Już od kilku lat irytował mnie fenomen książki
Marcina Bruczkowskiego „Bezsenność w Tokio”. Wiele razy słyszałam lub czytałam,
jak dobra to jest książka, ale niestety nie mogłam się tym przekonać sama, bo nakład
był już dawno wyczerpany, a ceny używanych egzemplarzy na Allegro zwalały z nóg.
Kocham literaturę, ale nie za każdą cenę. Tak więc trwałam w denerwującej mnie nieznajomości
tej książki przez dłuższy czas. Wznowienie „Bezsenności w Tokio” ucieszyło mnie
bardzo, wreszcie mogłam przekonać się sama o co chodzi z tą książką i dlaczego
jest tak bardzo polecana.
Trudno jest mi określić, czym jest „Bezsenność
w Tokio”. Autobiograficznym przewodnikiem po Tokio? Dziennikiem młodego
gajdzina? Zbiorem reportaży z dziesięcioletniego pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni?
Pewnie wszystkim po trochu, ale szczerze mówiąc nie mam zamiaru wtłaczać tej książki
w jakiekolwiek literackie ramy z prostego powodu – jak na literaci debiut czyta
się świetnie. Marcin Bruczkowski ma nie tylko lekkie pióro, doskonale poczucie
humoru, ale także świetny zmysł obserwacji. Widzimy zatem Japonię, a w szczególności
Tokio, z takiej strony, której jako turyści nigdy nie poznamy. Bo też nikt nie będzie
zapuszczał się w kręte uliczki Tokio, które często nie mają nazw, a numery domów
nie są według kolejności, to znaczy są – ale budowania, co w efekcie znaczy, że
zupełnie przypadkowe. Pewnie niewielu dotrze do mikroskopijnych barów, gdzie
podaje się lokalne, kulinarne smakołyki, a pojedyncze osoby wejdą do
miejscowych pubów z kilkoma stolikami, gdzie można napić się znakomitego, jak
przekonuje pan Marcin, japońskiego piwa. Mam oczywiście świadomość, że opisana
tokijska rzeczywistość z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wygląda
teraz zupełnie inaczej, a pewne wiadomości już się zdezaktualizowały, ale to
nieistotne. W „Bezsenności w Tokio” zawarte są migawki z dziesięcioletniego
tokijskiego pomieszkiwania, a jedna, opisana sytuacja potrafi nam pomóc zrozumieć
kolejną. Z autorem przemierzamy nocną porą tokijskie uliczki, wsiadamy
do autostopu i gościmy w domach Japończyków, a także poznajemy realia życia
studenta i nauczyciela angielskiego, salarymana, a później biznesowego
konsultanta. Mamy też okazję wejść do ciasnych, tokijskich mieszkań, które mają
wielkość polskich łazienek, a często są jeszcze dzielone, na przykład z prawie dwumetrowym
Amerykaninem. Dowiemy się też dlaczego Japończycy podrzucają na róg sklepu używane
telewizory i wszelkie inne sprzęty elektroniczne oraz wiele innych, ciekawych
rzeczy, z których najbardziej interesującą dla mnie było ta, jak gajdzin widzi Japończyka, a Japończyk gajdzina.
Wszystko okraszone niezwykle egzotyczną sake
zrobioną ze słomy (tak, tak! Żubrówka jest wszędzie!) oraz zwróceniem uwagi na piękniejszą część japońskiego społeczeństwa, jak na młodego, gorącokrwistego człowieka przystało.
Lektura niezwykle przyjemna, co zaowocowało
odwiedzeniem strony autora, gdzie dowiedziałam się, że w tym roku ma być
wznowiona kolejna książka Marcina Bruczkowskiego „Zagubieni w Tokio”, a być może
także „Singapur czwarta rano”, chociaż tutaj powstanie prawdopodobnie druga część,
więc autor jeszcze się waha. I najważniejsze – Marcin Bruczkowski ukończył nową
książkę, która też ma się ukazać w tym roku.
___________
Marcin Bruczkowski, Bezsenność w Tokio, Znak, Kraków 2012, s. 393.
Pierwsze zdanie: Co ja tutaj robię?
Ostatnie zdanie: Japonia macha mi wesoło ręką, po czym wzywa nastepnego pasażera. Sayonara.
-------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Nie tylko literatura piękna, Trójka e-pik.
