, tokijskiej nocy, los celowo skrzyżował ich życia raz jeszcze. Znajomi sporo rozmawiają, a z ich konwersacji wyłania się sylwetka siostry Mari - Eri, a pośrednio samej Mari. Dwie siostry wychowane przez jednych rodziców, a tak bardzo różne. Eri rodzice wyznaczyli rolę tej pięknej, a Mari tej mądrej. Żyjące pod jednym dachem, a wydaje się, że w zupełnie dwóch światach, z biegiem lat coraz dalsze, coraz mniej wiedzą o sobie. Obydwie samotne i skrycie pragnące odnaleźć drogę do siebie nawzajem, bo mimo, że są tak różne, to się dopełniają. Mari i Eri, różnica jednej sylaby.
Ile wiemy o ludziach, z którymi spotykamy się na co dzień? Co kryje się za ich cielesną powłoką? Czy potrafimy powiedzieć, co skrawają w zakamarkach duszy? Czasami noc odkrywa więcej, niekiedy trzeba przejrzeć się w oczach innej osoby, porozmawiać z kimś przypadkowo spotkanym, aby dowiedzieć się czegoś o sobie, czegoś, czego sobie nie uświadamiany podczas dnia. Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawdę potrzebne. O 6.52 noc się wreszcie rozjaśniła. Jest jeszcze czas do nadejścia kolejnej ciemnosci.

Murakami jak zwykle tworzy gęstą, napiętą atmosferę, przeplataną muzyką klasyczną i jazzem. Prezentuje nam galerie intrygujących postaci takich jak Świerszczyk, Shirakawa czy Kaoru. Jak to zwykle u niego bywa, niektóre wątki tylko sygnalizuje, inne nieco rozwija, aby potem porzucić, a pewne sprawy przemilczeć, zostawiając resztę naszym domysłom. Te tajemnice, symbole, niedopowiedzenia, powierzchowne potraktowanie niektórych epizodów, dodaje sporo magii do aury tej krótkiej powieści. Przemilczenia, po przeczytaniu kilku książek Murakamiego, przestały mnie już prawie denerwować, są jakąś stałą, której oczekuję podczas lektury. 

Czy podobało mi się? Tak. To zdecydowanie jedne z bardziej udanych moich spotkań z Murakamim, chociaż ciągle nie wiem, za jakim króliczkiem gonię czytając książki Murakamiego i czy istnieje w ogóle jakiś króliczek.




Haruki Murakami, Po zmierzchu/After Dark, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s.199.



Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z literą w tle", "Literatura w Azji, Azja w literaturze".



Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 18 października 2012

WSZYSTKIE BOŻE DZIECI TAŃCZĄ, HARUKI MURAKAMI


Trudno mi określić swój stosunek do prozy Murakamiego. Często mam wrażenie, że nie rozumiem jego książek i to powoduje, że czytam kolejne ufając, że w końcu mnie oświeci. Moją przygodę z tym autorem zaczęłam od „Norwegian Wood”. Podobało mi się na tyle, aby sięgnąć po kolejne. Przeczytałam więc „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, a potem „Sputnik Sweetheart”. Końcówka zeszłego roku upłynęła mi pod znakiem trylogii „1Q84”, której dwa pierwsze tomy pochłonęłam z wypiekami na twarzy, a trzecim byłam nieco zawiedziona. Po kilku miesiącach odpoczynku od Murakamiego postanowiłam przeczytać jego zbiór opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Podeszłam do niego z rezerwą, bowiem opowiadania nie są moja ulubioną formą literacką.

„Wszystkie boże dzieci tańczą” to zbiór sześciu opowiadań, których wspólnym mianownikiem jest trzęsienie ziemi w Kobe z 1995 roku. Samo trzęsienie ziemi nie jest tematem tych miniatur. Murakami czasami tylko jednym zdaniem odnosi się do niego, ale wiadomo, że tragedia, w której zginęło setki tysięcy Japończyków staje się momentem przełomowym dla bohaterów opowiadań. Każdy z bohaterów stoi jakby na krawędzi,  zdaje sobie albo sprawę, ze życie było puste, byle jakie lub dochodzi do wniosku, że trzeba się rozliczyć z przeszłością bądź przygotować do końcowego etapu wędrówki przez życie.
Każde opowiadanie jest małym wycinkiem z życia skąpo opisanych bohaterów, zatrzymaniem na jeden wieczór lub kilka dni. Wszyscy bohaterowie są w pewien sposób do siebie podobni, są nierozumiani, samotni, żyjący gdzieś na obrzeżach społeczeństwa.

„Wszystkie boże dzieci tańczą” podobały mi się najmniej ze wszystkich dotąd przeczytanych książek Murakamiego. Niektóre opowiadania pozostawiły mnie letnią i zostały zapomniane za kilka chwil. Tytułowe opowiadanie oraz „Tajlandia” zatrzymały mnie najdłużej, to jednak nie wystarczy, abym oceniła ten zbiorek inaczej niż jako przeciętny.





Haruki Murakami, Wszystkie boże dzieci tańczą/Kami-no kodomotachi-wa mina odoru, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Warszawski Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006.

-----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: "Literatura w Azji, Azja w literaturze", "Z literą w tle".

Image and video hosting by TinyPic