Australijczyk Gregory David Roberts to były
narkoman, gangster, więzienny zbieg, człowiek o tak kolorowym życiorysie, że mógłby
obdzielić nim kilka osób. „Shantaram” to jego książka zawierająca motywy autobiograficzne,
która swego czasu stała się literacką rewelacją w wielu krajach. Planowano
nawet ekranizację powieści z Johnym Deepem w roli głównej, ale ostatecznie do
niej nie doszło.
Pamiętam, że ta światowa fascynacja osobą
autora i książką, jakieś 4-5 lat temu, opóźniona o kilka lat, ale doszła i do
polskich czytelników. Nie ukrywam, że i ja dałam się jej ponieść i kupiłam
książkę dla siebie, wtedy jeszcze wierzyłam, że książka, która wzbudza tyle
zachwytów spodoba się i mnie, teraz taka sytuacja powoduje u mnie tylko wzrost
podejrzliwości. Gabaryty książki, stosunkowo małe literki, a przed wszystkim
jej waga spowodowały, że odwlekałam w nieskończoność jej lekturę. Zdecydowanie
lektura tej książki boli, dosłownie i w przenośni, nadgarstki omdlewały od
trzymania, toteż stosunkowo długo ją czytałam.
Książka składa się z pięciu części i ta pierwsza bardzo mi się podobała.
Roberts prowadził mnie zaułkami Bombaju do lokalnych hoteli, restauracji i
miejsc, do których zazwyczaj zwykli turyści nie docierają, chyba, że ma się specjalnego
przewodnika, ale o nim za chwilę. Słowa
nęciły smakami, kolorami i zapachami Indii, a przez barwne opisy dało się
wyczuć ogromny sentyment autora i do tego kraju i do ludzi tam mieszkających. Oprócz
głównego bohatera zwanego Linbabą, błyszczy postać Prabakera – jego osobistego
przewodnika po Bombaju, który z czasem staje się jego przyjacielem. Przyznaję,
że łamana angielszczyzna Prabakera śmieszyła mnie na początku i dzięki niej
historia wydawała mi się naprawdę
zabawna, ale tylko do pewnego momentu. Jeśli spojrzeć na jego osobę wnikliwiej,
to przedstawiony jest on bardzo stereotypowo. Ot biedny, niezbyt mądry, tak przyjazny, że aż służalczy, z wiecznie
przyklejonym wielkim uśmiechem do twarzy mieszkaniec Indii, którego
skontrastowano z heroicznym Linbabą mającym niesamowite przygody od pierwszej
strony. Przecież nic zwykłego nie spotyka tego człowieka, gdziekolwiek się
pojawia od razu zdarza się sytuacja mrożąca krew w żyłach lub kataklizm.
Podczas pobytu w wiosce Probakera – powódź, przeprowadzka do slumsów – pożar,
podczas wycieczki z Karlą – atak mieczem, a to tylko kilka przykładów. Aż trudno w to uwierzyć. To wszystko jednak
jeszcze połknęłam, wszak haczyk zarzucono bardzo misternie, ale gdy na scenie
pojawił się szef lokalnej mafii Kadir,
który jest przedstawiony jako indyjski
Don Corleone zabierający bogatym, a dający biednym, to zaczęłam się
zastanawiać o czym właściwie jest ta książka i jaki był cel jej napisania.
Długie wywody filozoficzne Kadira miały chyba przekonać czytelnika, że nie jest
on zwykłym gangsterem, ale niesamowitym człowiekiem, szlachetnym herosem, na
dodatek głęboko uduchowionym. Tak samo raziło mnie dyskretne wybielanie
Linbaby, pomijając już jego przeszłość – to wciąż palący haszysz, sprzedający
narkotyki turystom, pracujący dla mafii człowiek- ale jednak według sugestii
autora dobry, bo na przykład leczący ludzi w slumsach. Jak dla mnie szyte jest
to zbyt grubymi nićmi, podwójna moralność po prostu, nic innego. Nie, nie będę rzucać
pierwsza kamieniem, bo głęboko wierzę, że właściwie nikt nie jest tylko dobry
lub tylko zły, ale nie lubię jak się mną w ten sposób manipuluje.
Gdyby nie to, że wiem w jakich okolicznościach książka została napisana, to czytając te pseudofilozoficzne wywody Kadira, a i co rusz
podrzucane w tym samym tonie przemyślenia Linbaby, przypuszczałabym, że autor
ciągle był pod działaniem substancji odurzających podczas tworzenia powieści. Nie mogłam oprzeć się
wrażeniu, że Gregory David Roberts
pisząc „Shantaram” usilnie stara się nas przekonać, że książka jest
czymś w rodzaju odkupienia za popełnione winy, wyznaniem grzechów, pokazaniem,
że każda lekcja życia skutkowała dogłębnym przemyśleniem tematu i zaowocowała
„błyskotliwą” sentencją, którą autor nie omieszkał się z nami podzielić. Wszak
tylko on poznał tak naprawdę Indie i filozofię życiową mieszkańców tego kraju w praktyce. Dla mnie to jednak zgrabnie połączone piękne
słowa, które poza tym, że dobrze brzmią, nie kryją żadnej głębszej treści, a
pod przykrywką miłości do Indii jest tak faktycznie ukryte uwielbienie dla
samego siebie. I tak przez prawie 700 stron, niemal w najdrobniejszych
szczegółach.
Trzy ostatnie rozdziały są tak napakowane
niesamowitymi historiami i wartką akcją, że autorowi udało się mnie przekonać,
zapewne wbrew jego intencji, że książkę pisano wręcz po to, aby w przyszłości
stała się kanwą filmowego scenariusza. Gdzieś pod skórą czułam fałsz i nie
potrafiłam uwierzyć Robertsowi. Dla mnie to
czysta komercja i sprytnie pomyślana autokreacja, która jest zresztą
przegadana o jakieś 200-300 stron. Niepotrzebnie zostały pociągnięte niektóre
watki, które poza zwiększeniem objętości książki i zaspokojeniem ego autora,
nie wnosiły niczego wartościowego ani ważnego dla samej akcji.
Zakończenie wskazuje, że będzie sequel, ja jednak
z pewnością się nie skuszę. Nie lubię bohaterów mówiących „maksymami”, nie przekonał
mnie słowotok mający za zadanie jedynie zapełnić kolejną stronę. Nie lubię, gdy książka udaje coś, czym nie jest.
_____________
Gregory David Roberts, Shantaram, przeł. Maciejka Mazan, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 687.
Pierwsze zdanie: Dużo czasu minęło i wiele się na świecie zmieniło, zanim nauczyłem się tego, co wiem o miłości, przeznaczeniu i ludzkich decyzjach, ale w gruncie rzeczy wszystko dotarło do mnie w jednej chwili, kiedy zostałem przykuty do muru i zaczęły się tortury.
Ostatnie zdanie: Bo dopóki los czeka, żyjemy dalej. Niech nam Bóg pomoże. Niech nam Bóg wybaczy. Żyjemy dalej.
--------------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, Z półki - 2013.

Widzę, że też Cię nie zachwyciła. :)
OdpowiedzUsuńNiestety, jak napisalam- nie lubie, gdy ksiazka udaje cos czym nie jest.
UsuńSiedemset stron małymi literkami... Samo to odstrasza. A jeszcze te pseudofilozoficzne wywody... Ale jesteś dzielna!
OdpowiedzUsuńBylam po prostu ciekawa, dlaczego przez wielu ksiazka ta nazywana jest "Ksiazka zycia" itd.
UsuńCzyta sie ja stosunkowo szybko, ale to nie jest dla mnie wyznacznikiem dobrej lektury. Te pseudofilozofczne wywody naprawde mnie mierzily.
Czyli czytelnika nie da się oszukać! Fałsz autora jest wyczuwalny, przypuszczam, że ja również nie umiałabym mu uwierzyć. Odpuszczam sobie bez żalu:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie!
Jak dla mnie to ksiazka napisana pod publike, zbyt intensywnie kreowana na bestseller;)
UsuńCzulam sie bardzo rozczarowana.
Czytałam tę książkę kilka lat temu i z tego, co pamiętam to wystawiłam jej bardzo wysoką ocenę. Mam jednak wrażenie, że gdybym sięgnęła po nią dzisiaj, to moje wrażenia nie byłyby tak pozytywne. Pewne rzeczy na pewno raziłyby mnie i to mocno. Obiecanej kontynuacji chyba nie będzie.
OdpowiedzUsuńZ lekturami tak juz jest, ze z niektorych sie wyrasta, zmienia sie tez doswiadczenie zyciowe i punkt widzenia, dlatego sama wracam do niewielu ksiazek.
UsuńZ pewnoscia nie bede plakac z powodu braku kontynuacji :)
Ja też :)
UsuńOch, lubię takie dosadne recenzje - przeczytałam więc Twoją z przyjemnością :)
OdpowiedzUsuńSama niespecjalnie lubie takowe pisac, ale czasami po prostu trzeba:)
UsuńA wiesz, że ta książka stoi na półce w moim starym mieszkaniu?:) Próbowałam ją przeczytać kierując się pozytywnymi opiniami, ale nie dałam rady przebrnąć przez początek, gdyż kompletnie nie mogłam się wciągnąć w akcję. No i jak ją odstawiłam na półkę, tak już do niej nie wracałam. I już chyba nie wrócę :)
OdpowiedzUsuńObserwuje juz Twoje lektury od dawna i na tej podstawie moge chyba powiedziec, ze mozesz sobie spokojnie darowac przeczytanie tej ksiazki. Zmeczylam ja sama i nigdy wiecej!
UsuńChyba masz rację :)
UsuńJeśli masz zabawę na udział w nowej wersji znanej zabawy blogowej, to zapraszam :)
http://kayecik.blogspot.com/2013/05/liebster-blog-w-nowej-odsonie.html
Pozdrawiam!
po Twojej opinii mam wrażenie, że lektura SHANTARAM niemiłosiernie by mnie zmęczyła. nie ta pora, nie ten nastrój.
OdpowiedzUsuńPrzegadana komercja - nie brzmi to dobrze, ale mimo wszystko trochę jestem tej książki ciekawa.
OdpowiedzUsuńStrasznie mi zależy na kupnie tej książki, chcesz jej może sprzedać?
OdpowiedzUsuńBardzo mi przykro, ale nie mam juz tej ksiazki. Pozdrawiam.
Usuń