Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2015

ZAWOŁAJCIE POŁOŻNĄ, Jennifer Worth

Jennifer Worth postanowiła napisać książkę o położnych po przeczytaniu w 1998 roku w magazynie „Midviwes” artykułu „Wizerunek położnej w literaturze” autorstwa Terri Coates, z którego dobitnie wynikało, że takowego praktycznie nie ma. Kilka położnych wspomnianych jest w książkach Czechowa, w innych przewijają się na stronach niemal jednozdaniowo. Autorka, która przez ponad dwadzieścia lat praktykowała zawód położnej, postanowiła to zmienić. Książka „Zawołajcie położną” oraz jej kolejne części, okazały się absolutnym hitem nie tylko w Wielkiej Brytanii.
Do książek okrzykniętych hitami podchodzę z ogromną podejrzliwością, najeżam się i czekam, aż fala sukcesu nieco opadnie, aby poczytać również i te niezbyt pochlebne recenzje. W przypadku „Zawołajcie położną” takowych się nie doczekałam, za to obserwowałam sukces ekranizacji, gdzie w roli Chummy obsadzono moją ulubioną brytyjską aktorkę komediową Mirandę Heart. Nie skusiłam się jednak na obejrzenie serialu, bo mimo wszystko zawsze wolę przeczytać najpierw książkę, a później zobaczyć film.
Blisko sześć lat temu sama zostałam mamą, rok temu po raz drugi, niezwykle trudne i skomplikowane ciąże, ryzykowne porody, trudny okres noworodkowo-niemowlęcy, skutecznie odciągnęły mnie od tego typu literatury. Przede wszystkim zaś nie miałam nastroju czytać o pracy po pracy.

Idea położnictwa w wydaniu brytyjskim jest mi szczególnie bliska. Położna nie jest tutaj asystentką lekarza, a indywidualną, często niezależną profesjonalistką. Położna nie jest obcą osobą, którą spotyka się na kilka godzin na sali porodowej, to ktoś zaufany, kogo poznaje się przez całą ciążę, a nierzadko także ma się z nią kontakt na porodówce czy oddziale położniczym. To ktoś, kto zostaje wpuszczony do prywatnego życia, poznaje problemy swojej podopiecznej i towarzyszy jej dziewięć miesięcy i dłużej, bo przecież wraz z urodzeniem dziecka rola położnej się nie kończy. Oczywiście wszystko zależy gdzie i jak, ale można wybrać taki wariant ciąży i porodu, który nam najbardziej odpowiada.

Niejednokrotnie ze wzruszeniem przerzucałam kolejne strony książki i kiwałam ze zrozumieniem głową. Młodziutka Jennifer, która uczy się położnictwa od sióstr z domu Nonnata, opowiada nam nie tylko o swojej profesji, jej blaskach i cieniach, ale głównie o kobietach z ubogiego londyńskiego East Endu, gdzie czaił się brud, smród i ubóstwo, a w domach często poza wszami, kiepskim jedzeniem i gromadą dzieci nie było niczego innego.  Kobiety, którym przyszło żyć w takich trudnych warunkach, zostały heroinami powieści Jennifer Worth.

Molly – żona brutala, która każdego dnia walczy o to, aby jej garstka dzieci przeżyła i nie drażniła ojca swoją obecnością. Pani Jenkins - oszalała żebraczka błąkająca się po ulicach, która pod długim płaszczem skrywa ogromną tragedię. Młodziutka prostytutka Mary, która rodzi swoje pierwsze dziecko i tragiczne konsekwencje tegoż. Concita – matka dwudziestu pięciorga (!) dzieci, która zjawia się w Londynie jako dwunastoletnie dziecko przywiezione po wojnie z Hiszpanii przez swojego przyszłego męża. A to tylko kilka historii. Historia Concity, która jest kochająca i kochaną matką, ale wydaje się nieco opóźniona umysłowo, jest tą opowieścią, która wstrząsnęła mną najbardziej. Skąd wiedziała, że jej dwudziestoośmiotygodniowe dziecko potrzebuje najbardziej na świecie jej jako inkubatora, wyścielonego miłością i ogromną intuicją? Takie dzieci nie miały praktycznie wtedy szans na przeżycie. Jej zaparcie i przekonanie, że dziecko nie umrze, uratowało nie tylko jej maleństwo, ale także ją samą. Jak małe jest takie dziecko? Wielkości dłoni dorosłego mężczyzny, ważące tyle co paczka cukru. Bądź mniej. Ponad 60 lat temu Concita wiedziała o kangurowaniu, chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedziano w ówczesnej Europie. Fascynujące.

Nie tylko pacjentki Jennifer są ciekawymi postaciami. Wśród zakonnic mieszkających w Domu Nonnata znajdziemy wiele indywidualności.  Uduchowione, eteryczne, ale niewyświęcone na piedestale, stąpające twardo (na ogół) po ziemi: siostra Evangelina – praktycznie pozbawiona humoru, siostra Julienne – przewodniczka duchowa Jennifer, czy wreszcie moja ulubienica – Monica Joan – inteligentna, wodząca wszystkich za nos, jeśli tylko rozum jej nie zawodził.

Wśród koleżanek Jennifer największą sympatię wzbudziła u mnie niezgrabna olbrzymka – Chummy, wywodząca się ponoć z arystokratycznej rodziny. Zarówno autorka, jak i jej córki twierdziły, że Chummy jest postacią prawdziwą. Jednakże jej zdjęcia gdzieś zaginęły, a nazwisko okazało się fałszywe, jak i kilka detalów z jej życia. Spore grono wielbicieli Chummy starało się zidentyfikować tą wielką położną o ogromnym sercu, ale niestety im się to nie udało. Trwają więc dyskusje, czy aby na pewno Chummy istniała, a może po prostu autorka postanowiła chronić jej prywatność. Zresztą nieważne, postać Chummy chwyta za serce, a w kolejnych częściej jej rola jest większa.

„Zawołajcie położną” to książka napisana z pasją i humorem, toteż zamierzam śledzić koleje losów głównych bohaterek, ale tym razem już po angielsku. Mam ochotę przekonać się, jak brzmi cocney w wydaniu Jennifer Worth. 


_____________
Jennifer Worth, Zawołajcie położną, przeł Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 376.



Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 8 maja 2014

PEJZAŻ W KOLORZE SEPII, Kazuo Ishiguro


Kiedy przeczytałam pierwsze zdanie książki nie miałam pojęcia, ani też przeczucia, że zamknę ją dopiero po dotarciu do ostatniej kropki. Intymny świat wykreowany przez Kazuo Ishiguro z jego niedopowiedzeniami, mnożącymi się pytaniami, niemal nieuchwytnymi znakami w tekście,  szeptanymi niemal do ucha, pochłonął mnie bez reszty na kilka godzin. Podziwiam genialne wykreowanie atmosfery niepokoju, przeczucia, że coś niedobrego się dzieje, coś, co pewnie jest tuż przed moimi oczyma, ale ja tego jeszcze nie widzę, coś, co powoduje u mnie taki skurcz w żołądku, że muszę przygotować się na szok. Taką atmosferę niejasności i lęku odczuwałam nieraz podczas oglądania japońskich filmów, szczególnie horrorów, toteż nauczona doświadczeniem byłam wyczulona na każdy szczegół, na zdanie zawieszone w powietrzu i pozornie bez sensu. Japonia opowiedziana przez Ishiguro przyciąga, niepokoi, ale przede wszystkim zachwyca.

Nic w tej książce nie jest opowiedziane bezpośrednio i dosłownie. To historia opowiedziana przez inna historię, złożona z okruchów wspomnień, które upchane zostały w najciemniejsze zakamarki pamięci i przez wiele lat maskowano ich istnienie. Genialnie, moim zdaniem, przedstawiony obronny mechanizm wyparcia, ochrony siebie przed sobą.

Etsuko jest Japonką mieszkającą w Anglii. Odwiedza ją córka Niki mieszkająca w Londynie. Ta wizyta wywołuje lawinę wspomnień o życiu w Nagasaki jakiś czas po wybuchu bomby atomowej. Furtka do świata, który wydawałoby się został zostawiony daleko w tyle, zostaje otwarta i pojawia się sen. Sen o huśtającej się dziewczynce. Niki jest drugą córką Etsuko i Anglika. Kiedyś była jednak jeszcze jedna, starsza córka. Keiko. Popełniła samobójstwo.
Kiedy Etsuko zaczyna snuć swoje wspomnienia o Nagasaki chcemy zapytać, ale po co? Co łączy wojenne Nagasaki i teraźniejszą senną, angielską prowincję i samobójstwo Keiko?
W Nagasaki Etsuko jest żoną Jiro. Dziwne to małżeństwo, wydaje się być zimne i sobie obce, co szczególnie widać, kiedy do ich domu przyjeżdża z wizytą pan Ogata, emerytowany nauczyciel, ojciec Jiro. Stosunki pomiędzy ojcem i synem są chłodne za sprawą Jiro, który usuwa w cień wszelkie okazje, aby pobyć z ojcem. Jiro to dziecko nowego pokolenia, które ma żal do swoich ojców za wpajanie im takiej a nie owej wizji rzeczywistości, a szczególnie wiary w cesarza. Jego ojciec zaś to przedstawiciel starego porządku, dochodzi więc do ścierania się starego z nowym. Ale czy tylko stara szkoła jest przyczyną chłodnych stosunków pomiędzy Jiro i Panem Ogata? Relacje pomiędzy Etsuko i Panem Ogatą są zgoła inne, dużo cieplejsze, poufałe, sugerują, że ich związek jest znacznie bliższy, niż się początkowo wydaje. Nic przecież nie wiemy o Etsuko i panu Ogata poza tym, że bardzo jej pomógł i wiele mu zawdzięcza.

Kogoś jeszcze wspomina Etsuko również mocno, jak swego męża i teścia. To ekscentryczna sąsiadka Sichiko i jej dziwna córka Mariko. Sichiko chce wyrwać się ze znękanej wojną Japonii, a na dodatek jest zakochana we wrogu – Franku-sanie, który jest Amerykaninem. W pogoni za swoimi mrzonkami często zostawia Marikę bez opieki, ta zaś coraz częściej wspomina o kobiecie, która chce ją zabrać.
"- Wiem, że to, co wydarzyło się w Nagasaki, było straszne - powiedziała Sachiko. - Lecz ten koszmar nie ominął także Tokio.. Sytuacja stale się pogarszała. Pod koniec żyliśmy w tunelach i zburzonych budynkach.- A ta kobieta... czy zginęła w czasie nalotu? - spytałam.
- Popełniła samobójstwo. Mówią, że poderżnęła sobie gardło. Nie znałam jej. Widzisz, Mariko wybiegła pewnego ranka, a ja ruszyłam za nią. Było wcześnie i ulice świeciły pustkami. Mariko wbiega w jakąś boczną uliczkę. Na jej końcu był kanał, a przy nim klęczała kobieta z rękami zanurzonymi po łokcie w wodzie. Młoda kobieta, bardzo chuda. Gdy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Mariko też to wyczuła, bo nagle się zatrzymała. W pierwszej chwile myślałam, że ta kobieta jest ślepa, miała takie niewidzące oczy. Potem wyciągnęła ręce z kanału i pokazała nam, co trzyma pod wodą. To było niemowlę.
- Ile lat miała wówczas Mariko?
- Pięć, prawie sześć. Widziała też inne rzeczy w Tokio. Ciągle jednak pamięta tę kobietę".

Dlaczego więc Mariko ucieka przed Etsuko, która sama będąc w ciąży uważana jest za wspaniałą przyszłą matkę?

Czytanie tej książki, odkrywanie tej historii to jak patrzenie na świat przez okno zakryte wieloma warstwami woalu. Ściągamy jeden po drugim, spodziewając się czystego, klarownego widoku, a otrzymujemy zaś „A Pale View of Hills” (bo taki jest oryginalny tytuł książki, a tytułowe wzgórza nie pozbawione są znaczenia w tej opowieści). Wiele wątków wydaje się być zawieszonych w próżni, nieopowiedzianych do końca, ale mnie wydaje się, że jest tak, bo nie były one istotne w tej opowieści, służyły tylko do umiejscowienia, określenia jej okoliczności. 
Przeczytanie książki zajmuje niewiele czasu, dużo więcej przyjemności, bo dla mnie była to prawdziwa przyjemność, daje jej interpretacja. Czy jest tylko jedna? A może ta pierwsza, najbardziej oczywista, to tylko połowa prawdy, może ta druga połowa jest znacznie gorsza, taka, o której boimy się nawet myśleć?
Genialną zagadkę uknuł dla nas Kazuo Ishiguro.


____________
Kazuo Ishiguro, Pejzaż w kolorze sepii, przeł. Krzysztof Filip Rudolf, Wydawnictwo Albatros,  2009,  s. 247.



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 4 maja 2014

WYSEPKA, Andrea Levy

Dawno już nie miałam tak, że ponad 500-stronicową książkę pochłonęłam z taką przyjemnością. „Wysepka” Andrei Levy to wielokrotnie nagradzana książka, która zdobyła między innymi w 2004 roku Orange Prize i szczerze mówiąc to właśnie spowodowało, że kilka lat temu ją kupiłam. Lubię po prostu wiedzieć dlaczego.  Jak to w życiu bywa, czasami z werdyktami jury się zgadzam, czasami nie mogę wyjść z podziwu, że jakaś przeciętna książka zdobywa tyle laurów, co powoduje, że coraz częściej do różnorakich nagród podchodzę bardzo sceptycznie. „Wysepka" jednak zdecydowanie nie jest kolejnym czytelniczym zawodem.
Andrea Levy, córka jamajskich imigrantów, napisała powieść utrzymaną w starym, dobrym, klasycznym stylu, a jednak na wskroś nowoczesną. Głos oddala czwórce bohaterów, dwóm małżeństwom.

Jest zima 1948 roku. Wielu imigrantów z kolonii brytyjskich przybywa do Kraju Macierzystego, który jest dla nich wyidealizowanym rajem, gdzie ma ich czekać szczęśliwsze, lepsze życie. Wielka Brytania nie jest jednak już wielkim imperium bytyjskim, a znękanym wojną wyspiarskim krajem, którego obywatele każdego dnia muszą się mierzyć z szarą, trudną, powojenną rzeczywistością.
Wśród imigrantów jest Gilbert, były żołnierz RAF-u, który po wojnie uznaje, że Jamajka jest już dla niego za mała. Jego żona Hortense –Jamajka o jasnej, złotawej skórze. Odcień skóry i otrzymane wykształcenie pozwalają jej mniemać, że jest kimś lepszym, do Anglii zaś przyjeżdża z głową pełną marzeń o domu z dzwonkiem i posadzie w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt.
Gilbert i Hortense mieszkają w domu innego małżeństwa, można by powiedzieć typowego przeciętnego, londyńskiego, białego małżeństwa -Quinny i Bernarda. Ona blond piękność, córka rzeźnika, on urzędnik bankowy, podczas wojny walczący w Indiach i jeszcze z nich niepowrócony.
Każda z tych postaci opowiada nie tylko o teraźniejszości, ale także o tym, co wydarzyło się wcześniej. Dzięki temu zabiegowi ciągle odkrywamy nowe poszlaki i zależności które łączą te dwa, na pierwszy rzut oka, bardzo różne małżeństwa. Mimo, że wszyscy oni są poddanami Korony Brytyjskiej, wszyscy mówią do siebie po angielsku, ale siebie nie rozumieją. Gilbert mówi jamajskim dialektem, Hortense wyszukaną, staromodną angielszczyzną, zaś Quinny językiem potocznym klasy średniej.  Nie tylko język podkreśla różnice pomiędzy nimi. Przede wszystkim jest to kolor skóry. Okazuje się, że Jamajczycy, którzy walczyli w drugiej wojnie światowej za swój Kraj Macierzysty, po wojnie nie są witani w tym kraju z otwartymi ramionami, wywołują zdziwienie, odrazę i strach. Oddając swoje życie i krew nie doczekali się nawet tego, aby Anglicy wiedzieli o tym, że Jamajka nie leży w Afryce. Ale czyż nie było przedsmaku tegoż już podczas wojny? Gilbert nie mogli marzyć o tym, aby zostać nawigatorem, tylko ze względu na to, że był kolorowy, odesłano go na tył frontu do obsługi naziemnej. Dzielił co prawda swoje żołnierskie życie z białymi, ale czy faktycznie był szanowany tak, jak na to zasługiwał? Oczywiście dla złagodzenia tego obrazu mamy pokazane wojsko amerykańskie, w którym biali i kolorowi chłopcy musieli mieć nie tylko dwa różne obozy, ale nie mogli mieszać się na ulicach podczas przepustek. To, że u Brytyjczyków było lepiej, nie oznacza wcale tego, że było dobrze.  I to wyraźnie widać już po wojnie. Mający taką, a nie inną kolonialną przeszłość Brytyjczycy nie potrafią i nie chcą inaczej traktować czarnoskórych imigrantów, nie oferują im pracy, odmawiają mieszkań. Nic dziwnego, że początkowa euforia Jamajczyków szybko przekształca się w niechęć, frustrację i rozczarowanie.  Najlepiej zaś odmalowane jest to ksenofobiczne społeczeństwo w oczach Gilberta i Hortense.

„Wysepka” to powieść, która bez zbędnego patosu, w barwny sposób pokazuje początki kształtowania się wielokulturowego społeczeństwa w Wielkiej Brytanii. Nie brak w niej humoru i wyrazistych bohaterów. Dobra książka o rasizmie, pełna niespodziewanych zwrotów akcji i zaskoczeń i chociaż odnosi się do wydarzeń sprzed ponad 60 lat, to dotyka wciąż aktualnych problemów, bo przecież rasizm nie zniknął z powierzchni ziemi, tylko przyczaił się nieco w niektórych rejonach. 



___________
Andrea Levy, Wysepka, przeł. Izabela Matuszewska, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2006, s. 512.



Image and video hosting by TinyPic




wtorek, 10 grudnia 2013

ZDOBYWAM ZAMEK, Dodie Smith

O książce Dodie Smith „I Capture the Castle” opowiadały mi wielokrotnie moje koleżanki z pracy, nazywając ją książką ich młodości i ukochaną powieścią. Toteż kiedy przeczytałam w „Mieście książek”, że po ponad siedemdziesięciu latach ukazał się wreszcie polski przekład, pospiesznie książkę kupiłam i zaczęłam czytać. Wyobrażałam sobie, że to jest dokładnie taki tytuł, jakiego mi teraz potrzeba, czarujący, nieco lukrowany, mający w sobie ten urok, który dla mnie mają na przykład książki Lucy Maud Montgomery z „Błękitnym zamkiem”, wspomnianym na okładce, na czele.
Szybko okazało się, że „Zdobywam zamek” nie ma dla mnie tej magii, co książki Montgomery, a z „Błękitnym zamkiem”, moją powieścią młodości, ma wspólny tylko tytuł.

„Zdobywam zamek” to historia spisana piórem Cassandry , która traktuje swój dziennik jako swoiste ćwiczenie w drodze do kariery pisarki. Romantyczna, niezwykle wrażliwa, doskonała nastoletnia obserwatorka, próbuje uchwycić chwile z życia swojej nietuzinkowej rodziny. Rodziny, która wynajmuje zachwycający zamek, położony w odludnej, przepięknej okolicy, jednocześnie zaś klepie biedę. Ojciec jest twórcą jednej genialnej książki, po której nie napisał już niczego innego, siedzi sobie więc zamknięty w wieży, niby
Filmowa Cassandra - źródło
pracując, a faktycznie żyjąc w swoim świecie, czytając książki i nie robiąc absolutnie nic, aby polepszyć standard życia swojej pięcioosobowej rodziny. Wszystko zostaje na głowie przecudnej urody macochy Topaz oraz starszych dziewczyn – Cassandry i jej siostry Rose. Wszystkie panie robią wszystko, co w ich mocy, aby wyżywić rodzinę i zadbać o resztki garderoby. Ciągle pozująca Rose jest panną na wydaniu, która marzy o wielkiej miłości, ale także chce się wyrwać z nędzy panującej w zamku, toteż jej wybranek serca musi spełniać majątkowe oczekiwania. Los rodziny odmienia się, kiedy w pobliskim dworze zjawia się nowy właściciel ze swoim bratem...

Nie przeczę, że oczekiwałam książki wybitnej, arcydzieła niemal. Tymczasem książka podobała mi się, ale nie zachwyciła, mimo, że jest w klimacie tak lubianych przeze mnie książek sióstr Brontë czy samej Austen, w którym świetnie się odnajduję i lubuję. Sama Cassandra z  jej naiwnością i
Cassandra i Rose - źródło 
romantyzmem z jednej strony, a dojrzałością i trzeźwością oceny sytuacji z drugiej, podbiła moja serce. Sama jednak historia jest dosyć banalna i przewidywalna, nie ma nawet powodu, aby doszukiwać się tutaj jakieś spektakularnej głębi. Napisana dobrze, toteż nie rozumiem, dlaczego czasami aż tak mi się dłużyła.

Być może miał na to wpływ fakt, że jak tylko przeczytałam o pięknej Topaz, to przypomniałam sobie, że oglądałam kiedyś ekranizację tej powieści i sceny z filmu miałam często przed oczyma podczas lektury. A może po prostu przeczytałam tą książkę za późno, może gdybym sięgnęła po nią będąc nastolatką, to wtedy podbiłaby moje serce. “Zdobywam zamek” ma swój urok i czar książki z myszką, miałam chyba po prostu nieco zawyżone oczekiwania i trudno mi się pozbyć tej nuty rozczarowania.







_____________
Dodie Smith, Zdobywam zamek, przeł. Magdalena Mierowska, Świat Książki, Warszawa 2013, s. 351.


———————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Tea Time z Corridą.



Image and video hosting by TinyPic

środa, 23 października 2013

BRIDGET JONES: MAD ABOUT THE BOY, Helen Fielding


Pierwsze dwa tomy „Dziennika Bridget Jones” przeczytałam kilkanaście lat temu. Wtedy wiecznie odchudzająca się i poszukująca miłości Brytyjka bawiła mnie do łez. Sądziłam, że jeśli kiedykolwiek pojawi się trzecia część jej zapisków, to będzie dotyczyła wspólnych losów z panem Darcy. Jakże się myliłam. Już kilka dni przed spodziewaną premierą gazety w Wielkiej Brytanii krzyczały nagłówkami, że pan Darcy nie żyje, a Bridget jest wdową z dwójką dzieci. Nie podobała mi się ta opcja do tego stopnia, że postanowiłam książki nie czytać. Nie mogłam sobie wyobrazić dalszych losów Bridget, jeśli nie ma tam miejsca dla Marka. Ciekawość jednak zwyciężyła, a że podarowano mi książkę, to w przypływie gorszego nastroju zaczęłam czytać.

Już od pierwszych stron Helen Fielding wprowadza nas w świat pięćdziesięcioletniej wdowy z dwójką dzieci, pozbawiając złudzeń co do osoby Marka Darcy’ego. Bridget mimo upływu lat niewiele się zmienia. Sporo bałaganu w jej życiu wewnętrznym i zewnętrznym, wiecznie ściganie się z czasem i totalny brak organizacji. Staje się nowocześniejsza, bardziej interesuje się sprzętem elektronicznym i oswaja Twittera. Liczy więc nie tylko kalorie, ale także obserwatorów na owym Twitterze. Jest bardzo samotna i tęskni za Markiem, wspominając wspólne lata życia jako te najszczęśliwsze w życiu. Bardzo stara się być dobrą matką dla syna i córki, co w jej odczuciu słabo jej wychodzi. Być może spóźnia się po nich do szkoły i nie ogarnia wszystkich imprez towarzyszących bujnemu, szkolnemu życiu, ale kocha ich ogromnie, wierzy w nich i motywuje.
Na Twitterze poznaje również atrakcyjnego Roxstera, z którym nawiązuje romans, mija wszak pięć lat od śmierci Marka i mimo tęsknoty życie toczy się dalej. Trzydziestolatek różni się wszystkim od pana Darcy’ego, ale zaskakuje tym, że da się lubić i ma specyficzne poczucie humoru, które szczególnie objawia się podczas sms-owania. Mentalnie pięćdziesięcioletnia Bridget i trzydziestoletni Roxster są dokładnie na takim samym poziomie, ale metryka przecież nie kłamie...
Pojawia się też pewien tajemniczy nauczyciel – pan Wallaker...

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu książki. Rozumiem wybieg autorki, która uśmiercając Darcy’ego nie doprowadza do zrzucenia go z piedestału doskonałego, angielskiego dżentelmena i największej miłości Bridget.  O czym mogłaby być trzecia część „Dziennka Bridget Jones” z panem Darcy’m? O kolejnym małżeństwie mierzącym się z troskami dnia codziennego, o słownych potyczkach, rozwodzie? W książce jest w jak życiu – nawet największa i najbardziej romantyczna miłość może się kiedyś niespodziewanie skończyć.
Sama pięćdziesięcioletnia Bridget jawi mi się nieco miej autentyczna i już nie tak zabawna, jak w poprzednich częściach. Wulgarne zwroty rażą mnie w ustach osoby w średnim wieku i to na dodatek matki dwójki dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Pewnie sama się starzeję, ale pewne zachowania mogą jeszcze bawić u trzydziestolatki, ale u osoby dwadzieścia lat starszej zaczynają nieco drażnić i nużyc. Książka wydawała mi się też nieco przegadana, a pojawiające się wszy zabawne są na początku, później już jakoś nie tak bardzo. Myśli podczas lektury gdzieś ulatują, uwaga się rozprasza w oczekiwaniu na jakiś zwrot, bo nie ma już tego tempa akcji, a to, co było śmieszne w latach dziewięćdziesiątych, teraz już jakoś tak nie śmieszy.
Koniec książki można łatwo przewidzieć i należy do tych z gatunku szczęśliwych.
W sumie miło było znowu spotkać się z roztrzepaną Bridget, ale czy chciałabym przeczytać kolejną część dziennika? Nie jestem pewna. Chyba że będzie to o siedemdziesięcioletniej, nieszablonowej babci Bridget Jones.



____________
Helen Fielding, Bridget Jones: Mad about The Boy, Jonathan Cape, London 2013, s. 390.


------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Tea Time z Corridą, Originaliter.

Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 8 października 2013

WICHROWE WZGÓRZA, Emily Brontë


„Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë po raz pierwszy przeczytałam z wypiekami na twarzy i łzami w oczach w szkole podstawowej. Później wracałam do tej książki jeszcze kilkakrotnie, zazwyczaj po obejrzeniu kolejnej ekranizacji powieści (których jest aż kilkanaście!), aby po raz kolejny skonfrontować własne odczucia po lekturze z kolejną wizją reżysera. Postanowiłam wrócić do „Wichrowych Wzgórz” po kilkunastu latach przerwy, przyznaję, że nie bez obaw, jak odbiorę powieść jako dorosła kobieta.

Heathcliff i Catherine. O ich miłości napisano już chyba wszystko, a sama powieść ma albo gorących zwolenników albo zawziętych przeciwników, wywołuje zgorszenie i niesmak. Sama nie potrafię polubić ani rozkapryszonej, rozpieszczonej Catherine, ani cygańskiego znajdę Heathcliffa, opętanego uczuciem do córki pana Earnshaw. Mimo wszystko zawsze chętnie wracam na wietrzne wrzosowiska, nawiedzane przez wichury i śnieżyce, gdzie nocą błąkają się duchy zmarłych, które nie doznały ukojenia i spokoju za życia. Wichrowe Wzgórza, zapomniane przez Boga i ludzi, przyciągają mnie jak magnes. To ta niespokojna, mroczna, diaboliczna wręcz atmosfera książki tak mnie intryguje, jak i bujna wyobraźnia autorki, która napisała powieść, która wyprzedza swoją epokę. 


Top Withens w Haworth - miejsce, które podobno zainspirowało
 Emily Bronte - źródło 
Podoba mi sie to, że Emily Brontë opowiada historię tak, jak widziała ją Nelly Dean, która narzuca nam interpretację zdarzeń, ocenia bohaterów, ale to pozostawia też miejsce na nasze przemyślenia. Po jakiej stronie się opowiemy? Zdroworozsądkowo powinnam współczuć z całego serca Lintonowi, ale jakoś nie potrafię. Nigdy też nie wybaczę Catherine, że poślubiła Lintona dla bogactwa i pozycji, tak łatwo poświęcając największą miłość swojego życia, prawdziwe powinowactwo dusz – Heathcliffa. Jej marne tłumaczenia nigdy mnie nie przekonają. Sam Heathcliff, wzbudza we mnie na początku żal i współczucie, do momentu, kiedy postanawia zniszczyć rodziny Earnshawów i Lintonów, aby ukarać je za wszystkie krzywdy, których doznał. Tego pełnego złości, kipiącego chęcią zemsty Heathcliffa nie lubię, kiedy  też z demoniczną obsesją pragnie zniszczyć kolejne pokolenia znienawidzonych rodzin. Mimo wszystko ciągle mu po cichu kibicuję, aby doznał spookoju, mając w pamięci niespełnione uczucie i ogromną tęsknotę. Jestem wewnętrznie rozdarta, bo wiem, że ta miłość niosła za sobą tylko zgliszcza i obnażyła okrutną, perwersyjną wręcz, naturę człowieka. 
Dobrze, że Emily Brontë kończy powieść tak, że daje nam jakiś promyk nadziei na odrodzenie prawdziwej miłości i wiary w ludzi.


Robert McGinnis "Wichrowe Wzgorza" - źródło
Po latach w "Wichrowych Wzgórzach" wciąż widzę ten romantyzm, ale więcej dostrzegam mroku i okrucieństwa. Powieść nie porusza mnie aż tak bardzo jak wtedy, kiedy byłam niewinnym dziewczęciem, ale ta wielka, niespełniona miłość pomiędzy Catherine i Heathcliffem wciąż mnie poraża i przeraża. Miłość dwojga ludzi, którzy nie wyobrażają sobie rozstania nawet po śmierci i pragną być nawiedzani przez ducha tej drugiej osoby, ich pasja, gwałtowność, kłębowisko uczuć, nierozerwalność. Czy dzisiaj tak się jeszcze kocha?

Lektura "Wichrowych Wzgórz" spowodowała, że znowu sięgnęłam po ekranizacje tej powieści. Bardzo lubię tą klasyczną z 1939 roku z Merle Oberon i Laurencem Olivierem , także tą z 1970 roku z Timotym Daltonem (niezwykle przejmujący w swej roli) i Anną Calder-Marshall. Moją ulubioną jest ta z 1992 z Juliette Binoche w roli Catherine i Ralphem Fiennesem w roli Heathcliffa. Wspaniale obydwoje zagrali przeklętych kochanków, dokladnie tak, jak sobie zawsze ich wyobrażałam.

Na koniec zostawiam tekst Kate Bush "Wuthering Heights" oraz  sceny z mojej ulubionej ekranizacji.

"Wuthering Heights" Kate Bush

Out on the wiley, windy moors
We'd roll and fall in green
You had a temper, like my jealousy
Too hot, too greedy
How could you leave me
When I needed to possess you
I hated you, I loved you too

Bad dreams in the night
You told me I was going to lose the fight
Leave behind my wuthering, wuthering
Wuthering Heights

Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold, let me in your window
Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold let me in your window

Ooh it gets dark, it gets lonely
On the other side from you
I pine a lot, I find the lot
Falls through without you
I'm coming back love, cruel Heathcliff
My one dream, my only master

Too long I roam in the night
I'm coming back to his side to put it right
I'm coming home to wuthering, wuthering
Wuthering Heights

Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold, let me in your window
Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold, let me in your window

Ooh let me have it, let me grab your soul away
Ooh let me have it, let me grab your soul away
You know it's me, Cathy.

Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold, let me in your window
Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold, let me in your window
Heathcliff, it's me, your Cathy, I've come home
I'm so cold




______________
Emily Brontë, Wichrowe Wzgórza, przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 382.


------------------------


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Tea Time z Corridą, Klasyka literatury popularnej, Najpierw książka potem film.


Image and video hosting by TinyPic