Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura australijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura australijska. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 maja 2013

SHANTARAM, Gregory David Roberts


Australijczyk Gregory David Roberts to były narkoman, gangster, więzienny zbieg, człowiek o tak kolorowym życiorysie, że mógłby obdzielić nim kilka osób. „Shantaram” to jego  książka zawierająca motywy autobiograficzne, która swego czasu stała się literacką rewelacją w wielu krajach. Planowano nawet ekranizację powieści z Johnym Deepem w roli głównej, ale ostatecznie do niej nie doszło.
Pamiętam, że ta światowa fascynacja osobą autora i książką, jakieś 4-5 lat temu, opóźniona o kilka lat, ale doszła i do polskich czytelników. Nie ukrywam, że i ja dałam się jej ponieść i kupiłam książkę dla siebie, wtedy jeszcze wierzyłam, że książka, która wzbudza tyle zachwytów spodoba się i mnie, teraz taka sytuacja powoduje u mnie tylko wzrost podejrzliwości. Gabaryty książki, stosunkowo małe literki, a przed wszystkim jej waga spowodowały, że odwlekałam w nieskończoność jej lekturę. Zdecydowanie lektura tej książki boli, dosłownie i w przenośni, nadgarstki omdlewały od trzymania, toteż stosunkowo długo ją czytałam.

Książka składa się z pięciu  części i ta pierwsza bardzo mi się podobała. Roberts prowadził mnie zaułkami Bombaju do lokalnych hoteli, restauracji i miejsc, do których zazwyczaj zwykli turyści nie docierają, chyba, że ma się specjalnego przewodnika, ale o nim za chwilę.  Słowa nęciły smakami, kolorami i zapachami Indii, a przez barwne opisy dało się wyczuć ogromny sentyment autora i do tego kraju i do ludzi tam mieszkających. Oprócz głównego bohatera zwanego Linbabą, błyszczy postać Prabakera – jego osobistego przewodnika po Bombaju, który z czasem staje się jego przyjacielem. Przyznaję, że łamana angielszczyzna Prabakera śmieszyła mnie na początku i dzięki niej historia wydawała mi się  naprawdę zabawna, ale tylko do pewnego momentu. Jeśli spojrzeć na jego osobę wnikliwiej, to przedstawiony jest on bardzo stereotypowo. Ot biedny, niezbyt mądry, tak przyjazny, że aż służalczy, z wiecznie przyklejonym wielkim uśmiechem do twarzy mieszkaniec Indii, którego skontrastowano z heroicznym Linbabą mającym niesamowite przygody od pierwszej strony. Przecież nic zwykłego nie spotyka tego człowieka, gdziekolwiek się pojawia od razu zdarza się sytuacja mrożąca krew w żyłach lub kataklizm. Podczas pobytu w wiosce Probakera – powódź, przeprowadzka do slumsów – pożar, podczas wycieczki z Karlą – atak mieczem, a to tylko kilka przykładów. Aż trudno w  to uwierzyć. To wszystko jednak jeszcze połknęłam, wszak haczyk zarzucono bardzo misternie, ale gdy na scenie pojawił się szef lokalnej mafii  Kadir, który  jest przedstawiony jako indyjski Don Corleone zabierający bogatym, a dający biednym, to zaczęłam się zastanawiać o czym właściwie jest ta książka i jaki był cel jej napisania. Długie wywody filozoficzne Kadira miały chyba przekonać czytelnika, że nie jest on zwykłym gangsterem, ale niesamowitym człowiekiem, szlachetnym herosem, na dodatek głęboko uduchowionym. Tak samo raziło mnie dyskretne wybielanie Linbaby, pomijając już jego przeszłość – to wciąż palący haszysz, sprzedający narkotyki turystom, pracujący dla mafii człowiek- ale jednak według sugestii autora dobry, bo na przykład leczący ludzi w slumsach. Jak dla mnie szyte jest to zbyt grubymi nićmi, podwójna moralność po prostu, nic innego. Nie, nie będę rzucać pierwsza kamieniem, bo głęboko wierzę, że właściwie nikt nie jest tylko dobry lub tylko zły, ale nie lubię jak się mną w ten sposób manipuluje.

Gdyby nie to, że wiem w jakich okolicznościach książka została napisana, to czytając te pseudofilozoficzne wywody Kadira, a i co rusz podrzucane w tym samym tonie przemyślenia Linbaby, przypuszczałabym, że autor ciągle był pod działaniem substancji odurzających podczas tworzenia powieści. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Gregory David Roberts  pisząc „Shantaram” usilnie stara się nas przekonać, że książka jest czymś w rodzaju odkupienia za popełnione winy, wyznaniem grzechów, pokazaniem, że każda lekcja życia skutkowała dogłębnym przemyśleniem tematu i zaowocowała „błyskotliwą” sentencją, którą autor nie omieszkał się z nami podzielić. Wszak tylko on poznał tak naprawdę Indie i filozofię życiową mieszkańców tego kraju w praktyce. Dla mnie to jednak zgrabnie połączone piękne słowa, które poza tym, że dobrze brzmią, nie kryją żadnej głębszej treści, a pod przykrywką miłości do Indii jest tak faktycznie ukryte uwielbienie dla samego siebie. I tak przez prawie 700 stron, niemal w najdrobniejszych szczegółach.
Trzy ostatnie rozdziały są tak napakowane niesamowitymi historiami i wartką akcją, że autorowi udało się mnie przekonać, zapewne wbrew jego intencji, że książkę pisano wręcz po to, aby w przyszłości stała się kanwą filmowego scenariusza. Gdzieś pod skórą czułam fałsz i nie potrafiłam uwierzyć Robertsowi. Dla mnie to  czysta komercja i sprytnie pomyślana autokreacja, która jest zresztą przegadana o jakieś 200-300 stron. Niepotrzebnie zostały pociągnięte niektóre watki, które poza zwiększeniem objętości książki i zaspokojeniem ego autora, nie wnosiły niczego wartościowego ani ważnego dla samej akcji. 

Zakończenie wskazuje, że będzie sequel, ja jednak z pewnością się nie skuszę. Nie lubię bohaterów mówiących „maksymami”, nie przekonał mnie słowotok mający za zadanie jedynie zapełnić kolejną stronę. Nie lubię, gdy książka udaje coś, czym nie jest. 





_____________
Gregory David Roberts, Shantaram, przeł. Maciejka Mazan, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 687.

Pierwsze zdanieDużo czasu minęło i wiele się na świecie zmieniło, zanim nauczyłem się tego, co wiem o miłości, przeznaczeniu i ludzkich decyzjach, ale w gruncie rzeczy wszystko dotarło do mnie w jednej chwili, kiedy zostałem przykuty do muru i zaczęły się tortury. 

Ostatnie zdanie: Bo dopóki los czeka, żyjemy dalej. Niech nam Bóg pomoże. Niech nam Bóg wybaczy. Żyjemy dalej. 


--------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, Z półki - 2013.

Image and video hosting by TinyPic