Przyznaję, że ze Schmittem mam problem. Podobała
mi się „Marzycielka z Ostendy”, czy „Oscar i Pani Róża” . Inne jego pozycje nie trafiły do mojego
serca. „Ulisses z Bagdadu” sporo
przeleżał na mojej półce, długo nie miałam ochoty na tą książkę, aż ostatnio dojrzałam
ją na półce jak wyrzut sumienia kompulsywnych zakupów. Zabrałam się więc do czytania.
Nazywam
się Saad Saad, co po arabsku znaczy Nadzieja Nadzieja, zaś po angielsku brzmi
Smutny Smutny. Z tygodnia na tydzień, czasami z godziny na godzinę, a niekiedy
w błysku sekundy moja prawda przechodzi z arabskiego na angielski; w zależności
od tego, czy jest mi dobrze, czy też źle – staję się Saadem Nadzieja lub Saadem
Smutnym.
Saad jest mieszkańcem Iraku sponiewieranego
rządami Husajna, amerykańskim embargo i najazdem Amerykanów. Rodzina Saada płaci za to każdego dnia, najpierw głodem, a później śmiercią
członków rodziny. Płaci także sam Saad, kiedy ginie jego narzeczona. Ojciec
Saada jest bibliotekarzem, który przechowuje w piwnicy książki zabronione przez
reżim. To z nich właśnie Saad poznaje inny, w jego oczach lepszy świat, który
wydaje mu się rajem na ziemi. Kiedy sytuacja rodzinna jest już bardzo ciężka
Saad postanawia udać się do Londynu, który zna z powieści Agathy Christie i o
którym marzył razem z ukochaną. Ma nadzieję, że to pomoże mu ocalić siebie i
resztę rodziny, która mu pozostała. Jest ich jedyną nadzieją na lepsze życie.
Uciekając z Iraku, naraża życie i zdrowie,
poznaje ludzi dobrych i złych, zmienia się w Ulissesa Nikt. Towarzyszy mu jego najlepszy przyjaciel, osoba, która
najbardziej kocha – jego zmarły ojciec pojawiający się w sytuacjach trudnych ku
pokrzepieniu serca i z dobrą radą.
Ulisses naszych czasów goni swoje marzenia, ale czy je dogoni? Czy
wytęskniony londyński raj będzie takim, jakim go sobie wyobraził?
Pomysł na książkę bardzo dobry, wciąż za mało
wiemy o nielegalnych uchodźcach, o ich życiu „przed” i motywach. W naszych
oczach często równamy ich z przestępcami, a niejednokrotnie są oni podeptanymi przez życie ludźmi, niemającymi po prostu wyboru. Muszą uciekać, aby mogli przeżyć oni
sami i ich najbliżsi. Pierwszą część książki traktującą o codzienności w Iraku czytałam z zainteresowaniem. Bawiły
mnie rozmowy Saada z ojcem erudytą. Druga „wędrowna” część podobała mi się dużo mniej. Zdania
i myśli w niej zawarte były jak pięknie opakowania po czekoladkach, niestety w środku
puste lub zepsute. Często bardzo powierzchowne. Zbyt dużo pseudofilozoficznego bełkotu,
sporo trąciło sztucznością, sprawiało wrażenie, że problemu tylko się dotyka. Książka mogla wstrząsnąć mną do głębi, a pozostawiła zaledwie letnią. Nie,
raczej nie zostanę fanką Schmitta, dla mnie jest on takim lepszym
Coelho.
Eric-Emmanuel Schmitt, Ulisses z Bagdadu/Ulysse from Bagdad, przeł. Jan Maria Kłoczowski, s. 314, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.
Zdania napisane kursywa są cytatami z książki
-----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z literą w tle".
Jak zawsze u Schmitta świetna okładka.Za zwartością jego książek akurat nie przepadam, przeczytałam dwie: "Oskara..." i "Dziecko Noego" Wg mnie ta druga lepsza. Nie ciągnie mnie ten pisarz, cóż poradzę?
OdpowiedzUsuńJa jeszcze mam jedną czy dwie książki Schmitta i dzięki wyzwaniu z „Literą w tle” pewnie je przeczytam, inaczej długo byłyby tymi, które oczekują. Później polecą w dobre ręce, które je pewnie bardziej docenią niż ja. I tak jest dobrze w moim mniemaniu. Kupiłam je na fali blogowych zachwytów i tzw. cenowych okazji. Teraz moje sito jest znacznie gęstsze, chociaż i teraz bywa tak, że daje się porwać jednej recenzji;)
UsuńOkładka świetna, to fakt.
Powiem tak, "Oskar" mnie zniesmaczył. Może pisarz miał dobre intencje, ale mnie nie przekonał.Też kupowałam pod wpływem chwili, a potem żałowałam. Teraz od miesiąca szlaban zakupowy. W końcu muszę ogarnąć to co już mam, ale Schmitta nie mam :-)
Usuń*W poprzednim moim wpisie chodziło oczywiście o "zawartość", a nie jak napisałam "zwartość" :-))
Uwielbiam Schmitta, który jest mistrzem opowiadań i barwnych dialogów. Na tą chwilę jest to mój najbardziej pożądany francuski literat, a "Ulisses" jest nadal przede mną. Po części zgadzam się z Tobą, iż Schmitt często moralizuje, ale z drugiej strony skłania do refleksji, a nawet do śmiechu - jego lektury są dla mnie dawką różnych emocji. :)
OdpowiedzUsuńDobrze, że jesteśmy różni i inne rzeczy nas pociągają w literaturze, dzięki temu mogę skonfrontować moje opinie i czasami dać się nawrócić ;)
UsuńJa nie lubię moralizatorstwa w życiu ani w książkach. To poruszenie we mnie, które wywołuje Schmitt trwa bardzo krótko, stąd takie letnie uczucia w stosunku do niego. Rozumiem jednak, że może być inaczej.
Do Schmitta podchodzę raczej z dystansem, właśnie z powodu jego tendencji do "filozofowania" i sprzedawania tanich "złotych myśli". Czasem jednak zdarza mu się napisać coś przyzwoitego i akurat "Ulissesa z Bagdadu" czytało mi się nieźle. Podobało mi się ukazanie problemu imigrantów z innej perspektywy, chociaż uważam, że Schmitt nawet to nieco przekoloryzował i pozostał ślepy na wiele aspektów problemu. Facet umie opowiadać, ale chciałoby się, żeby oprócz niezłej formy zaczął serwować lepszą treść.
OdpowiedzUsuńPieknie to ujales, moge sie tylko pod tym podpisac.
UsuńJa po przeczytaniu kilku jego pozycji mam juz niestety przesyt "zlotych mysli".
Pozdrawiam serdecznie.
Schmitt ma tendencję do manieryzowania swoich książek na kształt "przypowieści". Czasem da się coś znaleźć między wierszami, a czasem powieje płycizną. Wprawdzie czytałem większość jego książek i z perspektywy kilku lat pamiętam, że podobało mi się "Kiedy byłem dziełem sztuki". Nie wiem czy dziś byłbym równie zachwycony, ale myśl o tej książce często do mnie wraca. "Ulissesa" doceniam za bardzo aktualny temat, zwłaszcza dla Francuzów i europejskiego kręgu cywilizacyjnego. Ostatnio do mnie powróciła, gdy media podały informację o utonięciu somalijskiej medalistki z IO w Pekinie w pobliżu wyspy Lampedusa (ta z książki), która na łodzi pełnej emigrantów chciała dotrzeć do Europy. Schmitt stara się podejmować aktualne tematy, co mu się liczy na plus. Ale podobnie, jak w Twoim przypadku, myślę, że w literackich poszukiwaniach poszedłem nieco dalej.
OdpowiedzUsuńAno wlasnie. Mylse, ze 10-15 lat temu bylabym zachwycona. Teraz juz nie i oczywiscie nie chodzi tutaj o wiek.
Usuń