Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z półki - 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z półki - 2013. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

TRISMUS, Stanisław Grochowiak


Książka „Trismus” Stanisława Grochowiaka z pewnością szokowała w czasie, kiedy została po raz pierwszy wydana, czyli w 1962 roku. Pięćdziesiąt lat później nie ma już, przynajmniej dla mnie, takiego mocnego przekazu, być może dlatego, że teraz wiemy już więcej i od dawna. „Trismus” jednak ciągle uderza, rani i budzi niedowierzenie, dobitnie pokazując, jak silna była hitlerowska ideologia i co potrafiła zrobić z mózgiem, inteligentnego przecież, człowieka.

Wiele jest symboli ukrytych w książce, od samego tytułu począwszy (trismus znaczy szczękościsk), po nazwę miejscowości (Glückauf). Sama zaś „Trismus” traktuje o architekcie, koneserze sztuki i piękna, a jednocześnie oficera SS, który z czasem zostaje komendantem obozu pracy. Stanisław Grochowiak wnikliwie analizuje psychikę człowieka, który żył nazistowską ideologią, uznając ją za jedyną słuszną i prawdziwą, który poddaje się bez szemrania nakazom Lebensbornu, znajdując sobie żonę według niego idealną, nie tylko o odpowiednim aryjskim wyglądzie, ale także o odpowiednich przekonaniach. Nie jest więc bezmyślnym sadystą, jest człowiekiem, który stara się wykonywać swe obowiązki z niemiecką pedanterią, wierząc jednocześnie w swoje racje. Parafrazując słowa Mussoliniego, dla głównego bohatera faszyzm był religią.
Ów esesman pisze Tagebuch, który zawiera również listy, urzędowe dokumenty, zapiski zwykłych dni, ale także opowiada o poszczególnych więźniach obozu i życiu obozowym w ogóle. Po zawarciu małżeństwa z Nelly Dodder, ona także dołącza w nim swoje zapiski, odkrywając drugą twarz fanatyka i szczegóły z małżeńskiej alkowy i życia rodzinnego. Forma książki wprowadza złudzenie, że czytamy nie fikcję literacką, a dokument, a autorem książki jest nie Polak, a Niemiec.


W postaci Nelly jest wiele z Ruth z „Niemców” Leona Kruczkowskiego, a finałowa scena bardzo przypomina tą, z napisanej wiele lat później, chociaż kompletnie nie rozumiem dlaczego sławniejszej książki, „Chłopiec w pasiastej piżamie”  Johna Boyne’a. Pewnie też to zadecydowało, że tą dobrą książkę nie uznałam za wybitną. Warto jednak przeczytać, bowiem “Trismus”, jeśli obedrzeć go z niemieckiej rzeczywistości czasów II wojny światowej i przenieść do każdego innego, ogarniętego wojną, kraju – ma wymowę uniwersalną.


____________
Stanisław Grochowiak, Trismus, Książka i Wiedza, 1988, s. 171.




——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Wojna i literatura, To już było, Z półki - 2013.
Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 5 grudnia 2013

ŁĄKA UMARŁYCH, Marcin Pilis

Każdy Polak słyszał, co stało się w miejscowości Jedwabne w roku 1941 roku czy Gniewczynie w 1942. Na kanwie tych wydarzeń Marcin Pilis zbudował powieść wstrząsającą, bolesną, dotykającą polskiego wstydu. Wielkie Lipy to fikcyjna miejscowość w której osadzona jest akcja, a która jest tłem do tego, aby pokazać, jakie były stosunki polsko-żydowskie podczas wojny i oraz po jej zakończeniu. Nazwa nie jest zresztą istotna, bo wydarzenia mogły mieć miejsce gdziekolwiek w małej, nieco izolowanej miejscowości. Pytanie, czy konstruowanie fikcyjnej fabuły na bazie tak bolesnych wydarzeń jest konieczne, potrzebne i  moralne? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Sama jestem zazwyczaj na nie, ale w tej sytuacji mam bardzo mieszane uczucia, pewnie dlatego, że sama powieść okazała się bardzo dobra. Z gatunku tych, które gryzą i nie pozwalają zasnąć w nocy, bo przywołują obrazy z książki i pytania o naturę zła.

„Łąka umarłych” nie jest powieścią jednowymiarową. Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej, w czasach PRL-u lat siedemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych. Mamy mieszankę Polaków, Niemców i Żydów, a wszystkie postaci są ściśle ze sobą powiązane. Konstrukcja fabuły jest wyśmienita, a narracja równie dobra.

Wielkie Lipy to wieś położona wśród lasów, która byłaby zapomniana przez świat, gdyby nie istniejący tam klasztor i zabłąkani pielgrzymi. Tam od wielu lat żyli w symbiozie Polacy i Żydzi, nie przeszkadzając sobie zupełnie. Do czasu okupacji. W Wielkich Lipach znalazł swoje miejsce Jerzy Hołotyński, astronom i naukowiec, który miał tam swoje obserwatorium astronomiczne i prowadził badania. Spędził tam kilkadziesiąt lat, sporadycznie odwiedzając żonę i syna, a co ważniejsze- nigdy ich nie zapraszając do swojej samotni. Dwa lata po śmierci Jerzego, już w latach siedemdziesiątych, jego syn Andrzej przypomina sobie o domu i obserwatorium, które odziedziczył, a także o obietnicy, którą złożył ojcu na łożu śmierci. Wyrusza więc do Wielkich Lip odkrywając, że wieś jest tak odizolowana, że nie można dojechać tam żadnym autobusem, a ostatni odcinek drogi trzeba przebyć pieszo przez las. Już w drodze do wsi zostaje napadnięty, a na miejscu w Wielkich Lipach przekonuje się, że nie jest tam chętnie widziany ani przez przeora klasztoru, który udziela mu pomocy na czas rekonwalescencji, ani przez mieszkańców. Stara się rozwikłać tajemnicę tej mrocznej miejscowości, co prowadzi do szeregu tragicznych zdarzeń dla wielu ludzi z nią związanych, również dla samego Andrzeja. Bowiem nie tak łatwo wydostać się z wsi, do której dostępu broni samo SB „chroniące” resztę społeczeństwa przed wiedzą o tym, co wydarzyło się w Wielkich Lipach w czasie II wojny światowej. 
“Niby wiedział, że Polacy to nie nadludzie śpiewający wyłącznie o chwale, czci, honorze i mesjańskim powołaniu. Są i złoczyńcy bez hamulców. Są. Wszędzie przecież są. Ale co zrobić, kiedy tymi złoczyńcami bez hamulców okazują się zwykli ludzie, i z niepozornego zbiorowiska przeistaczają się w krwiożerczy tłum, a potem wracają do swoich codziennych zajęć”.
Chcielibyśmy wierzyć, że Polacy byli wyłącznie waleczni i braterscy, pomijamy często fakt, że sporadycznie zdarzały się wypadki, kiedy to Polacy okazywali się bardziej okrutni od okupanta, zwracając się ku swoim sąsiadom, aby zdobyć aprobatę najeźdźcy, a moze po prostu dlatego, że żyła w nich pierwotna żądza krwi i mordu.
W latach dziewięćdziesiątych ktoś jeszcze udaje się  do tej zapomnianego przez wszystkich miejsca. To stary, chorowany Niemiec – Karl Strauch, który był w centrum tragicznych wydarzeń w Wielkich Lipach...

„Łąka umarłych” to powieść zawieszona gdzieś pomiędzy dobrem i złem, chociaż w wielu momentach wydaje się, że w Wielkich Lipach żyje wyłącznie zło. Zło tak potężne, że chce się zamknąć oczy i zapomnieć o scenach z tej książki jak najszyciej. Tak się jednak nie da. Książka wwierca się w myśli i boli okrutnie, przeraża i wymusza pytania, kim byłabym w podobnej sytuacji. Czy katem, czy altruistką? Do jakich czynów bylabym zdolna lub niezdolna?

Jako przeciwwagę mamy wątek miłosny, który staje się niejako ratunkiem i dla nas, wstrząśniętych czytelników, a przede wszystkim dla samych bohaterów.

Jedna z najlepszych książek polskiego autora, jaką udało mi się ostatnio przeczytać.


____________
Marcin Pilis, Łąka umarłych, Wydawnictwo SOL, Warszawa 2010, s. 383.


——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Wojna i literatura, To już było, Z półki - 2013.

Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 5 listopada 2013

NIECH WIEJE DOBRY WIATR, Linda Olsson

„Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson stała już na mojej półce długo, nawet już nie pamiętam kiedy i dlaczego ją kupiłam. Weszłam w świat tej książki bez znajomości nawet opisu z tylu okładki i dobrze, bo nie powinno się go czytać przed lekturą. Misterny świat debiutanckiej powieści Olsson, w którym w tle gra druga część trzeciej sonaty d-moll na skrzypce i fortepian Brahmsa, oczarował mnie od pierwszej strony. Wspaniale jest odnaleźć na własnej biblioteczce prawdziwą perełkę, która uwiedzie lirycznym językiem, zadziwi pięknymi pejzażami, wzburzy fale emocji.
Potrzebowałam dobrych kilku dni, aby ochłonąć, a i teraz nie wiem, czy jestem w stanie o tej książce napisać, bo nie chcę zburzyć obrazów, które mam w głowie, pisać o niej nieporadnymi słowami, które nie są w stanie oddać, jak piękna jest to książka.

„Niech wieje dobry wiatr” to opowieść o dwóch kobietach. Veronika to trzydziestoletnia początkująca pisarka, która wyjeżdża do Västra Sängeby, aby uciec przed demonami przeszłości i spróbować zmierzyć się ze swoją drugą książką. Astrid to staruszka, mieszkająca tam od zawsze, która uczyniła świadomie ze swojego domu własne więzienie, wybrała los pustelnicy otrzymując tym samym przydomek wiedźmy i dziwaczki. Obydwie zaś mają blizny na duszy, ale także wciąż krwawiące rany. Różni ich tak wiele, a jednak powoli łączy ich subtelna nic porozumienia, która z czasem zmienia się w głęboką przyjaźń opartą na intuicji, umiejętności słuchania i ogromnym takcie. Taką, kiedy niewypowiedziana myśl już łączy się z myślą drugiej strony, a spojrzenie i delikatny dotyk znaczy więcej niż potok słów. Astrid i Veronika odkrywają przed sobą fragmenty swoich historii, te najważniejsze, ukryte gdzieś głęboko i nigdy wcześniej niewypowiedziane na głos. Przepiękny dialog dwóch zranionych, samotnych serc. Przeglądają się w sobie niczym w lustrach, a słowa i obecność tej drugiej mają moc oczyszczającą i uzdrawiającą. Kiedyś Astrid napisze: "Poznałaś mnie jak nikt inny na świecie. Przez bardzo długi czas czerpałam ulgę z tego, że nic nie miałam. Nikogo. Teraz jednak wiem, że nie jesteśmy stworzeni, aby żyć w ten sposób”.
Nad ich opowieściami unosi się zapach symbolicznych poziomek, tragicznych konwalii oraz naleśników. I muzyka.


Linda Olsson przepięknie opowiada o ludzkich uczuciach i samotności, tak subtelnie i z ogromnym wyczuciem. Język wibruje, wabi dźwiękiem, kolorem, smakiem i zapachem. Można się zanurzyć w tej tragicznej historii i zapomnieć o całym świecie wokół.
Jeszcze jedna rzecz poruszyła mnie bardzo w tej książce. Przyroda.
Przyroda, która odgrywa ważną rolę, a Autorka maluje niezwykle poetyckie pejzaże nacechowane sentymentem osoby, która mieszka daleko od swego rodzinnego kraju i przechowuje zapamiętane widoki niczym cenne klejnoty w szkatułce swoich wspomnień.

Wstrząsająca emocjonalnie powieść, smutna, a jednak przywołująca uśmiech na twarzy i dająca nadzieję.
“Niech wieje dobry wiatr.
Niech sypie bialy śnieg.”
Jedna z najpiękniejszych opowieści o kobietach, jaką dane mi było przeczytać.

  
___________
Linda Olsson, Niech wieje dobry wiatr, przeł. Urszula Szczepańska, Wydawnictwo G+J Gruner&Jahr, Warszawa 2008,  s. 220.

----------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy literaturę skandynawską, Book-Trotter, Z półki 2013.


Image and video hosting by TinyPic

piątek, 25 października 2013

UCIECZKA Z GETTA, Halina Zawadzka


„Ucieczka z getta” Haliny Zawadzkiej, to kolejna przeczytana przeze mnie książka z serii „Żydzi Polscy” Ośrodka Karty. Do tej pory każda lektura wstrząsała mną, zostawiała drzazgę w serca, ale z tą było inaczej. Nie ukrywam, że jest to niezwykle trudna lektura dla Polaków napisana przez Autorkę po pięćdziesięciu latach od tytułowej ucieczki z getta.

Jak pamięta Halina Zawadzka czas wyjścia na aryjską stronę? Boleśnie dla każdego mieszkańca Polski, bo nie znalazła praktycznie żadnej bratniej duszy po tej stronie getta. Z małymi wyjątkami. Często pisze o tym, jak Polacy nienawidzili Żydów i jak mimo całej nienawiści do Hitlera uważali, że powinni być mu wdzięczni za to, że wyczyścił Polskę z Żydów oraz że należy mu się z tej okazji pomnik. Wspominała także nienawiść AK-owców do Żydów, nie tylko w postaci niewybrednych żartów, ale także znanych jej ze słyszenia mordów. Jak sama napisała, czuła się jak biedna, opuszczona Żydówka w okrutnym, chrześcijańskim świecie. Świecie, który nie tylko nie współczuł jej i losowi jej Braci, ale szczerze nienawidził wszystkich Żydów i który był gotów zabić ich lub wydać Niemcom.
Nie ukrywam, że czyta się to wszystko niezwykle przykro, momentami aż trudno uwierzyć, że Halina Zawadzka wspomina dobrze tylko trzy Polki i jednego Polaka. Owe trzy Polki to Halina Słowik oraz jej dwie córki Maria i Olga, które pomagały w ukrywaniu się Hali przez ponad dwa lata i właśnie one, dzięki staraniom Autorki, zostały odznaczone w 1998 roku medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Taki jest punkt widzenia Autorki i stosunek do wydarzeń z okresu okupacji i ma ona oczywiście do niego prawo, jednakże mnie samej trochę raził fakt, że skoncentrowała się tylko na antysemityzmie Polaków sięgając nawet do czasów przedwojennych, bowiem nawet o Niemcach nie napisała tylu gorzkich słów.
Sam zapis owych wydarzeń jest dosyć chłodny, wydaje się pozbawiony emocji, chyba że dotyczą nielubiących Żydów Polaków, bo wtedy emocje aż buzują.
Halina Zawadzka napisała „Ucieczkę z getta” po polsku, w języku, którym myślała i czuła i jak czytamy w przedmowie Zbigniewa Gluzy, „ogłosiła w Polsce: dokonuje tego  k u , a nie p r z e c i w  Polakom” oraz ze „Zależy jej, abyśmy zrozumieli Jej pamięć”. Rozumiem i szanuję, jednakże uważam, że to jedna ze słabszych pozycji serii „Żydzi Polscy”.  


____________
Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, seria "Żydzi Polscy", Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 183.


-----------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, Z literą w tle, Z półki - 2013, Wojna i literatura, To już było, nie tylko literatura piękna.

Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 1 października 2013

KAIR. HISTORIA PEWNEJ KAMIENICY, Alaa Al Aswany


Literatura egipska wciąż jest rzadkością w Polsce. Mnie samej kojarzy się głównie z laureatem literackiej Nagrody Nobla Nadżibem Mahfuzem, którego dzieła wciąż (niestety) oczekują na przeczytanie. Kilka lat temu dosyć głośno było w blogowym świecie i nie tylko o innym egipsku pisarzu. Alaa Al Aswany stal się sławny dzięki książce „Kair. Historia pewnej kamienicy”, na podstawie której powstał także wysokobudżetowy film, który był nominowany w 2007 roku do Oscara, a który podobnie jak książka, stał się hitem w wielu krajach, a szczególnie w Egipcie.
Szczerze mówiąc mam bardzo sceptyczny stosunek do książek, które ogłaszane są „światowymi bestsellerami”, „Kair. Historia pewnej kamienicy” jednak zagościł na mojej półce, kupiony gdzieś okazjonalnie i został zapomniany na kilka lat. Głównie pewnie dlatego, że tematyka arabska nie jest mi bliska, nawet jeśli chodzi o Egipt, który interesuje mnie bardzo, ale tylko z czasów starożytnych, a historia współczesna, walki religijne, islam są mi bardzo odległe mentalnie.

Alaa Al Aswany wzbudził swoją książką wiele kontrowersji, ponieważ zdobył się na otwartą krytykę społeczeństwa egipskiego i rządów w Egipcie, przybliżając nam drugie oblicze tego kraju, a który kojarzy nam się głównie z wakacjami w cieniu piramid lub nurkowaniem w Morzu Czerwonym. Otwarcie również napisał o tym, że wśród muzułmanów są homoseksualiści, co wywołało wielkie poruszenie. W tytułowej kamienicy Jacobiana przy ulicy Sulimana-Paszy w centrum Kairu, trudno spotkać mieszkańca, do którego żywiłoby się sympatię. Symbolizuje ona podział na kasty, lepszych i gorszych mieszkańców Egiptu, parter i niższe piętra zamieszkują bogaci i wpływowi, a na jej dachu, w blaszanych komórkach, mieszka biedota. W islamskim państwie, które pozornie rządzi się surowymi zasadami króluje rozwiązłość, korupcja i nieuczciwość. Wiele można darować możnym z licznymi koneksjami, zaś biedacy zapłacą słono za swe przewinienia i zostaną napiętnowani na całe życie. Na początku lektury wydawało mi się, że Taha jest tą pozytywną postacią, jednak pomyliłam się. Taha z racji swego niskiego pochodzenia nie ma szans, aby dostać się na wymarzoną uczelnię, a na kolejnej doznaje przede wszystkim ukojenia w wierze, co z kolei powoduje, że zmienia się w religijnego bojownika. Próba przekonania nas, że nawet  dobry chłopak może zmienić się w fanatyka? Nie przekonuje mnie. Mieszka tam również  Zaki ad Dassuki  - podstarzały playboy, redaktor Hatim Raszid – homoseksualista, skorumpowany Azzam, który kupuje sobie miejsce w parlamencie i ukrywa drugą żonę przed pierwszą, piękna Busejna, która musi zarabiać na całą swoją rodzinę. Wszyscy oni, biedni czy bogaci, mają swoje problemy, mroczne tajemnice i mniejsze lub większe grzeszki, nikt nie jest bez skazy.
Alaa Al Aswany porusza też temat modny i bardzo na czasie - sprawę kobiet w islamskim świecie, które muszą zgadzać się na molestowanie w miejscu pracy, bo nie mogą sobie pozwolić na utratę zarobków, które często też są niewolnicami w domu swego męża.

„Kair. Historia pewnej kamienicy” to przekrojowa książka, która burzy pewne stereotypy, tematy tabu i jest ważnym głosem w walce o demokratyczny Egipt. Gdybym czytała ją pięć czy sześć lat temu, to pewnie byłabym zachwycona jej świeżością. Osobiście mnie nie porwała, obecnie temat wydał mi się już przemielony przez wiele lektur, a bohaterowie niesympatyczni. Nic też nie poradzę na to, że na hasło „dżihad” mój mózg automatycznie się wyłącza i nie chce przyjmować więcej treści.
Książka sprawnie napisana, dobrze sie czyta, wątki momentami interesująco się zazębiają, ale nie dołączę do grona zachwyconych osób, bo zostawiła mnie letnią. Bardziej niż mnie zaciekawi pewnie te osoby, które lubią literacko zagłębiać się w muzułmański świat i jego mroczne zakamarki.



___________
Alaa Al Aswany, Kair. Historia pewnej kamienicy, przeł. Agnieszka Piotrowska, Media Lazar Capricorn, Warszawa 2008, s. 318.


---------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, Z półki - 2013.


Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 26 września 2013

OPERACJA "LAWINA". Dzieje przemilczanej zbrodni UB, Maciej T. Nowak


Bezdomni i Podziemni, jak w bajce szli widmowi.
Z niczyjego rozkazu, z własnego wyboru.
Już tylko na te próby męstwa i honoru.
Już tylko, by tych prochów nie oddać wrogowi.
/Marian Hemar “O wielkim bojowniku”/

„Operacja „Lawina” była jedną z największych pod względem liczby ofiar prowokacji UB, eksterminacją bez jakiegokolwiek postepowania sądowego. (...) książka jest próbą rekonstrukcji zdarzeń opartą na dostępnych materiałach, zaprotokołowanych zeznaniach i rozmowach z żyjącymi świadkami tamtych wydarzeń. Pokazuje nie tyle historię całego oddziału „Bartka”, co losy poszczególnych osób”.

Książka Macieja T. Nowaka jest bardzo dobrze napisaną i udokumentowaną pozycją. Przystępny i żywy język sprawia, że książkę czyta się w niezwykłym tempie. Ważniejsze jest jednak to, że przybliża historię, która nigdy nie miała wyjść na światło dzienne, historię ludzi z oddziału „Bartka”, którzy zostali zamordowani przez UB i NKWD na Opolszczyźnie we wrześniu 1946 roku. Warto sięgnąć po tą książkę, aby nie zapomnieć i uczcić ich śmierć. 
Grupa kpt. Henryka Flame ps. „Bartek” działała na Podbeskidziu w okolicach Baraniej Góry w ramach VII Okręgu Sląskiego NSZ. Prowadziła ona walkę z radzieckim okupantem, a „Bartek” po wielu udanych akcjach stał się legendarnym dowódcą, do którego przyłączały się różne partyzanckie oddziały i grupy zbrojne. Byli sami, nękami i inwigilowani przez UB, w marnych szałasach i ziemiankach schownaych gdzieś w górach, z problemami zaopatrzenia militarnego i żywnościowego. W czasach największej świetności było ich 350.
Najgłośniejszą akcją „Bartka” było zorganizowanie uroczystej defilady przez Wisłę 3 maja 1946 roku, w Święto Konstytucji. Nie padł ani jeden strzał, MO i UB zabarykadowali się w swoich jednostkach, a wiadomość o tym czynie rozniosla się gromkim echem po Polsce, dotarła do samego Bieruta, którego bardzo rozsierdziła.
Czasy były coraz cięższe, marzyli o dołączeniu do Brygady Świętokrzyskiej pod dowództwem Bohuna, która zdołała przebić się na zachód. Jako że ich teren coraz bardziej się kurczył, być może także i dlatego operacja UB polegająca na wywiezieniu żołnierzy „Bartka” na zachód, była takim wielkim sukcesem.

Po niezliczonych polskich lasach
 błąkają się niedobitki zbrojnych oddziałów,
z orłami na czapkach, z ryngrafami na piersiach,
nie pogodzone z przegraną,
walczące z zaciśniętymi zębami o głodzie i chłodzie,
już tylko dla honoru, dla protestu,
bez nadziei na zwycięstwo, same i opuszczone.
/Stefan Korboński “W imieniu Kremla”/
Ryngraf - zdjęcie własne 


Kurhan na Polanie Śmierci w miejscowości Barut na Opolszczyźnie
zdjęcie własne  
Pytań jest wiele. Wiadomo, że w strukturach NSZ byli agenci UB, także na stanowiskach najwyższego szczebla,  oraz że jednym z głównych mózgów całej operacji był agent UB Henryk Wenderowski, w szeregach NSZ znany jako „Lawina”. To właśnie on namówił „Bartka” na zorganizowanie transportów na zachód. Wiadomo o trzech takich transportach, pierwszy wyjechał około 2 września, a ostatni około 25 września 1946 roku. W sumie było to prawie około 200 osób, dokładna liczba jest nieznana. Ich pierwszy przystanek był na Opolszczyźnie. Jeden z nich w rejonach lotniska w okolicach Starego Grodkowa lub Łambinowic, drugi w małej wsi na pograniczu województw śląskiego i opolskiego – Barucie. Scenariusz był ten sam: suta kolacja zakrapiana alkoholem z dodatkiem środków odurzających, nad ranem bądź wysadzano budynek w którym spali żołnierze, bądź ogłuszano ich granatami, a następnie dobijano tych, którzy przeżyli.
Zastanawiajace jest to, że „Bartek” uwierzył „Lawinie” i zgodził się na organizowanie transportów w nieznane, tymbardziej, że został ostrzeżony przez swojego podwładnego Antoniego Bieguna ps. „Sztubak”, który dowodził jednym z udziałów, że w ich szeregach są agenci UB, wyraźnie też wskazał „Lawinę” jako jednego z nich. „Sztubak” nie zgodził się, aby jego żołnierze brali udział w przerzucie, uratował im tym samym życie.
Do tej pory nie odnaleziono masowych grobów, bowiem akta UB dotyczące „Planu likwidacji B” w tajemniczy sposób zniknęły, a osoby, które pracowały w tym czasie w UB, a z poszlak wynika, że miały związek ze sprawą, milczały bądź odmawiały zeznań, poza nielicznymi, którzy znacznie umniejszali swoją rolę w tej akcji. Zatem historia tej zbrodni sprzed 67 lat pozostaje zagadką. Wszystkie postępowania w tej sprawie zostały umorzone z braku materiału dowodowego. Poszukiwania jednak nie ustają.

Barut- ruiny budynku stodoły- baraniarni
zdjęcie własne 

Barut - Hubertus - resztki drutu kolczastego, który okalał polanę w dniu zbrodni
zdjęcie własne 

Barut - zdjęcie własne 

Barut - grusza na której znaleziono szczątki ręki
zdjęcie własne 

Mała wioska Barut na Opolszczyźnie jest mi doskonale znana, przez pierwszych kilkanaście lat mojego życia mieszkałam w jej sąsiedztwie. O Hubertusie, zwanej Polaną Śmierci dowiedziałam się jednak niedawno. Jeszcze kilkoro świadków tamtych wydarzeń żyje, wielu, którzy odeszli, milczało przez całe życie. Czy przekazali potomnym swą tajemincę? Wydaje mi się niemożliwym to, aby wszyscy zabrali wspomnienie tamtego dnia do grobu. Wielu słyszało wybuch nad ranem (prawdopodobnie) 26 września 1946 roku, wielu znajdowało ludzkie szczątki w okolicznym lesie, fragmenty umundurowania, listów czy zdjęć. Stodoła (baraniarnia) stojąca na polanie została wysadzona w powietrze, a przez kilka dni po tym wydarzeniu w powietrzu unosił się specyficzny zapach palonych zwłok. Świadkowie wspominali, że las był otoczony przez ludzi z pepeszami, niektórzy z nich mówili po rosyjsku. Wspólna akcja UB i NKWD? To tylko przypuszczenia, dowodów w tej sprawie nie ma. Kilka lat po wydarzeniach na Hubertusie, w Barucie znowu pojawili się obcy w rejonie Polany Śmierci, prawdopodobnie likwidowali dowody popełnionego mordu. Fakt jest taki, że w ostatnich latach przekopano prawie każdy centymetr Polany Śmierci, oprócz kurhanu na jej środku, na którym stoi krzyż. Znaleziono odlamki kości i fragmenty czaszek, sprzączki od pasow, łuski od nabojów, a w tym roku fragmenty min przeciwczołgowych. Ludzie mówią, że masowy grob znajduje się na Fesztrowym Polu, którego dzisiaj już nie ma. Na tym miejscu rośnie teraz las. Poszukiwania jednak trwają i ma nadzieję, że nie ustaną.

Barut - kurhan na Polanie Śmierci

Barut - krzyż postawiony przez okolicznych
 mieszkańców w miejscu wysadzonej stodoły (baraniarni)
zdjęcie własne

Dzisiaj mija 67 rocznica wydarzeń w miejscowości Barut. Pamiętajmy o żołnierzach NSZ, na których czekano przez wiele lat w okolicach Żywca, Szczyrku i Węgierskiej Górki.
W najbliższą sobotę, jak co roku w ostatnią sobotę września o godzinie 11.00 odbędzie się msza na Hubertusie w intencji Ojczyzny i poległych żołnierzy. Przybędą rodziny zamordowanych i wszyscy ci, którzy pamiętają.
Nie będzie mnie tam, ale byłam tam latem podczas wizyty w rodzinnych stronach. Stałam ze ściśniętym sercem nie mogąc uwierzyć że, jak to powiedzial mój Ojciec, Polacy uczynili to Polakom. 



___________
Maciej T. Nowak, Operacja "Lawina". Dzieje przemilczanej zbrodni UB, Wydawnictwo NOWIK Sp.j., Opole 2012, s. 171.


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Z półki - 2013, Nie tylko literatura piękna, Z literą w tle, W prezencie.

Image and video hosting by TinyPic