Dzień świętego Mikołaja spędziłam z „Kłamczuchą”
Małgorzaty Musierowicz. Był to doskonały wybór. Nie tylko książka przeniosła
mnie do krainy nastolatkowych wspomnień, ale i umożliwiła spędzić mikołajki z małymi
Mamerciątkami.
Do końca nie potrafię zdecydować, czy tak naprawdę polubiłam Anielę Kowalik.
Inteligentna, temperamentna marzycielka, mająca wysokie mniemanie o sobie,
idzie przed życie kierując się dewizą „Po trupach do celu”. Trochę serce mnie bolało, gdy czytałam, z
jaką determinacją pragnie znaleźć się bliżej ulicy Roosevelta 5a m. 2, gdzie
mieszka jej blond Apollo, czyli znany nam z „Szóstej klepki”, Pawełek. Siła młodzieńczej
miłości może jednak powodować ślepotę, głupotę i zanik tkanki mózgowej, co też miało
miejsce, jak sądzę, w przypadku Anieli. Nie patrząc na warunku życiowe
wujostwa, uznaje, że to doskonale lokum, bo znajduje sie rzut beretem od
mieszkania Pawełka. Postanawia się tam ulokować karmiąc rodzinę pozmyślanymi na
poczekaniu historyjkami o cierpieniu i niedoli, jakich doznała w domu
rodzinnym. Ach ten młodzieńczy egoizm! Z pewnością tli się w niej iskra talentu aktorskiego, kiedy wciela się
w rolę pomocy domowej Franciszki Wyrobek (co za genialne nazwisko!) w domu
Pawełka, a z czasem ta iskra wybucha jasnym płomieniem, kiedy zaczynają się próby
do „Hamleta” pod patronatem profesora Dmuchawca. Cóż na to poradzę, że te
wszystkie maski, które przybierała Aniela i jej notoryczne kłamstwa z lekka
mnie przerażały i szeptałam po cichu słowa podziękowania, że los uchował mnie
przed taką koleżanką (chociaż kilka na pewno pretendowało do nagrody kłamczuchy
roku).
Trochę zrehabilitowała mi się ta Anielka pod
koniec książki, znormalniała, trochę spokorniała, a jej fenomenalna rola
Hamleta zachwyciła i mnie.
Moimi ulubionymi postaciami byli Romcia i
Tomcio Kowalikowie, ich pomysły, interpretacje otaczającego świata doprowadzały
mnie do łez, oczywiście ze śmiechu. Uwielbiam poranną scenę z szóstego grudnia,
kiedy Mamerciątka odkrywają, że Mikołaj nie zostawił prezentów dla rodziców.
Tata nic nie dostał – szeptał Tomcio.
Romcia penetrowała
pantofle Tosi.
- Tu tez nic nie ma – szepnęła.
- Ćśśś! Bo się obudzą! – Podpełzli do kącika, gdzie odbyli naradę, w ich
przekonaniu cicha i tajemniczą.
- Będzie im smutno, jak się obudzą – szepnął Tomcio.
-
Biedni – wtórowała mu siostrzyczka.
-
Ja im coś dam. Może długopis? Rzekł Tomcio z poświeceniem, które doprowadziło
ofiarodawczynię do łez wzruszenia. Tosia bowiem dobrze wiedziała, jak bardzo
jej syn marzył o takim fantastycznym instrumencie, zwłaszcza, że pól klasy IB miało
podobne cudeńka w swych piórnikach.
-
Długopisy to oni już mają. Wszystko mają – powiedziała Romcia. – A cukierków
nie jedzą.
-
A jednak czegoś nie mają. Wiesz, czego nie mają?
-
Pieniędzy – trafiła Romcia w dziesiątkę.
-
Właśnie. Damy im trochę.
-
Ze skarbonki?
-
No.
Otworzyli kluczykiem swoje skarbonki i wysypali brzęczący łup na podłogę. Rodzice musieliby być głusi i pozbawieni systemu nerwowego,
gdyby się mieli w tej sytuacji nie obudzić. A jednak leżeli jak martwi, bojąc się
poruszyć chociażby powieką, by nie utracić ani słowa z interesującego ich
dialogu.
-
To za mało – mruknął Tomcio.
-
Ja już nie ma pieniążków.
-
Ani ja.
-
Weźmy z kuchni, z szuflady. Tam są takie papierowe.
-
Dobra. Nałożymy im pełne buty. Ale się ucieszą!
Nawet przez zamknięte powieki Mamertowie
odczuli ciepło dziecięcych spojrzeń. Leżeli, udając głęboki sen, a Tomcio i Romcia stali nad nimi, popatrując
z rozczuleniem na uśpionych rodzicieli.
-
Tata jest już stary – szepnęła
Romcia.
-
Mama też – wzruszył się
Tomcio.
-
Pewnie niedługo umrą. W ogóle
wszyscy umrą – podzieliła się Romcia z bratem niedawno nabytą mądrością. Jej głos
był pogodny i rzeczowy.
-
Będzie mi smutno, jak umrą. Nigdy
ich nie zapomnę – obiecał Tomcio i jednym ciągiem dodał: - Próbowałaś tych
landrynek?
Uwielbiam ten fragment i mam wrażenie, że w
och wieku myślałam dokładnie tak samo.
Z żalem przeczytałam ostatnią stronę
„Kłamczuchy” pocieszając się, że przede mną jeszcze siedemnaście części Jeżycjady. Aczkolwiek muszę przyznać, że żal był mniejszy, niż po przeczytaniu "Szóstej klepki", która ujęła mnie bardziej i w mojej opinii jest lepszą książką. Takie wycieczki w przeszłość robią mi doskonale, chociaż na twarzy się nie
zmieniam, zmarszczki nie znikają, to mam wrażenie, że wewnętrznie młodnieję. Polecam zatem gorąco na zimową chandrę i nie tylko.
Małgorzata Musierowicz, Kłamczucha, Wydawnictwo AKAPIT PRESS, Łódź 2010, s. 220.
-------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: "Czas na Jeżycjadę", "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę", "Tydzień bez nowości".

Ależ jesteś szybka :) A ten fragment rzeczywiście cudowny :)
OdpowiedzUsuńTakie miałam jakoś natchnienie:)
UsuńJa Anielę uwielbiam, podobnie jak Cesię ;)
OdpowiedzUsuńJa Anielę jakoś mniej, ale Cesię bardzo.
UsuńMuszę nadrobić zaległości...
OdpowiedzUsuńTo będzie bardzo przyjemne nadrabianie.
UsuńAniela jakoś nie zyskała mojej zbytniej sympatii.Polubiłam Mamerta i Mamerciątka:) Wolę "Szóstą klepkę" czy "Kwiat kalafiora".
OdpowiedzUsuńAnielci i mojego serca nie udało się zawojować, za to Mamerciatkom tak:). Tata Mamert tez jest super.
Usuń"Szósta klepka" również i mnie podobała się bardziej. Ciekawa jestem, jak po latach odnajdę "Kwiat kalafiora"? Pamiętam, ze kiedyś bardzo mi się podobał.
Masakra jak ja to dawno czytałam 10 lat temu jakoś.
OdpowiedzUsuńPo raz pierwszy tez bardzo, bardoz dawno temu :)
Usuń