Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

I GÓRY ODPOWIEDZIAŁY ECHEM, Khaled Hosseini

„I góry odpowiedziały echem” kupiłam zaraz po premierze w październiku 2013 roku. Nie mogło być inaczej, wszak Khaled Hosseini wpisał się na listę moich ulubionych autorów dwoma poprzednimi powieściami. „Chłopiec z latawcem”, jak i „Tysiąc wspaniałych słońc” mnie zachwyciły. Poprzeczkę dla „I góry odpowiedziały echem” miałam więc ustawioną bardzo wysoko. Na książkę oczywiście się nie rzuciłam, koiła mnie raczej myśl, że w razie czytelniczego dołka mam w swojej biblioteczce coś, co ma duże szanse mnie z owego dołka wyciągnąć. Ostatnio jednak przyglądam się szczególnie tym książkom, które były moimi absolutnymi muszmieciami, które musiałam mieć natychmiast i trochę mi smutno, że zrobił się z nich pokaźny nieprzeczytany stos.

Czy książka „I góry odpowiedziały echem” zachwyciła mnie? Nie. Nie mogę jednak napisać, że mnie zawiodła. To wciąż dobra powieść, którą przeczytałam prawie w całości (poza końcówką) ze sporym zainteresowaniem. W czasie czytania starałam się zapomnieć to, co przeczytałam na okładce, bo miałam tylko rzucić okiem, a okazało się, że znowu za dużo mi streścili! Jakie to irytujące! 

Khaled Hosseini z pewnością potrafi snuć opowieść, która w tym przypadku jest jak puzzle, każda historia odkrywa inny kawałek obrazu. Abdullah i Pari to kochające się rodzeństwo, które zostało rozdzielone. Nie będziemy jednak śledzić drobiazgowo ich losów przez kilkadziesiąt lat, aż do ich ponownego spotkania (bo przecież nie mamy wątpliwości, że kiedyś się znowu połączą, zazwyczaj taki jest sens podobnych powieści), poznamy za to koleje losu innych ludzi, w mniejszym bądź większym stopniu z dziejami rodzeństwa połączone. 
Pytanie jest takie, czy tych wątków nie jest zbyt dużo? Sama uwielbiam obszerne, rozlegle powieści, ale czy naprawdę konieczna jest historia Greka, który wynajmuje po wielu latach dom, w którym mieszkała kiedyś Pari? I co właściwie ona wnosi do całej historii? Chyba że ma to być hołd złożony ludziom, którzy swoje życie poświecili na to, aby ratować dzieci, które ucierpiały w afgańskich walkach. Akurat uczepiłam się tego wątku, bo jakoś najmniej mnie wciągnął. Tak, owszem – życie bywa zaskakujące, ale mnogość niezwykłych historii trochę przytłacza i jest podejrzliwa. Cóż, wolałabym więcej Abdullaha i Pari, mniej innych bohaterów. Autor jednak użył ich historii praktycznie tylko jako punktu wyjściowego i jako klamry spinającej wszystko inne. Jego prawo, ale odnoszę wrażenie, że niektóre sznurki jakoś mu się wymykają z rąk.

Z jakiegoś powodu Khaled Hosseini uznał napisanie powieści „I góry odpowiedziały echem” za ważne. Na pewno to, czym zajmuje się jego fundacja znajduje odzwierciedlenie w wielu wątkach poruszonych w książce. Ale czy tylko o to chodzi? Może autor chciał opowiedzieć nam o tym, co dla niego samego jest ważne w danej chwili, co łączy się z jego życiem. Sam pochodzi z Afganistanu, chociaż wychował się poza jego granicami, a zanim został pisarzem wykonywał zawód lekarza. Pochodzi właśnie z pokolenia, o którym pisze w swojej książce – tych Afgańczykach rozproszonych po całym świecie. Wśród nich są zapewnie bracia i siostry, którzy zostali odseparowani od siebie, bo rodzice musieli sprzedać jedno z nich, ale także tacy, których rozdzieliła polityka i wojna. Jeśli ktoś przyjrzy się życiorysowi autora to znajdzie punkty zbieżne z najnowszą książką. Ojciec dyplomata, matka-nauczycielka o dosyć swobodnym, jak na Afgankę, prowadzeniu się (prototyp Nili Whadati?), przebywali we Francji, a osiedlili się w Stanach. Khaled Hosseini sam przyznał w jednym z wywiadów, że wątek afgańsko-amerykańskiego lekarza jest jak najbardziej autobiograficzny.
Ciekawa jestem w jakim kierunku rozwinie się pisarstwo Hosseini’ego. O jakich historiach opowie nam następnym razem? Nie mam wątpliwości, że sięgnę po jego kolejną książkę, bo i ta ostatnia, mimo, że nie moja ulubiona, dostarczyła mi wiele emocji podczas czytania. Poza tym przecież z powodu jednej słabszej książki nie będę skreślać pisarza. Pytanie, czy ten nowy, starszy Hosseini mi się spodoba, czy będę woleć tego młodszego z "Chłopca z latawcem". 



_________________
Khaled Hosseini, I góry odpowidzialy echem, przeł. Magdalena Słysz, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2013, s. 447.



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 19 maja 2013

NIEBIOSA SĄ PUSTE, Avrom Bendavid-Val


„Niebiosa są puste” Avroma Bendavida-Vala to książka o miejscu, którego już nie ma. O całkowicie żydowskim miasteczku ukrytym wśród lasów Radziwiłłów na Wołyniu. Trochenbrod, zwany też Zofiówką, znany był mi z doskonałej powieści Jonathana Safrana Foera „Wszystko jest iluminacją”, jednakże jak pisze sam autor tejże powieści w przedmowie do „Niebiosa są puste”, „nie jest to książka o dziejach Trochenbrodu, lecz głęboko osobista opowieść o przeżyciach młodego człowieka w ojczyźnie jego przodków”. Dzieło Avroma Bendavida-Vala jest niezwykle rzetelną, ale napisaną lekkim piórem książką, składającą hołd wszystkim mieszkańcom Trochenbrodu, zapisującą w pamięci ludzkości to niezwykłe miejsce, które zniesiono z powierzchni ziemi, starając się również zatrzeć wszystkie ślady, które mogłyby do niego doprowadzić. Także w ludzkiej pamięci.

Piękne zdjęcia z wkładek zdjęciowych pokazują Trochenbrod taki, jaki był kiedyś. Jego mieszkańców, których większość straciła życie 11 sierpnia 1942 roku, a reszta miesiąc później. Garstce udało się zbiec do okolicznych lasów i przeżyć, ci ocaleni z Trochenbrodu to w większości ci, którym udało się wyjechać z miasteczka przed tą datą. To właśnie ci nieliczni, mogli jeszcze opowiedzieć o życiu w tym niezwykłym miejscu. Najbardziej wstrząsnęły mną jednak zdjęcia obecnego Trochenbrodu, pokazujące pustą przestrzeń, z nitką drogi pośrodku, prowadzącą donikąd. Wciąż jeszcze widać linię krzaków przy tej drodze. Ta droga to jedyny ślad, że kiedyś było to miejsce tętniące życiem. Stosunkowo niedawno postawiono trzy pomniki, jeden w miejscu spalonej synagogi i dwa w okolicznych lasach, gdzie zamordowano Żydów z  Trochenbrodu i okolicznych miejscowości. Przeraża to, że niewielu z okolicznych mieszkańców wiedziało o tej historii, a większość z nich nie potrafiłaby wskazać tego miejsca. Mój umysł nie mógł pojąć tego, że można zniszczyć całe miasto i pamięć o jego mieszkańcach tak skutecznie.

Avrom Bandavid-Val jest synem człowieka, który był mieszkańcem Trochenbrodu, jednakże ta historia nie interesowała go aż do momentu, kiedy podczas swego pobytu w Polsce postanowił pojechać na Ukrainę, aby zobaczyć miejsce urodzenia swojego ojca. To, co tam zastał, wstrząsnęło nim do głębi i przez kolejnych kilkanaście lat starał się odtworzyć historię Trochenbrodu, co udało mu się zresztą znakomicie. Dbając o kontekst historyczny, cofnął się aż do roku 1810, kiedy to pierwszy osadnicy postawili swe chaty na błotnistej polanie, a skończył na opowieściach o tym, co zdarzyło się w tym miejscu już po pogromie w 1942 roku oraz relacjach świadkach. Tą rzetelną, świetnie napisaną reporterską opowieść, czyta się doskonale, często z niedowierzaniem i łzami w oczach. Autor zadbał także o podanie źródeł, słownika oraz kalendarium, które bardzo ułatwiają lekturę.

Chociaż moja notka może wydawać się sucha, to zapewniam, że książka naprawdę jest warta przeczytania. Nie potrafię oddać słowami ogromu tej tragedii, która tam się zdarzyła i emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury. O Trochenbrodzie trzeba wiedzieć i pamiętać. 




___________
Avrom Bendavid-Val, Niebiosa są puste. Odkrywanie zapomnianego miasta, przeł. Małgorzata Szubert, Świat Książki, Warszawa 2012, s. 173.

Pierwsze zdanieLeżał zgięty wpół na ulicy, martwy.

Ostatnie zdanie: Trochenbrod byl żydowskim miastem. To bylo niezwykłe. Wyjątkowe.


---------------------------


Image and video hosting by TinyPic

poniedziałek, 13 maja 2013

SYNOWIE, PEARL S. BUCK



„Synowie” Pearl S. Buck jest drugim tomem trylogii „Ziemski dom” traktującym o losach trzech synów Wang Lunga, którego życie poznajemy w części pierwszej.  Wang Lung, który tak ukochał ziemię, zakupił jej takie mnóstwo, że jego synowie mogli uważać się za bogaczy. Miał on ogromną nadzieję, że synowie nie tylko nie pozbędą się żadnego poletka, ale będą dbać o  stworzoną przez niego potęgę i umocnią znaczenie rodziny. Jak to często bywa, marzenia Wang Lunga zupełnie nie pokrywały się z zamierzeniami jego synów, którzy już przy jego łożu śmierci układali plany, jakby się tej ziemi pozbyć, najlepiej z największym zyskiem. Wang Starszy był mężczyzną słabego ducha, dbającym jedynie o luksusy i przyjemności ciała, nie miał ochoty zostać ziemianinem, ponieważ nie chciał zmieniać swojego mieszczańskiego stylu życia. Wang Drugi chciał swoje życie poświecić sprzedaży ziarna i pomnażaniu w handlu pieniędzy. Natomiast najmłodszy, Wang Tygrys, który zapałał uczuciem do najmłodszej konkubiny swego ojca i uciekł z domu, nie zamierzał wiązać swego życia z miejscem, w którym się urodził i z ziemią, której nienawidził, tylko z wojskiem. I to właśnie o Wangu Tygrysie opowiada lwia część tej książki, o jego dążeniu do władzy i jej umacnianiu. Bardzo ładnie są scharakteryzowane sylwetki trzech braci, ze szczególnym wskazaniem na najmłodszego, którzy różnią się tak bardzo od siebie, że aż trudno uwierzyć, że mają tych samych rodziców.

Druga część trylogii podobała mi się mniej, zabrakło mi tutaj tego kolorytu Chin, który tak wspaniale Pearl Buck uchwyciła w części pierwszej. Warstwa obyczajowa jest znacznie uboższa. Tym razem autorka ukazuje nam życie prostych ludzi, którzy gnębieni są przez bandy rozbójników i często także przez samo wojsko, zabiera nas też na salę sądową i ukazuje niesprawiedliwość, która najczęściej dotyka najbiedniejszych. Kontrastuje te obrazy z życiem bogatych mieszczan, generałów i sędziego. Cenię ją za to, że zaglądała do brudnych zaułków i starała się przedstawić życie w ówczesnych Chinach z wielu stron, że opisywała losy tych, którzy nigdy nie mieli prawa głosu i nikomu wcześniej nawet nie przyszło do głowy, aby zająć się takim tematem.
Jednakże najdokładniej opisane sprawy wojskowe na tle rewolucyjnych zmian, jakie zachodziły w Chinach, nie interesowały mnie zwyczajnie aż tak bardzo.

Mimo tego, że byłam nieco rozczarowana samą historią, drugi tom trylogii czytało mi się całkiem dobrze, a to zasługa lekkiego pióra Pearl Buck i niezbyt skomplikowanej treści z wyraźnym przesłaniem, aby nie przenosić swoich marzeń i ambicji na dziecko, bez względu na czasy, w jakich się żyje.


Trylogia "Ziemski dom":
tom I - "Łaskawa ziemia"


_____________
Pearl S. Buck, Synowie, tom II trylogii Ziemski dom, Trylogia o Chinach, przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2006, s. 439.


Pierwsze zdanieWang Lung umierał. Umierał pośród pól w maleńkiej, ciemnej, wiekowej chacie z gliny, w izbie, w której sypiał jako młodzieniec, w tym samym łóżku, na którym zległ w noc poślubną. 

Ostatnie zdanieWtedy Wang tygrys oderwał w końcu dłoń od ust i sięgnął po wino, a przystawiwszy je do warg, pil łapczywie. Było dobre, gorące i smaczne. Wyciągnął rękę z kubkiem i szepnął:
- Jeszcze.
I nie zapłakał.


-------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Projekt Nobliści,  Z półki - 2013, Z literą w tle.



Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 23 kwietnia 2013

PORTRET DAMY, HENRY JAMES


„Portret damy” Henry’ego Jamesa czytałam powoli, kilkadziesiąt stron dziennie. Starczyło mi tej książki na dwa tygodnie, bo książka liczy 655 stron. Wnikliwa analiza postaci Isabel Archer wymaga skupienia, ale to klimat powieści i doskonała intryga powodowały, że miałam ochotę zostać z bohaterami powieści jak najdłużej i smakować ją powoli. Nie ukrywam, że momentami przeklinałam w duchu moją dobrą pamięć, która podpowiadała mi ciąg dalszy wydarzeń,  przywołując obrazy z bardzo dobrej ekranizacji tej książki, z Nicole Kidman w roli głównej.

„Portret damy” to powieść napisana z rozmachem, poruszająca wiele spraw, oprócz roli kobiety w ówczesnym społeczeństwie, na przykład kwestię dysponowania przez rodzica życiem swojego dziecka, które ma obowiązek spełniania jego życzeń i żyć według jego woli. To także obraz, w którym autor porównuje młodą Amerykę i starą Europę oraz ich społeczeństwa, ciekawa panorama wiktoriańskich czasów. Mnie jednak najbardziej zaintrygowała osoba głównej bohaterki.

Henry James opowiada historię Isabel Archer w ten sposób, że możemy śledzić jej najdrobniejsze poczynania, wnikać w jej myśli, niemal oddychać powietrzem, którym i ona oddychała. Zwraca nam przy tym taktownie uwagę na istotne szczegóły jej charakteru i wspomina mimochodem, że wszystko zmierza do tragedii. Ta młoda, piękna i niezwykle inteligentna Amerykanka przyjeżdża do Anglii na zaproszenie ciotki po śmierci swojego ojca. Jest jak kolorowy, egzotyczny ptak, który dusi się w złotej klatce konwenansów. O jej niezwykłości przekonani są nie tylko wszyscy wokół, ale i ona sama.  Isabel jest kobietą wrażliwą, subtelną, kującą swój charakter na podobieństwo książkowych ideałów, z którymi się w swoim życiu zetknęła. Ważny jest dla niej wizerunek i wewnętrzna dyscyplina. Marzy o wolności, o wyjście poza ramy ówczesnych zapatrywań na rolę kobiety, pragnie poznać świat i siebie. Chce też czynić wszystko bezinteresownie. Głodna jest wiedzy, literatury i sztuki i to właśnie w takim lustrze lubi najbardziej się przeglądać. Ba! Ona pragnie, aby jej życie było klejnotem, kolejnym rozdziałem życia świata, misternym bibelotem, którym wielu będzie się zachwycać. Mężczyźni, którzy ją kochają, wydają się jej nie tyle nieciekawi, co niepasujący do jej życiowego planu, toteż łamie serca, jedno po drugim.  Niespodziewany spadek, który jest także ukrytym planem gry jej kuzyna, przeraża ją pierwotnie, ale później uświadamia, że nareszcie może spełnić się jej marzenie, aby sama kierować swoim losem i dowiedzieć się o ludzkich sprawach czegoś więcej. Mając w swoich rękach wszystko, nieświadomie zamyka się w klatce, chociaż sama uważa, że tego nie czyni, bo przecież to ona ma kartę przetargową – pieniądze, i poślubia Gilberta Osmonda bezinteresownie. Nie widzi, że jej małżeństwo jest jedną, wielką intrygą, a dramat rozgrywa się tuż przed jej nosem.
Henry James kieruje powieścią tak, że od samego początku stajemy za Isabel, podziwiamy jej błyskotliwy umysł, współczujemy jej w tragicznych momentach i żałujemy nawet w chwilach, kiedy są one efektem jej własnych wyborów. Jej zachowanie wobec Caspara Goodwooda na końcu powieści wprawiło mnie początkowo w osłupienie, ale później zrozumiałam dlaczego tak postąpiła.
Sama złapałam się w tą pułapkę osądów.

„Portret damy” jest książką, która w piękny, bardzo szczegółowy sposób traktuje o emocjach, wielkich uczuciach, ale bez śladu cielesności. To opowieść o niezwykłej kobiecie, którą niby poznajemy w najdrobniejszych detalach, od środka i na zewnątrz, ale która ciągle potrafi nas zaskoczyć i zostawić nas na końcu książki w zawieszeniu. Wspaniała literatura.



__________
Henry James, Portret damy, przeł. Maria Skibniewska, Świat Książki, Warszawa 2009, s. 655

Pierwsze zdanie: Niewiele jest w życiu godzin milszych niż pora obrządku zwanego popołudniową herbatą.

Ostatnie zdanie: Szli jednak dalej razem, jak gdyby przyjął od niej klucz do cierpliwości. 



--------------------


Image and video hosting by TinyPic


środa, 17 kwietnia 2013

SPRAWIEDLIWOŚĆ W DACHAU, JOSHUA M. GREENE


Joshua M. Greene jest autorem dokumentu „Witness: Voices from Holocaust”, który zdobył wiele nagród, dostępnego również w wersji książkowej. Tym razem przywołał historię już niemal zapomnianą, a z pewnością niknącą w cieniu procesu w Norymberdze, zupełnie zresztą niesłusznie. Za procesem w Norymberdze, na którym sądzono nazistowskie „gwiazdy” , stały tłumy pomocników, doskonale zaplecze techniczne, ogromne pieniądze. Był też najbardziej nagłośniony, a później okrzyknięty jednym z najbardziej doniosłych wydarzeń w XX wieku. Niemal w tym samym czasie, na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Dachau, odbywał się drugi proces, który miał na celu osądzić tych, którzy faktycznie trzymali broń w ręku i bez mrugnięcia oka zabijali, tych, którzy wykonywali eksperymenty medyczne, wstrzykiwali benzynę w serce, torturowali, głodzili na śmierć, upokarzali na każdym kroku. To oni bezpośrednio przyczynili się do śmierci wielu tysięcy więźniów i nie żywili do nich żadnych uczuć oprócz pogardy. Byli wśród nich obozowi lekarze, sanitariusze, kapo, ludzie odpowiadający za zaopatrzenie, komendant obozu, ale głównie byli to „zwykli” ludzie, którzy przed wojną nie piastowali żadnych ważnych urzędów. Proces takich „zwykłych” ludzi nie tylko nie przyciągał zbytnio uwagi mediów i świata, ale także pieniędzy, a co za tym stało - ciężką pracę wykonywała garstka ludzi w trudnych warunkach. Ponadto pojawiły się naciski, aby proces przeprowadzić w jak najkrótszym czasie i uzyskać jak najwięcej wyroków skazujących.

William Denson - źródło
Głównym bohaterem książki jest William Denson – główny oskarżyciel nie tylko na procesie zbrodniarzy z Dachau, ale także z Mauthausen, Flossenburga i Buchenwaldu, które odbyły się w latach 1945-1947. Ten młody, trzydziestoletni prawnik z Alabamy wierzył w prawdę, odpowiedzialność, honor i wolność oraz w to, że każdy ma prawo do obrony i zgodnego z prawem procesu. Mimo nacisków z góry nie pozwolił na pobieżne przygotowania do żadnego z procesów, dbał o solidne przygotowanie dowodowe, a z tysiąca świadków wybierał takich, którzy mogli być najbardziej wiarygodni w oczach amerykańskiego sadu i nie kierowali się chęcią zemsty. Uważał, że każdy, który dobrowolnie brał udział w zbrodniach do których doszło za drutami obozów czy podczas transportu więźniów, jest winny i nie może się zasłaniać rozkazami z góry.

Denson osiągnął sukces, „po wszystkich odwołaniach i rewizjach 97 spośród 177 ludzi, których oskarżał, zostało powieszonych”. Okupił to koszmarami sennymi, brakiem apetytu, znaczną utratą wagi, wycieńczeniem. Po dwóch latach procesów wyglądał jak jeden z byłych więźniów obozów koncentracyjnych.
Jednakże „Procesy ustanowiły zasadę, że ci, którzy biorą udział w okrucieństwach – albo bezpośrednio, albo przed dobrowolny współudział – zostaną pociągnięci do odpowiedzialności”.
Na koncie miał jedną porażkę, która bolała go bardzo. Chodziło o Ilse Koch – „wiedźmę z Buchenwaldu”, tą samą, która lubowała się w ludzkiej skórze pokrytej tatuażami, z których podobno kazała wyrabiać sobie rękawiczki czy abażur na lampę, a jej mąż miał w swoich zbiorach zmumifikowaną ludzką głowę. Sadystyczna, okrutna, upajała się ludzkim strachem, kazała zabijać ludzi za najmniejsze „przewinienia”, takie chociażby jak spojrzenie na nią. Nigdy nie zdołano w sposób wystarczający dowieść jej winy, a pierwotny wyrok dożywotniego więzienia znacznie złagodzono.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych nie czekała na Densona niego wielka sława i lukratywne oferty pracy. Z ogromną niechęcia i niezrozumieniem spotkał się też jego protest przeciwko rewizji wyroku Ilsy Koch. Jego ciężką pracę podczas procesów w Dachau doceniła tylko Francja, która przyznała Densonowi Order Legii Honorowej.
Sprawę procesu z Dachau pokryła więc patyna czasu, ale gdy na świecie znowu zaczynało się dziać źle, poczynając od Wietnamu, poprzez Rosję, Rwandę i kraje byłej Jugosławii, Denson uznał, że nie może dalej milczeć. Wyruszył z serią odczytów, przygotowywał również materiały do publikacji książkowej. W ciągu całego życia zdołał ocalić wiele dokumentów z procesów, setki zdjęć, które skrzętnie katalogował. Zanim wcielił w realizacje swoje plany zmarł w wieku 85 lat.
Kiedy zapytano go na jednym z wykładów, dlaczego nikt nie słyszał o procesach w Dachau, powiedział: „Ponieważ później chcieliśmy zapomnieć, wrócić do poprzedniego życia – nie tylko my, którzy tam byliśmy, ale rząd amerykański i niemiecki, i cały świat. (...) Moim zdaniem jedna z najważniejszych rzeczy, jakie się wydarzyły, jest uznanie, że nawet ludzie, którzy zostali pokonani, mają prawa i że te prawa są zawarte w traktatach – nie podyktowane impulsem chwili. (...) Nie możemy zakładać, że nie będzie następnego Holocaustu. Bedzie, dopóki ludzie nie nauczą się respektować praw człowieka. Ale możemy wykorzystywać zapisy tamtych spraw, aby zadać kłam tym, którzy mówią, że nigdy nie było Holocaustu. Zawsze działajcie z całą energią, aby bronić prawa tych, których prawa są deptane. To wasze zadanie i moje zadanie”.
Denson był wspaniałym prawnikiem podziwianym przez swoich kolegów po fachu i wielkim człowiekiem, o którym pamięć, mam nadzieję, nie umrze. A świadczą o nim najlepiej te słowa: „Nie jestem dumny z tego, że oskarżałem stu siedemdziesięciu siedmiu ludzi na tych procesach. Nie jestem dumny z tego, że wielu z nich zostało powieszonych, a inni otrzymali wyroki długoletniego więzienia. Ale jest coś, co budzi w moim sercu poczucie dumy. Kiedy ocalały podchodzi do mnie i mówi: <<Dziękujemy za to, co pan dla nas zrobił>>. Z tego jestem dumny”.

„Sprawiedliwość w Dachau” Greene’a to wspaniała książka, jeden z najważniejszych głosów w sprawie Holocaustu. Powstała nie tylko na podstawie archiwum Densona, autor dotarł także do ludzi, którzy byli obecni na procesach w Dachau, w tym do Paula Gutha, który był zastępcą Densona na procesach zbrodniarzy z Dachau i Mauthausen. Bardzo pomocni byli również archiwiści  z Yad Vashem oraz Muzeum Holocaustu w Stanach Zjednoczonych. Książka pewnie nigdy by nie powstała, gdyby nie druga żona Densona – Huschi, którą Denson poznał podczas pierwszego procesu w Dachau. To właśnie jej Greene zadedykował swoją książkę. Huschi umożliwiła mu nie tylko wgląd do piwnicznego archiwum, ale była także niezwykle pomocna dzięki swoim kontaktom. Wybranka serca Densona wyjechała do Stanów Zjednoczonych przed zakończeniem wszystkich procesów, a jemu zabrało dwa lata jej odnalezienie, a później jeszcze dłużej zdobycie jej serca. Z ciekawostek – Huschi była córką księżniczki Elizabeth Charlotte zu Hohenlohe-Oehringen zwanej Lily oraz hrabiego Hansa-Clemensa von Fracken-Sierstorpffa zamieszkałych w Żyrowej w dzisiejszym województwie opolskim. Jest więc w rzeczywistości hrabiną Constance von Francken-Siertorpff. Pałacyk w Żyrowej, po którym biegała mała Huschi znam i ja, bo zdarzyło mi się tam być przejazdem.

Wracając do samej książki, to zawiera ona fragmenty oryginalnych stenografów z procesów w Dachau, przedruki artykułów ukazujących się na ten temat, fragmenty oryginalnych listów, a także zdjęcia. Wszystkie wątki wiąże osoba głównego oskarżyciela. Nie są to jedynie suche fakty, a wszystko, mimo częstego prawniczego języka, jest bardzo zgrabnie ze sobą połączone i napisane bardzo dobrym piórem. Czasami nie można się wręcz oprzeć wrażeniu, że Greene pisał niektóre sceny tak, że można je przenieść od razu na plan filmowy. Opisane procesy sadowe są istnym historycznym majstersztykiem.
Jest to bolesna, ale niezwykle pasjonująca lektura. Książka wręcz doskonała, o której cokolwiek bym napisała, to i tak będzie niewystarczające. Trzeba przeczytać samemu.



_______________
Joshua M. Greene, Sprawiedliwość w Dachau. Opowieść o procesach nazistów, przeł. Maciej Antosiewicz, Świat Książki, Warszawa 2012, s. 429. 

Pierwsze zdanie: W połowie marca 1945 roku, w ostatnich dniach drugiej wojny światowej, amerykańska 42 Dywizja Piechoty, znana jako "Tęcza", straciła prawie połowę ludzi.

Ostatnie zdania: Bill Denson nie udawał, że zna wszystkie odpowiedzi. Bill Denson nigdy nie udawał w niczym, co robił. Jego życie jest świadectwem, że zagwarantowanie uniwersalnych praw człowieka wymaga uczciwości, wytrwałości i umiejętności wyboru właściwej drogi, a nie drogi wygodnej - ludzie tacy jak Bill Denson nie potrafią zachować się inaczej. 

------------------------


Image and video hosting by TinyPic