Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brazylijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brazylijska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

NA ROZSTAJACH, José Mauro de Vasconcelos


Po przeczytaniu „Na rozstajach” stwierdziłam, że historia Zeze mogła spokojnie skończyć się na „Moim drzewku pomarańczowym”. Trzecia część historii czyta się owszem – szybko i lekko, ale dla mnie nie jest to wyznacznikiem dobrej lektury.


„Na rozstajach” to książka o dorastaniu, wkraczaniu w dorosłość i podejmowaniu wyborów. Pierwszą decyzją, która zaważyła na dalszym życiu Zeze było zrezygnowanie ze studiów medycznych. Nie chciał podążać za wizją rodziców. W porządku, sama uważam, że powinno się rozwijać w dziecku naturalne talenty i predyspozycje, nie wciskać mu własnych marzeń jako własne, ale czasami dzieci po prostu nie mają pojęcia, co też pragnęłyby w życiu robić. I tak jest właśnie w wypadku Zeze. Wrócił do domu przybranego ojca i zaczął snuć marzenia, między innymi o podróży do dżungli amazońskiej. Czyżby tłumiony przez lata zew indiańskiej krwi? Być może, ale nic z tego nie wynika. Pracuje więc przy rozładunku statków, trenuje pływanie, a większość czasu marzy i obija się. Czy tak ma wyglądać wolność, czy raczej jest to przejaw braku dojrzałości i odpowiedzialności za swoje własne życie? Wtedy też spada na niego pierwsza gwałtowna, niespodziewana miłość, świat w ogóle przestaje się liczyć, bo jest tylko ona- Sylvia.
Poprawiają się też relacje z jego ojcem, który u schyłku życia dojrzewa do ojcowskiej miłości, wreszcie potrafi ją dawać, ale także brać. I to jest najbardziej wzruszająca część książki. Reszta wątków jest ledwo dotknięta, zasygnalizowana.

Zeze, wieczny chłopiec, powodował u mnie głównie zniecierpliwienie. Rozumiem męki dojrzewania, pierwsze ważne wybory, ale ile można się miotać, buntować, kręcić w kolko? Niestety, życie nie jest kolorowe, a dorosłość to także poświecenia, czasami kawałka siebie, jednak Zeze wydaje się nie akceptować takiej opcji. I cóż tu ukrywać - przeżyłam ogromne rozczarowanie, że z takiego wrażliwego chłopca wyrósł taki nastolatek.

„Na rozstajach” można przeczytać siłą rozpędu po lekturze dwóch poprzednich części, tak jak ja to zrobiłam, ale lepiej zatrzymać się na „Moim drzewku pomarańczowym” i mieć w pamięci małego, kruchego i niezwykle wrażliwego Zeze. 




____________
José Mauro de Vasconcelos, Na rozstajach, przeł. Teresa Tomczyńska, Muza, Warszawa 2009, s. 83.


-----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Literacka Ameryka Południowa, Z literą w tle, Z półki - 2013.
Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 18 sierpnia 2013

ROZPALMY SŁOŃCE, José Mauro de Vasconcelos


Zeze zostaje odesłany do wujostwa. Teoretycznie dostaje olbrzymią szansę na nowe, lepsze życie, dla mnie jednak oznacza to tylko tyle, że rodzina przede wszystkim chciała się go pozbyć, bo sprawiał tyle problemów. Zresztą o jego prawdziwej rodzinie, poza urywkowymi wspomnieniami, nie ma praktycznie nic, a to milczenie jest wymowniejsze niż milion słów. Jaka jest nowa rodzina Zeze? Chociaż nazywa swoich przybranych rodziców tatą i mamą, to są oni zamożni, ale zimni i z ogromnymi ambicjami. Zeze uczęszcza do elitarnego gimnazjum prowadzonego przez zakonników, przed i po szkole ćwiczy zaś grę na fortepianie zaspokajając ambicje swojej nowej matki. To, co miało być przyjemnością jest okropnym obowiązkiem, który jest coraz bardziej nienawidzony przez chłopca. Tata jest odległym, zapracowanym lekarzem, który nie ma czasu na przytulenie, całusa i rozmowę przed pójściem do łóżka, a to jest to, na czym najbardziej zależy Zeze. Mimo biegnących lat, marzenia chłopca wcale się nie zmieniły – dalej pragnie odrobinę czułości. Okazuje się, że rodziny, w których pieniądze nie stanowią problemu, także toczone są przez robaka bezduszności i obojętności, chorują na brak miłości i puste serca.

Jakże radzi sobie samotny Zeze w tej sytuacji? Znajduje wyimaginowanych przyjaciół. Jak zwykle. Jednym z nich jest ropucha o imieniu Adam, która wnika w miejsce jego serca i towarzyszy mu na codziennie pomagając w rozwiązywaniu wielu dylematów. Jako że Zeze nadal jest pasjonatem kina, to za drugiego przyjaciela wybrał sobie Maurice’a Chevaliera, aktora filmowego, który zastępuje mu ojca. On to bowiem po pracowitym dniu przychodzi do jego pokoju i z nim rozmawia, okazuje mu sympatię i obdarza czułością. Bolesne? Bardzo.

Każdy rozdział jest opisem kolejnej psoty, którą wymyślił Zeze, kolejnej kary, kolejnej rozpaczy. Będąc najmłodszym uczniem Zeze wykazuje się nieograniczoną fantazją, która wprowadza sporo zamieszania w szkolne życie i doprowadza do rozpaczy niejednego zakonnika. Na szczęście w szkole znajduje przyjaciela, który nie tylko widzi piękną duszę młodego Zeze, ale także potrafi przytulić go do serca – to ojciec Fayolle.

„Rozpalmy słońce” mogłaby być kolejną doskonałą książką Vasconcelosa, gdyby była o połowę krótsza. Naprawdę było konieczne wprowadzanie opisów tych wszystkich psot? Kolejny rozdział, kolejny figiel, kolejna sprawa, która niewiele nowego wnosiła do obrazu całości. Po dziesiątym rozdziale było to wręcz nużące. Już wcześniej przecież średnio inteligentny czytelnik zdołał zrozumieć jak bardzo samotny i niezrozumiany był Zeze, również to, jak bardzo cierpiał. Czasami mniej znaczy więcej. Książce brakuje świeżości, tego czaru z „Mojego drzewka pomarańczowego”, co powodowało, że nie czytało się jej ze ściśniętym sercem i zapartym tchem. Miałam wrażenie, że po prostu jest przegadana. Są oczywiście momenty, które powodują, że potrafi ona ogrzać zziębnięte serce, są to szczególnie te chwile, które dotyczą ojca Fayolle i Zeze, ale tym razem to nie wystarczyło, aby mnie zachwycić, aby mną wstrząsnąć po raz drugi. Książka zostawiła mnie letnią. W tym wypadku odnoszę wrażenie, że czasami pewne historie nie powinny mieć kontynuacji, aby nie spłaszczać całej wymowy.

Z rozpędu przeczytałam ostatnią część historii o samotnym chłopcu Zeze - “Na rozstajach”. Sięgnęłam po nią z nadzieją, bo była krótka. O tym jednak następnym razem. 



____________
José Mauro de Vasconcelos, Rozpalmy słońce, przeł. Teresa Tomczyńska, Muza, Warszawa 2008, s.
303.


-----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Literacka Ameryka Południowa, Z literą w tle, Z półki - 2013.

Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 15 sierpnia 2013

MOJE DRZEWKO POMARAŃCZOWE, José Mauro de Vasconcelos


„Moje drzewko pomarańczowe” to książka, która rozrywa serce na kawałki. Boli już samo czytanie dedykacji:
„(...) Oraz pełen tęsknoty hołd dla mojego brata Luisa, króla Luisa, i mojej siostry Glorii; Luis zmarł, mając dwadzieścia lat, a Gloria w wieku dwudziestu czterech lat także uznała, że nie warto już żyć.

Jak zwykle wyrazy tęsknoty za Manuelem Valadaresem, który pokazał mi, kiedy miałem sześć lat, czym jest czułość...”.
Później zagłębiamy się w lekturze i odnajdujemy te same osoby na stronach książki i już wiemy, że cokolwiek przeczytamy, to ta historia, prawdziwa historia, nie będzie miała happy endu.

Zeze poznajemy, gdy ma prawie 6 lat. To niezwykle bystry, inteligentny chłopczyk pochodzący z wielodzietnej, biednej rodziny. Matka od szóstego roku życia pracuje w fabryce, nigdy nie nauczyła się czytać, ojciec jest bezrobotny. To nie jest rodzina z marginesu, to jest rodzina, której po prostu ciężko jest żyć. Momenty, w których jest czas na okazywanie uczuć są niezwykle rzadkie, nie jest to także czas Bożego Narodzenia, który jeszcze bardziej uwypukla tragiczną sytuację całej rodziny, jest czasem smutku i wyrzutów sumienia. W takiej rodzinie Zeze jest diamentem, doskonale uczy się w szkole, ma ogromne serce, w którym jest miejsce nie tylko dla małego braciszka Luisa, ale także dla brzydkiej nauczycielki czy biednej koleżanki z klasy, jeszcze biedniejszej od niego. Tej dobrej strony Zeze nie zauważa się w domu, tam widzi się tylko te chwile, kiedy różne psikusy podszeptuje mu diabełek. Cóż, gdzieś musi spożytkować swoją bujną wyobraźnię i ciekawość świata.
Jedynym ratunkiem dla niego jest świat marzeń, w którym buduje zoo, zwiedza Europę czy spotyka Indian i kowbojów. Jest też małe drzewko pomarańczowe, które Zeze dekoruje i które żyje jest jego najlepszym przyjacielem.
I wtedy pojawia się on - Manuel Valadares. Portugal. Najjaśniejszy promień w dzieciństwie Zeze...

„Moje drzewko pomarańczowe” to historia opowiedziana głosem małego chłopca, która trafia do serca. Puenta jest prosta. Dziecko może żyć bez nowych zabawek, pięknych ubrań i butów, ale nie może żyć bez miłości, czułości, chwili poświęconej tylko jemu. Bez nich odzierane jest z dzieciństwa, nie ma szans, aby rozkwitnąć. I żadne dziecko nie powinno tak cierpieć jak Zeze, który mówi:
Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy ból. Ból to wcale nie znaczy dostać lanie, aż się mdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i zdaje się nam, że zaraz przez to umrzemy, i na dodatek nie możemy nikomu zdradzić naszego sekretu. Ból sprawia, że nie chce nam się ruszać ani ręką, ani nogą ani nawet przekręcić głowy na poduszcze”.
To nie jest książka dla dzieci. To książka dla dorosłych. Ku przestrodze.



_________
José Mauro de Vasconcelos, Moje drzewko pomarańczowe, przeł. Helena Czajka, Wydawnictwo Muza, 2008, s. 192.



----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Literacka Ameryka Południowa, Z literą w tle, Z półki - 2013.

Image and video hosting by TinyPic