Jennifer Worth postanowiła napisać książkę o położnych
po przeczytaniu w 1998 roku w magazynie „Midviwes” artykułu „Wizerunek położnej
w literaturze” autorstwa Terri Coates, z którego dobitnie wynikało, że takowego
praktycznie nie ma. Kilka położnych wspomnianych jest w książkach Czechowa, w
innych przewijają się na stronach niemal jednozdaniowo. Autorka, która przez
ponad dwadzieścia lat praktykowała zawód położnej, postanowiła to zmienić. Książka „Zawołajcie położną” oraz jej kolejne części, okazały się
absolutnym hitem nie tylko w Wielkiej Brytanii.
Do książek okrzykniętych hitami podchodzę z
ogromną podejrzliwością, najeżam się i czekam, aż fala sukcesu nieco opadnie,
aby poczytać również i te niezbyt pochlebne recenzje. W przypadku „Zawołajcie położną”
takowych się nie doczekałam, za to obserwowałam sukces ekranizacji, gdzie w
roli Chummy obsadzono moją ulubioną brytyjską aktorkę komediową – Mirandę
Heart. Nie skusiłam się jednak na obejrzenie serialu, bo mimo wszystko zawsze
wolę przeczytać najpierw książkę, a później zobaczyć film.
Blisko sześć lat temu sama zostałam mamą, rok
temu po raz drugi, niezwykle trudne i skomplikowane ciąże, ryzykowne porody,
trudny okres noworodkowo-niemowlęcy, skutecznie odciągnęły mnie od tego typu
literatury. Przede wszystkim zaś nie miałam nastroju czytać o pracy po pracy.
Idea położnictwa w wydaniu brytyjskim jest mi szczególnie
bliska. Położna nie jest tutaj asystentką lekarza, a indywidualną, często niezależną
profesjonalistką. Położna nie
jest obcą osobą, którą spotyka się na kilka godzin na sali porodowej, to ktoś
zaufany, kogo poznaje się przez całą ciążę, a nierzadko także ma się z nią kontakt na porodówce czy
oddziale położniczym. To ktoś, kto zostaje wpuszczony do prywatnego życia, poznaje problemy swojej podopiecznej i towarzyszy jej dziewięć miesięcy i dłużej, bo przecież
wraz z urodzeniem dziecka rola położnej się nie kończy. Oczywiście wszystko zależy
gdzie i jak, ale można wybrać taki wariant ciąży i porodu, który nam najbardziej
odpowiada.
Niejednokrotnie ze wzruszeniem przerzucałam
kolejne strony książki i kiwałam ze zrozumieniem głową. Młodziutka Jennifer, która
uczy się położnictwa od sióstr z domu Nonnata, opowiada nam nie tylko o swojej
profesji, jej blaskach i cieniach, ale głównie o kobietach z ubogiego londyńskiego
East Endu, gdzie czaił się brud, smród i ubóstwo, a w domach często poza wszami,
kiepskim jedzeniem i gromadą dzieci nie było niczego innego. Kobiety, którym przyszło żyć w takich
trudnych warunkach, zostały heroinami powieści Jennifer Worth.
Molly – żona brutala, która każdego dnia
walczy o to, aby jej garstka dzieci przeżyła i nie drażniła ojca swoją obecnością.
Pani Jenkins - oszalała żebraczka błąkająca się po ulicach, która pod długim płaszczem
skrywa ogromną tragedię. Młodziutka prostytutka Mary, która rodzi swoje
pierwsze dziecko i tragiczne konsekwencje tegoż. Concita – matka dwudziestu pięciorga
(!) dzieci, która zjawia się w Londynie jako dwunastoletnie dziecko
przywiezione po wojnie z Hiszpanii przez swojego przyszłego męża. A to tylko
kilka historii. Historia Concity, która jest kochająca i kochaną matką, ale
wydaje się nieco opóźniona umysłowo, jest tą opowieścią, która wstrząsnęła mną
najbardziej. Skąd wiedziała, że jej dwudziestoośmiotygodniowe dziecko
potrzebuje najbardziej na świecie jej jako inkubatora, wyścielonego miłością i
ogromną intuicją? Takie dzieci nie miały praktycznie wtedy szans na przeżycie.
Jej zaparcie i przekonanie, że dziecko nie umrze, uratowało nie tylko jej maleństwo,
ale także ją samą. Jak małe jest takie dziecko? Wielkości dłoni dorosłego mężczyzny,
ważące tyle co paczka cukru. Bądź mniej. Ponad 60 lat temu Concita wiedziała o
kangurowaniu, chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedziano w ówczesnej Europie. Fascynujące.
Nie tylko pacjentki Jennifer są ciekawymi
postaciami. Wśród zakonnic mieszkających w Domu Nonnata znajdziemy wiele
indywidualności. Uduchowione, eteryczne,
ale niewyświęcone na piedestale, stąpające twardo (na ogół) po ziemi: siostra
Evangelina – praktycznie pozbawiona humoru, siostra Julienne – przewodniczka
duchowa Jennifer, czy wreszcie moja ulubienica – Monica Joan – inteligentna,
wodząca wszystkich za nos, jeśli tylko rozum jej nie zawodził.
Wśród koleżanek Jennifer największą sympatię wzbudziła
u mnie niezgrabna olbrzymka – Chummy, wywodząca się ponoć z arystokratycznej
rodziny. Zarówno autorka, jak i jej córki twierdziły, że Chummy jest postacią
prawdziwą. Jednakże jej zdjęcia gdzieś zaginęły, a nazwisko okazało się fałszywe,
jak i kilka detalów z jej życia. Spore grono wielbicieli Chummy starało się zidentyfikować
tą wielką położną o ogromnym sercu, ale niestety im się to nie udało. Trwają
więc dyskusje, czy aby na pewno Chummy istniała, a może po prostu autorka postanowiła
chronić jej prywatność. Zresztą nieważne, postać Chummy chwyta za serce, a w
kolejnych częściej jej rola jest większa.
„Zawołajcie położną” to książka napisana z
pasją i humorem, toteż zamierzam śledzić koleje losów głównych bohaterek, ale
tym razem już po angielsku. Mam ochotę przekonać się, jak brzmi cocney w wydaniu Jennifer Worth.
_____________
Jennifer Worth, Zawołajcie położną, przeł Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 376.
