Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2013

DRYFT, KAREN GILLECE


Cokolwiek wrzucisz do morza, zostanie to zwrócone. Czasami zmienione, nie w takiej formie, jak do niego trafiło, niekiedy wypłynie na innej plaży, ale jedno jest pewne - zawsze zostanie odnalezione. Prędzej czy później i nieważne, czy mówimy o morzu dosłownie czy w przenośni. „Dryft” Karen Gillece zdobył Europejską Nagrodę Literacką w 2009 roku. Polskie wydanie zostało opatrzone znakomitym posłowiem Ernesta Brylla – byłego ambasadora Polski w Irlandii, a okładka powstała w wyniku konkursu, do którego przystąpili amatorzy i profesjonaliści. Nie ukrywam, że oczekiwania co do książki miałam spore, chociaż i nie mniejsze wątpliwości, bo ileż razy można pisać o tęsknocie, zdradzie i miłości. Okazało się, na szczęście, że Karen Gillece udało się uniknąć sztampy.
W książce, tak samo jak na plaży, znajdujemy różne rzeczy z przeszłości bohaterów. Czasami są one drobne jak muszelki, czasami wielkie jak wrak zatopionego niegdyś statku.

Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego niż mały domek z werandą, stojący na plaży tuż u stóp oceanu? Do takiej właśnie przystani, położonej w cichej, irlandzkiej miejscowości, zabiera nas Karen Gillece. Tam spotkamy Larę, wyrzuconą na brzeg starego życia, wprost z Ameryki Południowej, gdzie spędziła ostatnich piętnaście lat życia. Jako zbuntowana nastolatka poleciała za ocean zmierzyć się z marzeniami i zapomnieć o rozczarowaniu, które spotkało ją w Irlandii. Swoje serce leczyła w ramionach kolejnych mężczyzn, aż spotyka Alejo, niepokornego ducha, z którym przemierzała dalej kontynent. Czas im mija niezwykle przyjemnie, aż ciąża i pojawienie się małego Nacio ściąga ich trochę na ziemię. Ale tylko trochę. Bo dalej prowadzą wędrowny styl życia. Pewnego dnia na tłocznym targowisku w Brazylii, będący pod opieką Lary synek, ginie bez śladu. Dosłownie rozpływa się w powietrzu. Przez dwa lata Lara i Alejo szukają synka. Bez rezultatu. Lara więc wraca do Irlandii z ogromną dziurą w sercu. Straciła syna, ale także Alejo.
Po powrocie nic jednak nie jest tak samo. W domku hulają duchy przeszłości, matka od kilku lat nie żyje, jedyna krewna – jej kuzynka Sorcha, nie jest jej bliska. To ona zabrała jej Christiana, jej wielką, szczenięcą miłość. Wspomnienia, ukryte zadry, tęsknoty, niespełnione marzenia, powracają do całej trójki potężną falą i już wiadomo, co z tego wszystkiego może wyniknąć. Sprawy pomiędzy nimi mocno się pokomplikują. 

Banał? Na pewno nie w wydaniu Karen Gillece, która zaskakuje nas na każdym kroku i rozwiązuje wszystkie sytuacje w niezwykły sposób. Doskonale przedstawiona jest cała trójka bohaterów, z której, szczerze mówiąc, nie da się do końca polubić żadnego z nich. Każdy ma masę przywar i co nuż potyka się o kolejny życiowy problem. Wniosek? Nigdy nie wiesz, co morze życia wyrzuci ci na brzeg, czasami może to być drobnostka, pozornie nieistotna, ale która decyduje o całym twoim życiu. Chwila nieuwagi na targowisku w Ubatubie, spojrzenie na nogi dziewczyny brodzącej w wodzie, rozmowa z nieznajomym....

Przez książkę się płynie, czasami wartkim nurtem, czasami leniwie meandruje miedzy stronami. Niezwykła to, chwytająca momentami za gardło, historia. Przykuwa do fotela wieczorem i puszcza dopiero nad ranem, kiedy przewrócisz ostatnią stronę. 



_______________
Karen Gillece, Dryft, przeł. Natalia Kossakowska, Oficyna Wydawnicza "Stopka",  2012, s. 348

Pierwsze zdanie: Czasami zdawało mi się, że go widzę. 

Ostatnie zdanie: W miarę jak moje myśli dryfują gdzieś raz jeszcze, głowa nieznacznie podnosi się - wychylam twarz na ciepło słońca. 



----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Z półki - 2013, Z literą w tle

Image and video hosting by TinyPic