Komisarz Frans Palmu to jeden z najbardziej irytujących
detektywów, jakich znam. Przekonałam się już o tym czytając „Kto zabił panią Scrof?”. Przy tym jest niezwykle zabawny, ze swoim kreowaniem się na wielkiego erudytę,
zamiłowaniem do dobrych cygar, wykwintnych posiłków i przejażdżek taksówkami,
za które nie znosi płacić. To śledczy w starym, dobrym stylu Sherlocka
Holmes’a, który kolekcjonuje wszystkie ślady, dedukuje i jest zawsze kilka kroków
przed całą resztą – swoimi współpracownikami oraz nami, czytelnikami.
„Błąd komisarza Palmu” zabiera nas do
Helsinek, które tym razem są jakby na uboczu, nieco zamglone, a przez to kierujące
naszą uwagę wyłącznie ku kryminalnej zagadce. Taivo Virta i tym razem jest
narratorem powieści, dalej jest niedomyślny i gapowaty. Oprócz kariery
policjanta osiągnął sukces jako autor powieści na temat morderstwa pani Scrof.
To oczywiście nie znajduje uznania w oczach jego przełożonego, ale jestem
przekonana, że Palmu skrycie zazdrości mu i wyższego wyksztalcenia i elokwencji
i samej książki. Swoja
sympatię dla młodego stażysty starannie ukrywa, dalej odnosi się do niego
arogancko i wyśmiewa jego hipotezy śledcze.
Nic nie zapowiada, że senny poniedziałek
zostanie zakłócony wiadomością o domniemanym wypadku helsińskiego playboya i
milionera. W willi denata Brunona Rygsecka, udziałowca koncernu Rykamo, jest
podejrzanie tłoczno, już z samego ranka zebrała się tam nie wiadomo po co finansowa
elita Helsinek. Waltari buduje akcję i kreśli
bohaterów tak, że wszyscy są podejrzani, fotograficznie wręcz kreśli ich portrety
oraz dba o detale. Każda osoba zresztą coś ukrywa i kłamie. Jakże uwierzyć, że
Brunon pośliznął się na mydle, wpadł do basenu i utopił się we własnej łazience
przy zgaszonym świetle? Aby rozwiązać tą zagadkę, w której dochodzenie opiera się
tylko na poszlakach, Palmu musi poskromić swoją naturę i zagrać rolę
kompletnego nieudacznika i bardzo przeciętnego detektywa tylko po to, aby na końcu
złapać wszystkich w garść i wprowadzić w olbrzymie zdumienie.
Drugi tom cyklu o komisarzu Palmu podkreśla klasę
Waltariego nie tylko jako twórcy powieści historycznych, ale także jako autora powieści
kryminalnych. „Błąd komisarza Palmu” to klasyka gatunku, bez trupów ścielących się
co drugą stronę, morza krwi i kaskaderskich pościgów, za to trzymająca w napięciu
od pierwszej do ostatniej strony i zaskakująca zaskoczeniem. Sama oczywiście próbowałam
rozwikłać zagadkę, ale bliżej było mi do stażysty Virty niż do Palmu, to zaś
dla mnie także oznacza, że przeczytałam świetny kryminał.
__________
Mika Waltari, Błąd komisarza Palmu, przeł. Sebastian Musielak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 297.
--------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy literaturę skandynawską, Z literą w tle, Z półki - 2013, Book-Trotter.
„Egipcjanin Sinuhe” Waltariego to, mam wrażenie,
jedna z tych książek, którą czytali wszyscy oprócz mnie. Podskórnie czułam, że
to książka, którą będę smakować powoli i ogromnie się cieszyć każdym napisanym słowem.
Nie myliłam się. To ponad 600 stron pięknej, napisanej kwiecistym językiem,
lektury, osadzonej w starożytnym Egipcie za czasów panowania Amenhotepa
IV Echnatona.
Kilka książek historycznych z tego okresu już czytałam,
więc wiele rzeczy było mi znanych, co jednak wcale nie powodowało, że książkę czytałam
z mniejszym zainteresowaniem, wręcz przeciwnie. Realia powieści są dobrze oddane,
jeśli chodzi o stan wiedzy z pierwszej polowy XX wieku, niektóre wątki oparte są
na ówczesnych przypuszczeniach, ale i teraz, mimo badan DNA, wciąż nie wiemy
wszystkiego o XVIII dynastii. Wciąż na przykład naukowcy spierają się, gdzie
faktycznie był pochowany faraon Echnaton, a to tylko jedna z wielu wątpliwości.
Książka to rodzaj pamiętnika – spowiedzi
lekarza Sinuhe, byłego królewskiego trepanatora, który w jesieni swego życia został
wygnany z ziemi egipskiej na wybrzeże Morza Czerwonego. Chociaż wielokrotnie podkreśla,
że spisuje on swoje dzieje dla siebie, to dbałość z jaką to robi oraz
przechowuje piętnaście ksiąg traktujących o jego życiu sugeruje, iż ma on nadzieję,
że ktoś kiedyś je przeczyta i wyciągnie wnioski.
Opowiada on nam koleje swego życia zaczynając
od dzieciństwa, kiedy jako noworodek został znaleziony, niczym Mojżesz, w łódce
uplecionej z sitowia, zaplatanej w szuwarach Nilu. Sinuhe nie został jednak
odnaleziony przez egipską królową, a przez Kipe, żonę lekarza biedoty -
Senmuta. Bezdzietna para usynowia go, a Kipa nadała mu baśniowe imię, które
niejako zdeterminowało jego losy. Sinuhe dostaje od swoich przybranych rodziców
wszystko co najlepsze, przede wszystkim miłość, mądre rady, ale także możliwość
poznania pisma, a to w tamtych czasach otwierało wiele drzwi. Sinuhe początkowo
uczy się sztuki lekarskiej od Senmuta, później od kaplanow Amona, ale wciąż
jest głodny wiedzy i poznania odpowiedzi na najstarsze pytanie świata:
„dlaczego?”. Dzięki łutowi szczęścia poznaje odpowiednich ludzi lub po prostu
znajduje się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, a to zmienia jego życie
na zawsze. Zostaje cenionym lekarzem, także na dworze faraona i zaufanym człowiekiem
Horemheba. Syria, Babilon, Mitanni, Amurru, Hatti, Kreta – te wszystkie miejsca
poznał Sinuhe, w nich uczył się sztuki lekarskiej, zdobywał cenne informacje
dla swoich ważnych, egipskich przyjaciół, ale także uczył się życia. O ile podróże
pozwoliły mu nabrać biegłości w zawodzie lekarza, to niestety w życiu nie radził
sobie kompletnie, w czym nie pomagała mu głowa nabita ideałami i ideami oraz skłonność
do filozofowania. Nie na darmo Echnaton nadał mu imię Ten, Który jest Samotny. Spotkane
na życiowej ścieżce kobiety przynosiły mu bol i cierpienie, począwszy od
okrutnej i pięknej kurtyzany Nefernefernefer, poprzez Mineę – wielką,
platoniczną miłość Sinuhe, kapłankę kreteńskiego boga-byka, a skończywszy na
Merit – barmance z „Ogona Krokodyla”.
Dobry, na ogół szlachetny Sinuhe wydaje się
czasami postacią nieco mdłą, szczególnie jeśli zestawimy go z barwnym,
niezwykle charakternym Kaptahem – jego niewolnikiem i przyjacielem. Tak, Kaptah
był zdecydowanie tym wszystkim, czym Sinuhe nigdy nie był. Ta niezwykła przyjaźń
i trwanie przy sobie jest niezwykle barwnym wątkiem powieści, a polemiki, które
toczą ze sobą pan i jego niewolnik niejednokrotnie wyciskają łzy śmiechu. Jeśli
już jestem przy rozmowach, to nadmienię, że postacie w „Egipcjaninie Sinuhe”
nie rozmawiają ze sobą, one do siebie przemawiają, pouczają się wzajemnie, często
ubarwiając swe wypowiedzi złotymi myślami. Styl bardzo specyficzny, ale
idealnie oddający charakter tamtych czasów, a genialne "twoja mowa
jest dla mnie jak brzęczenie much", pojawiajace się zresztą
wielokrotnie, nie można wręcz zapomnieć.
Postać Sinuhe jest bardzo ciekawa, ale dla mnie
jeszcze bardziej interesująca była cała otoczka historyczna i obyczajowa.
Konflikty polityczne, życie dworskie nie tylko na dworze faraona, ale także na
dworze króla Babilonu, życie zwykłych ludzi, praktyka lekarska w ówczesnych
czasach... Długo mogłabym jeszcze tak wymieniać.
Cokolwiek napisałabym o tej książce, to wiem,
że nie jestem w stanie oddać tego, jak bardzo mnie “Egipcjanin Sinuhe” porwał i jak wielkie na mnie wywarł wrażenie.
Niezwykle smutna to i piękna powieść. Najbardziej zadziwia mnie jej ponadczasowość,
bo „Nawet gdyby
przyszły
czasy, kiedy nie będzie już bogatych ani biednych, to zawsze jeszcze będą mądrzy i głupi, chytrzy i naiwni. Tak zawsze było i tak też pozostanie na zawsze. Silny stawia stopę na karku słabego, a chytry wyłudza od naiwnego sakiewkę i każe głupiemu pracować dla siebie”.
Po tak wspaniałej lekturze nie mogłam sobie darować i musiałam jeszcze raz wrócić, chociaż na dwie godziny do świata, ktory stworzył Mika Waltari. W 1954 roku Michael Curtiz wyreżyserował "The Egiptian". Film był dobrze przyjęty, został nawet nomiwany do Oscara za najlepsze zdjęcia, a odtwórczyni roli Nefernefernefer - Bella Darvi - otrzymała Złoty Glob jako najbardziej obiecująca nowa aktorka. O mały figiel film miałby naprawdę gwiazdorską obsadę, bo Sinuhe miał zagrać sam Marlon Brando, a Marilyn Monroe przegrała batalię o rolę Nefernefernefer z ówczesną kochanką producenta filmu. A sam film? Cóż, jest to typowa amerykańska produkcja, naciągająca realia historyczne do swoich potrzeb i nijak ma się do książki. Można zobaczyć, ale nie trzeba.
___________
Mika Waltari, Egipcjanin Sinuhe, przeł. Zygmunt Łanowski, Książnica, Katowice 2011, s. 656.
-------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, To już było, Z literą w tle, Czytamy literaturę skandynawską, Najpierw książka potem film.
Nie ukrywam, że w mojej świadomości Mika Waltari przez wiele lat istniał jako fiński mistrz powieści historycznej, jakże wielkie więc było moje zdziwienie, kiedy rok temu zobaczyłam w zapowiedziach wydawniczych kryminał jego autorstwa! Przy okazji pocieszyłam się, że nie różnię się bardzo od statystycznego Polaka, bo niewielu wówczas miało pojęcie o jego pozahistorycznej twórczości.
Doczytałam więc, że powstały trzy książki z udziałem komisarza Palmu, koniecznie więc musiałam mieć wszystkie. Teraz, kiedy całość mam już na półce zaczęłam czytać. Muszę się przyznać, że cierpię na taką dolegliwość, iż jeśli książka należy do jakiegoś cyklu, to muszę mieć cały, aby zabrać się do czytania, a przynajmniej prawie pewność, że nie będę musiała czekać latami na kontynuację. Nic bardziej denerwującego, jak polubienie głównych bohaterów, wciągnięcie się w akcję i późniejsze zawieszenie w próżni, bo wydawnictwo nie zdecydowało się na kontynuację lub miesza radośnie tomy, bo chronologia jest im obca.
Pierwsze wydanie książki ukazało się 74 lata temu, więc spodziewałam się klasycznej powieści detektywistycznej i to dokładnie otrzymałam. Tutaj muszę popełnić jeszcze jedno wyznanie - nieczęsto sięgam po krwiste kryminały, gdzie trup ściele się gęsto lub w akcję zamieszane są dzieci, bo mimo tego, iż książka bywa interesująca, to odpokutowuję to potem koszmarami nocnymi, a cenię sobie bardzo mój spokojny sen. Po lekturze tej książki spałam spokojnie.
Zamordowana zostaje starsza pani, niezbyt sympatyczna, na dodatek obrzydliwie bogata i mająca więcej wrogów niż przyjaciół, a może samych wrogów i tylko udawanych przyjaciół. Do akcji wkracza Frans Palmu, z pozoru niegrzeszący intelektem, na dodatek będący gburem i złośliwcem. Ma swojego pomocnika, jest nim nieco gamoniowaty, ale o romantycznej duszy Toivo Virta. Ci dwaj panowie mając za dowód odcisk buta, zapałkę oraz dwie krople krwi na dachu, pomoc kolegów z wydziału kryminalnego, a przede wszystkim potężną broń w postaci własnych mózgów - rozwiązują zagadkę, a po prawdzie to jeden z nich, bo drugi daje wodzić się za nos swoim przeczuciom i wrażliwej duszy. Zajmuje im to tylko dwie noce i dwa dni. Przez praktycznie całą książkę "jeszcze nie podejrzewamy nikogo, podejrzewając zarazem każdego", poznajemy wszystkie osoby powiązane z panią Skrof, praktycznie każdą darząc sympatią i nienawidząc prawie nikogo... Przy tym wszystkim bawiąc się doskonale, bo całość okraszona jest sporą dawką dobrego humoru. Co najważniejsze - zakończenie zaskakuje, a to wcale nie jest tak oczywiste w wielu współczesnych powieściach detektywistycznych, gdzie często na tacy podają nam mordercę już na pierwszych stronach, psując tym samym, przynajmniej mnie, przyjemność z czytania.
Kiedy znowu będę w kryminalnym nastroju z pewnością sięgnę z przyjemnością po kolejne tomy opisujące przygody komisarza Palmu.