Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagłada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagłada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2013

STACJA TREBLINKA, RICHARD GLAZAR


Treblinka. Tylko 400 na 600 metrów ogrodzonego terenu pochłonęło około 700-900 tysięcy ludzkich istnień. I to tylko w ciągu 13 miesięcy istnienia obozu. To nie był obóz pracy. To był obóz zagłady. SS-Sonderkommando Treblinka, tak brzmiała jego oficjalna nazwa. Tam napływały transporty z Czech - dosyć eleganckie wagony osobowe. Także zamożne transporty z Grecji i Bałkanów oraz bydlęce wagony z Rosji i Polski, w tym z likwidowanego getta warszawskiego.

Z czeskiego Terezina, z getta Theresienstadt  do Treblinki trafił i Richard Glazar, czeski Żyd. Miał niebywałe szczęście, ponieważ zazwyczaj z kilkutysięcznego transportu przeżywało kilka osób, czasami tylko jedna. To jednak na nim spoczęło łaskawe oko esesmana i został oddelegowany do pracy w magazynie. Tam sortowano, przeszukiwano i pakowano rzeczy, które zostały po Żydach, którzy trafili od razu do komory gazowej.
„Stacja Treblinka” ukazała się w serii „Żydzi polscy”, a jako że autor jest Czechem, wydawca proponuje, aby w przypadku tej książki tematykę serii definiować jako „Żydzi a Polska, na terenie której stała się dokonana przez Niemców Zagłada”. Niewątpliwie jest to ważne świadectwo, przecież z Treblinki nikt nie miał prawa ocaleć. Kilkudziesięciu osobom to się jednak udało i mogli świadczyć, wiele lat po wojnie, przeciwko tym, którzy byli ich katami. Ja jednak mam wrażenie, że o polskich Żydach, Polakach i samej Polsce jest tam niewiele.

Jakość życia w Treblince zależała od ilości, wielkości i zamożności transportów. Bywały dni i tygodnie, kiedy każdy jadł do woli, palił najlepsze papierosy, codziennie zmieniał ubranie, a brudne wyrzucał do tak zwanego chłamu, a bywały i takie, kiedy jadło się wodę z obierkami, a każdy kawałek chleba był zazdrośnie strzeżony. Bywały noce, kiedy sypiano w eleganckich piżamach, ale bywały też takie, kiedy ubrania żyły swoim życiem podczas inwazji wesz i epidemii tyfusu.
Autor opowiada nam o codziennym życiu w Treblince, o życiu tych, którym dano było przeżyć, lub jak mówili oni, być martwym już za życia, byli bowiem świadkami jak tysiące maszerowały prosto do gazu. Jeszcze na powitanie ofiarowano im chwile złudzenia, dobrze utrzymane alejki żwirowe, atrapę stacji, ale później już kierowano przez Schlauch do łaźni, gdzie ich truto, lub do lazaretu, gdzie zabijano ich jednym strzałem.

Treblinka była jak wielkie przedsiębiorstwo, które odzyskiwało z transportów co tylko się dało. Nie wszystko oczywiście trafiało do Niemiec, część znikała w przepastnych kieszeniach esesmanów i tych ocalonych z transportów.
Esesmani zyskiwali wiele, nie było to tylko dodatkowe jedzenie, ale ubrania, futra dla żon, bielizna, masa pieniędzy, także złoto i brylanty. Więźniowie nie nosili pasiaków, a normalne ubrania, mimo wszystko jedli więcej i lepiej, niż w innych obozach. Korupcja kwitła tam jak w żadnym innym obozie. Treblinka była rajem dla przemytników, którzy za kawałek chleba, pęto kiełbasy i flaszkę wódki mogli dostać złoty zegarek, pierścionek lub wiele tysięcy polskich złotych.
To wokół pieniędzy, ubrań, butów toczy się opowieść Grazera. Rozumiem, że w takiej rzeczywistości przyszło mu żyć, ale czułam się nieco zszokowana. Także emocjami, tymi negatywnymi skierowanymi głównie do ich katów i tymi pozytywnymi, skierowanymi głównie do czeskich towarzyszy niedoli. Wszelkie opisy przychodzących transportów, wzmianki o mordach wydawały mi się niemal wyprane z emocji. A to bolało. I te brylanty w pierścionkach żon dwóch ocalałych z Treblinki. Zaskoczyło mnie to. Niemile.

Po powstaniu w Treblince  z 2 sierpnia 1943 roku uszło z życiem tylko kilkudziesięciu więźniów. Wśród nich Richard Glazar, który przybrał podczas ucieczki inne nazwisko. Doceniam ważność świadectwa, które złożył pisząc „Stację Treblinkę”, ale jako czytelnik myślę, że jest w niej dużo ogółów, autor jakby prześlizgiwał się po tematach i muszę przyznać, że wśród wszystkich książek, które przeczytałam o tej tematyce, ta akurat plasuje się gdzieś pośrodku.


____________
Richard Glazar, Stacja Treblinka, przeł. Ewa Czerwiakowska, Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 224.

Pierwsze zdanie: Rozpoczyna się rok 1940.

Ostatnie zdanieOpowieść o tych pierścionkach mogłaby się zaczynać tak: "Było kiedyś takie miejsce, otoczone wysokim, zielonym płotem..."


----------------------





Image and video hosting by TinyPic

piątek, 11 stycznia 2013

WSZYSTKO JEST ILUMINACJĄ, JONATHAN SAFRAN FOER


Przeczytałam kilka pierwszych stron „Wszystko jest iluminacją” Foera i myślałam sobie: „Co to jest? O co tyle zachwytów? Język, jak nie przymierzając, z jednej z kreskówek!” Niepoprawność językowa wręcz krzyczała ze stron. Zacisnęłam jednak zęby i czytałam dalej. Myślałam, że książka „przyprawi mnie migreną”, ale po zmęczeniu pierwszego rozdziału okazało się, że jest „dosyć prima sort dla mnie” i przypuszczam, że będzie „dosyć prima sort dla tobie”. Muszę przyznać, że tłumacz wykonał świetną robotę. Chapeau bas! Zaczytałam się w kolejnych stronach i przeplatałam je porykiwaniami ze śmiechu, aż mój szanowny małżonek zaczął się poważnie niepokoić o moją kondycję psychiczną.

Wracając jednak do książki... Jonathan Safran Foer, z pochodzenia Żyd, dzierżąc w dłoni starą fotografię, przyjeżdża na Ukrainę z Ameryki, aby odnaleźć kobietę, dzięki której, jak podejrzewa, udało się jego dziadkowi Safranowi przeżyć podczas niemieckiej okupacji. Poznaje tutaj Aleksa- tłumacza zwanego Szapką bądź Soszą oraz jego dziadka - szofera z suką przewodniczką Sammy Davies Junior, Junior. Akcja biegnie trzytorowo. Mamy więc relację Aleksa z podróży w poszukiwaniu Augustyny oraz sztetla zwanego kiedyś Sofijówką bądź Trochimbrodem. Strony pisanej przez Jonathana powieści mówią nam o fikcyjnych dziejach Trochimbrodu, a także jego mieszkańców z jego praprapraprababcią i prapraprapradziadkiem  włącznie. Listy Aleksa do Jonathana oceniają tworzoną przez Amerykanina powieść oraz odnoszą się do aktualnych spraw.

Od pierwszych stron bardzo kulawa angielszczyzna młodego Ukraińca bawi, jednakże jak mówi Jonathan:
Dawniej myślałem, że humor to jedyny sposób, żeby docenić całą cudowność i straszliwość świata, żeby uczcić ogrom życia. (...) Ale teraz myślę, że jest akurat na odwrót. Humor to sposób, żeby zrobić unik przed tym cudownym, a zarazem straszliwym światem”.
Po połowie książki już tylko się uśmiechałam, napięcie i nerwowe oczekiwanie wbijało mnie w fotel, starałam się nie uronić ani słowa i prawidłowo odczytać ważne zdania o tolerancji, antysemityzmie, miłości (duchowej i cielesnej), szczęściu, przyjaźni, o wojnie, o Holocauście, poszukiwaniu tożsamości. Także o tym, że po kilkudziesięciu latach trudno jest dociec, jak naprawdę było, ta prawda gdzieś umyka, chowa się w zakamarkach pamięci, a czasami zostaje nieco przeinaczona przez osoby trzecie, na przykład przez tłumacza. Lub przez własną pamięć. „Nie tyle ważne jest, co pamiętamy, ile samo pamiętanie. Sam akt pamiętania, proces zapamiętywania i wspominania, rozpoznawania własnej przeszłości... Rzec by można, ze wspomnienia to małe modlitwy do Boga (...)”.

Książka  „podarowała mi fangę” prosto w serce tak silną, że czułam się wewnętrznie poturbowana, ale bywały też momenty, że miałam ochotę odejść od niej na chwilę, tak bardzo potrafiło mnie zmęczyć bogactwo formy, którą bawił się autor. Te wszystkie listy, zapisane sny, kawałki poetyckie pośród i tak różnorodnego języka...  Bałam się, że coś mi umyka, coś istotnego. Miałam rację, część rzeczy niemal zgubiłam po drodze.  Po zakończeniu książki natychmiast zaczęłam ją wertować i czytać jeszcze raz, odnajdować znaczenia, po których wcześnie tylko prześliznęłam się wzrokiem.

“Wszystko jest iluminacją” Foera jest książką, po lekturze której wiem, że przeczytałam coś ważnego, dobrego, innego, może nieco zbyt udziwnionego. Coś, o czym będę myślała przez długi czas. Nikt jeszcze tak nie pisał o Holocauście i nie tylko o tym. Książka, jak dla mnie, do wielokrotnego czytania, poszukiwania nowych znaczeń napisanych tam zdań. Jonathan Safran Foer bardzo mnie zaintrygował i z pewnością w przyszłości spotkam się nie raz z jego twórczością.




__________________

Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją, przeł. Michał Kłobukowski, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2010, s. 437.


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 


------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Wojna i literatura", "Z półki - 2013" (6/32). 

Image and video hosting by TinyPic


niedziela, 6 stycznia 2013

DZIENNIK, ANNE FRANK


Anne Frank radosna, uwielbiana przez rodzinę i rozpieszczana, 12 czerwca 1942 roku wśród prezentów na swoje trzynaste urodziny znalazła dziennik. Wtedy jeszcze mieszkała w swoim przytulnym domu w Amsterdamie, chodziła do szkoły i była prawie szczęśliwa. Prawie, bo do szczęścia brakowało jej tylko najbliższej od serca przyjaciółki, której mogłaby powierzyć wszystkie swoje myśli. Zaczęła więc pisać, w formie listów do wyimaginowanej  przyjaciółki Kitty, dziennik. Na początku przedstawiła swoją klasę, rodzinę i pisała o swoim życiu. 9 lipca nadszedł ten dzień, kiedy cala rodzina Franków musiała przenieść się do przygotowywanej od dawna kryjówki w oficynie budynku przedsiębiorstwa, który wynajmowali razem ze wspólnikiem ojca. To była ogromna zmiana. Na 45 metrach kwadratowych znalazło się siedem, a później osiem, różnych osobowości. Zamieszkała tam rodzina Franków: mama i ojciec Ann (zwany Pimem), jej siostra Margot, sama Anne, a także rodzina van Daan – Petronella, Hermann  i Peter ( w rzeczywistości rodzina van Pels – Auguste, Hermann i Peter) oraz Albert Dussel ( Fritz Pfeffer).

Oficyna w której ukrywało się 8 osób, w tym Anne - źródło 
263 Prinsingracht, Amsterdam - źródło
W takich warunkach ujawniały się wszystkie cechy charakteru, te najlepsze i te najgorsze. Nic nie mogło się ukryć przed współmieszkańcami. Żaden grymas twarzy, żaden uśmiech, żadne rozmarzone spojrzenie, czy łza w oku. Każdy ruch, każdy szept, każde westchnienie słyszane było przez wszystkich. Nie było dokąd uciec, nie można było się schować, zawsze widoczni, zawsze pod czyimś bacznym spojrzeniem. Anne weszła do domu przy Prinsengracht 263 w Amsterdamie jako radosne, wrażliwe, bystre dziecko. Przez dwa lata, podczas których się ukrywała, zdążyła przeobrazić się w młodą, inteligentą kobietę. To tam przeżywała typowy bunt nastolatki, pragnęła być widziana, akceptowana i kochana jako Anne-sama-w-sobie, a nie na przykład przez pryzmat córki czy młodszej siostry. W ukryciu przechodzi  najważniejsze etapy w życiu młodej dziewczyny i kobiety: pierwszą miesiączkę, pierwsze zakochanie i budzenie się uśpionej seksualności.

Sporo było życiowych restrykcji w Oficynie, wszystko uzależnione od rytmu pracy osób, które znajdowały się w kantorze, tuż obok, zaraz za ścianą. Nie wszyscy oni byli świadomi ukrytego świata tuż pod ich nosem. Wolny czas rodzina Franków i van Daanow spędzała głównie na nauce. Dawali sobie nawzajem lekcje francuskiego, niemieckiego, niderlandzkiego, uczyli się stenografii, a Margot nawet łaciny. Anne najbardziej lubiła pisać, ale kochała również książki historyczne oraz mitologię Greków i Rzymian. Czytanie było tym, co ratowało nie raz zdrowie psychiczne wszystkich mieszkańców. Anne pisze:
„(...) czytałam „A lasy wiecznie śpiewają”. To jest bardzo ładna, ale niezwykle osobliwa książka (...)”.

Anne to doskonałą obserwatorką i komentatorką życia. Sposób formułowania myśli i ich uchwycenie na papierze nie raz mnie zadziwiało i zachwycało. Wskazywał na osobę starszą, dużo dojrzalszą. W swoim dzienniku zawiera wiele uwag na temat pomagania innym, potępia egoizm w sytuacjach kryzysowych. Wiele też rozmyśla na temat rodziny, roli matki i ojca. Jej stosunki z matką i siostrą nie układają się dobrze. Czuje się osamotniona, a one nie potrafią dotrzeć do jej wnętrza i zrozumieć jej rozterek.
Kocham je tylko dlatego, że są mamą i Margot, jako ludzie – mogą sobie pójść do diabla. Z tatą jest sprawa całkiem inna”. Tak, to ojca kocha najbardziej na świecie.
Oczywiście wkrótce kaja się za te surowe słowa. Potępia jednak mamę za to, że stara się być ich przyjaciółką, bo Anne potrzebuje przede wszystkim matki.

Nastroje w Oficynie panują różne, wiele uzależnione jest od wieści z frontu, pogody, zaopatrzenia, zachowań współmieszkańców. Anne również ma swoje lepsze i gorsze dni, jednak mimo całej sytuacji nie odnajdziemy w jej codziennych zapiskach pesymizmu. Zdaje sobie oczywiście sprawę z powagi sytuacji i grożącego im śmiertelnego niebezpieczeństwa:
Wieczorami w łóżku, widzę się w więzieniu, samą, bez taty i mamy. Czasami wlokę się drogą albo nasza Oficyna się pali, albo przychodzą po nas w nocy, a ja włażę w rozpaczy pod lóżko. Widzę wszystko, jakbym sama to przeżyła. A potem jeszcze uczucie, że to wszystko może zaraz nastąpić!
Wie również, że całej ósemce bardzo się poszczęściło. Wiele, jeśli nie wszystkie, jej koleżanki cierpią głód, nędzę i chłód. Im się udało, bardzo to ceni i wspomina w swych modlitwach wszystkich Żydów.

Ostatni zapisek z dziennika pochodzi z 1 sierpnia 1944 roku. Jak czytamy w posłowiu „Pewne jest , że ukrywający się zostali zdradzeni”.  4 sierpnia zostają stamtąd zabrani, trafiają do obozu przejściowego w Westerborku, skąd ostatnim transportem 3 września deportowano ich do Auschwitz. Matka Anne i Margot- Edith Frank zmarła w Oświęcimiu 6 stycznia 1945 roku. Siostry zostały wywiezione pod koniec października 1944 roku do Bergen-Belsen, gdzie wiosną obydwie straciły życie podczas epidemii tyfusu.  Otto Frank – ojciec Anne jako jedyny przeżył Oświęcim i swoje życie poświecił na głoszeniu światu świadectwa Anne.

Rodzina Anne Frank - źródło 

Dzięki „Dziennikowi” poznałam dwa lata z życia Anne, ja i miliony innych. Udało jej się skraść i moje serce.  Znając wcześniej historię Anne, a szczególnie jej tragiczny finał, każdą stronę pochłaniałam, czasami ocierając ukradkiem łzę, kiedy czytałam o jej marzeniach i powojennych planach.
Siedzę i oglądam zdjęcia Anne, uśmiechniętej, radosnej. W sercu mam ogromny żal. Wspaniała, inteligentna dziewczyna. Kimże by była teraz? Czy spełniłyby się jej marzenia i oczekiwania wobec świata i samej siebie?

Na wirtualną wycieczkę po Oficynie można udać się tutaj: The hiding place in 3D



_____________________

Anne Frank, Dziennik, przeł. Alicja Oczko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 315.


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


-----------------------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: "Wojna i literatura", "To już było", "Trójka e-pik", "Z półki - 2013" (4/32), "Nie tylko literatura piękna".



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 14 października 2012

WIOSNA 1941, IDA FINK


Rok 1941. Hitlerowcy zmieniają politykę odnośnie Żydów, których zegar, nagle zaczął przyspieszać. Tik tak. Chociaż niebo wciąż było niebieskie, trawa zieleniła się jak zawsze, a czereśnie były ciężkie od soku, dla wielu Żydów i Żydowek było to ostatni rok. Ida Fink pokazuje nam chwile z życia ocalonych do następnego razu, a także tych, którzy nie wywinęli się śmierci.  Te momenty są niczym doskonale skadrowane fotografie, przejmujące swą wyrazistością i prawdą. Dostajesz to, co widzisz, bez komentarza, bez zbędnej koloryzacji.  Dwadzieścia dwa krótkie opowiadania, gęste od emocji, bólu i strachu.
Dziewczyna, która leżąc w trawie śpieszyła się, aby przeczytać książkę. Może zdąży, bo taka gruba znowu nie jest. Tik tak.
Inna, wyjątkowej urody, która pragnęła poznać miłość, bo: Nam nic już nie wolno, nawet kochać się nie wolno, nawet się sobą cieszyć. Nam wolno tylko umierać. Tik tak.
Co wybrać- podzielić się mężem czy żyć? Tik tak.
Co czuje ojciec i mąż widząc za oknem stojące w milczeniu ciężarówki z budami? Tik tak.

„Rok 1941” to cienki album ze szczegółowymi fotografiami ludzi. Także tych nie-Żydów, zwykłych mieszkańców Europy Wschodniej. Znajdziemy niepełnosprawną kobietę , która przegania żydowską dziewczynę z ogrodu, mężczyznę, który żądał zbyt wiele za aryjskie papiery, samotniczkę, która pragnie zapłaty za uratowanie pary małżonków.

Tak niewiele słów, a tyle rozpaczy, bólu, nieszczęścia, strachu i ludzkiej niegodziwości. O Zagładzie napisano już cale tomy. Na tych 198 stronach, które łatwo mogą gdzieś przepaść miedzy innymi książkami znalazłam poruszająca prawdę, wiele ludzkich twarzy z wymalowanym lękiem wątpliwościami, strachem. Tych nieludzkich także. Znalazłam życie i śmierć.

Ida Fink, ta, która przeżyła, której zegar losu wrócił do normalnego rytmu, czerpiąc ze swoich bolesnych doświadczeń opisała okrutną rzeczywistość bez zbędnego patosu i heroizmu, w mistrzowski, przejmujący sposób. Czasami mniej znaczy więcej.


Zdania napisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki. 


Ida Fink, Wiosna 1941, s. 198, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012.

Opowiadania pochodzą ze zbiorów: "Skrawek czasu", "Odpływający ogród", "Ślady".


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Wojna i literatura".


Image and video hosting by TinyPic