Świadkami morderstwa były ptaki. Widziały, co się stało tam w dole, na świeżo wyrosłej trawie, pośród konwalii wznoszących swe drobne białe dzwoneczki. (…) Wrony widziały, co się stało. Inne ptaki też przypatrywały się z wysoka, ale wrony to co innego. One wykazują ciekawość. Inne ptaki widziały poszczególne czynności. Wrony widziały morderstwo. Jasnoniebieską sukienkę. Teraz leży zupełnie nieruchoma.
Zabierając się do lektury „Co widziały wrony”
wiedziałam jedno – nie będzie to łatwa lektura. Spodziewałam się, że znowu
zawędruję do najczarniejszych zakątków ludzkich dusz, do najbardziej
skrywanych, mrocznych tajemnic ludzkich. Przeczytałam wcześniej „Zapach cedru”,
który uznałam za świetną książkę, ale po której przeczytaniu czułam się wyprana
emocjonalnie.
„Co widziały wrony” nie pokochałam od
pierwszych stron. Musiałam przeczytać jakieś
150, aby wczuć się w świat McCarthych.
Rodzina ta wydaje się być idealna jak z
reklam telewizyjnych. Piękna matka, inteligentny i przystojny ojciec - oficer
lotnictwa oraz urodziwe dzieci: 12-letni Mike i 8-letnia Madeleine. Dobrze
sytuowani, chociaż z racji wykonywanego przez głowę rodziny zawodu, raczej
obywatele świata ,niż jednego kraju. Ostatni awans Jacka zapewnia im powrót do
Kanady, a dokładniej do Centrali – bazy wojskowej, gdzie ma on odpowiadać za
kształcenie przyszłych lotników. Historia opowiadana jest z dwóch punktów
widzenia – córki oraz ojca. Musiałam się bardzo skupić i jednocześnie
przypomnieć sobie jak to było, gdy się miało samej 8 lat, widziało świat z
zupełnie innej perspektywy, inaczej wszystko odczuwało. Jack przypomniał mi co się działo w
Kanadzie i na świecie na początku lat 60-tych - wyścig na księżyc, wyścig zbrojeń,
zimna wojna. Ann-Marie MacDonald udaje się doskonale odmalować na kartach powieści klimat tamtych czasów, bezboleśnie, prostymi słowami wprowadza nas w świat ówczesnej techniki i polityki.
Madeleine opowiada nam ze wzruszająca wrażliwością
o Centrali, o koleżankach, o szkole, o swojej rodzinie. Niestety w jej
dzieciństwo wkrada się ponury cień, który będzie rzutował na cale życie. Nie
tylko jej życie.
Jack zostaje wplątany w fatalną aferę związaną
z przerzutem nazistowskich naukowców do Kanady i Stanów Zjednoczonych. Ujawni
nam swoje drugie oblicze, jakże inne od tego, które znane jest wszystkim wokół.
Wreszcie dowiadujemy się więcej na temat tego,
co widziały wrony, a kiedy jesteśmy już pewni, ze podążamy właściwym tropem
okazuje się, że bardzo się myliliśmy.
źródło obrazu: tutaj
Zdaję sobie sprawę, że nawet nie dotknęłam
wszystkich kwestii, które porusza ta książka, ale nie chcę nikomu psuć
przyjemności czytania, bo ta historię trzeba odkrywać powoli, kawałek po
kawałeczku.
Końcówka książki dotyczy dorosłej już
Madeleine, która szuka zabójcy i źródła swoich problemów. Dowiadujemy się
również co się stało z całą rodziną McCarthych. Rozczarowała mnie swoją schematycznością,
ale samo zakończenie nieco to rekompensuje.
Mogłabym to ująć tak, że to dobra książka, na pewno poruszająca, ale
również mecząca psychicznie i nieco przegadana, spokojnie mogłaby być 200-300
stron krótsza bez uszczerbku dla samej historii.
Zdania napisane kursywą są cytatami z książki.

Czytałam "Zapach cedru" i doskonale rozumiem, co masz na myśli przez emocjonalne wypranie po takiej lekturze. Po tę powieść również miałam zamiar sięgnąć, ale odstrasza mnie przydługi początek. Ponad 100 stron żeby wczuć się w historię to stanowczo za dużo. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńFabuła brzmi intrygująco, choć także nieco obawiam się tego przydługiego wstępu. Zdecydowanie wolę, gdy akcja zawiązuje się szybko i wciąga od pierwszych stron.
OdpowiedzUsuńNie wiem czemu, ale chyba nieco szwankuje dziś Blogger, bo spod posta o Blog-trotterze zniknął Twój komentarz zgłoszeniowy... Uprzedzam tylko, że to nie ja go wykasowałam. Dopisałam Cię już do listy uczestników na głównej stronie wyzwania i życzę przyjemnej lektury z Francją w tle :)
Ty się nigdy nie poddajesz? Ta książka ma podobno ponad 800 stron:) Wiem że kobieta potrafi pisać ale wystarczą mi emocje związane z "Zapachem cedru". No chyba że to będzie jedyna książka w zasięgu moich rąk a znajdę się na przykład na bezludnej wyspie:)
OdpowiedzUsuńSzczerze mówiąc rzadko;)
UsuńW tym wydaniu widocznym na zdjęciu książka ma dokładnie 846 ☺. Mam nawet grubsze, które czekają w kolejce☺. Ilość stron mnie nie odstrasza, jeśli jest to ciekawa lektura. Ta taką jest, ale początek i koniec spokojnie mogłabym skrócić;).
Koniecznie chciałam się przekonać, dlaczego ta książka zebrała tyle wspaniałych opinii. Chociaż przyznaje, ze około setnej strony miałam kryzys i około 650 również ☺. Również ciepło pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńKasiu J, Chyba rzeczywiście jest coś na rzeczy, bo mam kłopoty z wysłaniem komentarzy nawet na własnym blogu☺.
Dziękuję bardzo za dopisanie.
Mam nadzieję, że te problemy techniczne wkrótce ustąpią, bo trochę to irytujące... W każdym razie będę wypatrywać Twoich linków :)
UsuńDosiak, pierwsza czesc mojego ostatniego komentarza byla skierowana do ciebie, ale Twoje imie sie nie wyswietlilo, mimo, ze je napisalam. Widac, ze cos szwankuje:(
OdpowiedzUsuńTeż mnie ciekawi, co w niej takiego, ale na razie nie czuję się gotowa na taką książkę. Też lubię grube tomiszcza, ale jak są przegadane to już zaczynam się złościć.
OdpowiedzUsuńWłaśnie czytam. "Zapach cedru" powalił mnie na łopatki, mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie :)
OdpowiedzUsuń
UsuńZ niecierpliwoscia czekam na Twoja opinie. Ja wole "Zapach cedru", ale chyba jestem w mniejszosci:)
Mnie męczył tylko sam początek, pierwsze sto stron czyta się ciężko, ale potem idzie już z górki. Znakomita, świetnie opowiedziana historia. Trochę to wszystko przygnębiające, ale lubię jak książka ma na mnie tak duży wpływ. Tylko tym dobrym się to udaje :)
OdpowiedzUsuń
UsuńMacDonald ma wyjatkowy talent opowiadania historii, chetnie przeczytalabym cos jeszcze jej piora, bo po dwoch ksiazkach czuje niedosyt. Rowniez lubie, jak ksiazka dostarcza mi tematow do rozmyslan.