Niewiele czasu upłynęło od przeczytania „Białych zeszytów” i już zatęskniłam za kolejną terapią autorstwa Sonii Raduńskiej. „Kartki z białego zeszytu” to kontynuacja, ale pisana w formie comiesięcznych felietonów do „Zwierciadła” z lat 2000-2005. To ciągle pamiętnik, może nie tak drobiazgowy, ale wciąż mający ten szczególny klimat z „Białych zeszytów”.
Tym razem byłam przygotowana do lektury, obok zawsze kubek herbaty, mój podręczny przybornik z samoprzylepnymi karteczkami, ołówki. Z góry założyłam, że będę tą książkę personalizować, zaznaczać, podkreślać, stawiać wykrzykniki na marginesie, przyklejać kolorowe strzałki. Przede wszystkim jednak rezerwowałam sobie czas wolny od wszystkiego. To był taki czas, kiedy byłam dobra dla siebie, a o czym przypomina nam często Autorka.
Leniwe czytanie dobrej prozy napisanej niebanalnym, pięknym językiem. Tak określam moje spotkania z twórczością Sonii Raduńskiej. Nie znajdziemy tam wartkiej akcji, nieoczekiwanych zwrotów sytuacji. To książka o zwyczajności, codziennym życiu, o przeczytanych lekturach, wyrywki z artykułów, strofy wierszy. Autorka opowiada także o ludziach, bliższych, dalszych, ale także o zwierzętach. Potrafi się zachwycać i dostrzegać piękno, ważność drobiazgów, uważnie i świadomie żyć. A sposób w jaki opowiada o tym wszystkim mnie oczarowuje.
Sonia Raduńska w „Kartkach...” jest już starsza, bo pięćdziesięcioletnia, ale to nie znaczy, że mniej wrażliwa, uodporniona na życie, które momentami dalej ją boli. Swoje przemyślenia przesiewa dokładnie przez sito doświadczenia i mądrości życiowej. Nie przeszkadza jej to dalej celebrować życie w każdym najdrobniejszych momentach. Potrafi też z czegoś rezygnować, chociażby z powierzchownych kontaktów z innymi ludźmi, zagracania swojego życia niepotrzebnymi przedmiotami, zamykania się w twierdzy swojego mieszkania, troszczenia się o rzeczy nieistotne, aby mieć więcej przestrzeni i czasu dla siebie. Akceptuje swoje „ja” i nie nudzi się ze sobą.
Bardzo lubię przebywać w towarzystwie Sonii Raduńskiej i jej błyskotliwej osobowości.
Wiele jej przemyśleń z “Kartek...” jest mi niezwykle bliskich, kilka olśniło mnie swoją genialną prostotą, ale mimo tego wolę pierwsza część. Może dlatego, że była w moim odczuciu bardziej intymna.
Sonia Raduńska, Kartki z białego zeszytu ,Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, s. 181.

Jeszcze nie czytałam żadnej książki tej autorki, ale słyszałam o niej dużo pozytywnego. Myślę, że spodobałaby mi się ta książka. Kiedyś czytałam coś w podobnych klimatach (felietony) Jandy i bardzo mi się podobało.
OdpowiedzUsuńJandy nie czytalam, ale z przyjemnoscia kiedys po nia siegne. Dziekuje za rekomendacje.
UsuńJa się tej pierwszej części doczekać nie mogę, ale najpierw muszę na nią zapolować, bo przecież muszę mieć swój egzemplarz, żeby z nim zrobić to, o czym piszesz w pierwszym akapicie ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! :-)
Owocnych lowow zycze! Nie ma watpliwosci, ze "Biale zeszyty" przypadna ci do gustu.
Usuńrowniez cieplo pozdrawiam.
Nie znam pisarki zupełnie, nazwisko nie jest mi obce, ale niestety nic nie jestem w stanie o niej powiedzieć. Mam wrażenie, że to znów smutna i depresyjna lektura.
OdpowiedzUsuńWychodzi na to, ze musze siegnac po cos wesolego;), ale jakos ostatnio inne ksiazki wpadaja mi w rece.
UsuńNie ta ksiazka nie jest smutna, ale bardzo reflesyjna.
Nie wiem, czy taka lektura ma szanse ci sie spodobac, nie widzialam u ciebie jeszcze ksiazki w takim stylu, ale zawsze kiedys jest pierwszy raz.