Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pochłaniam strony bo kocham tomy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pochłaniam strony bo kocham tomy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 kwietnia 2013

PORTRET DAMY, HENRY JAMES


„Portret damy” Henry’ego Jamesa czytałam powoli, kilkadziesiąt stron dziennie. Starczyło mi tej książki na dwa tygodnie, bo książka liczy 655 stron. Wnikliwa analiza postaci Isabel Archer wymaga skupienia, ale to klimat powieści i doskonała intryga powodowały, że miałam ochotę zostać z bohaterami powieści jak najdłużej i smakować ją powoli. Nie ukrywam, że momentami przeklinałam w duchu moją dobrą pamięć, która podpowiadała mi ciąg dalszy wydarzeń,  przywołując obrazy z bardzo dobrej ekranizacji tej książki, z Nicole Kidman w roli głównej.

„Portret damy” to powieść napisana z rozmachem, poruszająca wiele spraw, oprócz roli kobiety w ówczesnym społeczeństwie, na przykład kwestię dysponowania przez rodzica życiem swojego dziecka, które ma obowiązek spełniania jego życzeń i żyć według jego woli. To także obraz, w którym autor porównuje młodą Amerykę i starą Europę oraz ich społeczeństwa, ciekawa panorama wiktoriańskich czasów. Mnie jednak najbardziej zaintrygowała osoba głównej bohaterki.

Henry James opowiada historię Isabel Archer w ten sposób, że możemy śledzić jej najdrobniejsze poczynania, wnikać w jej myśli, niemal oddychać powietrzem, którym i ona oddychała. Zwraca nam przy tym taktownie uwagę na istotne szczegóły jej charakteru i wspomina mimochodem, że wszystko zmierza do tragedii. Ta młoda, piękna i niezwykle inteligentna Amerykanka przyjeżdża do Anglii na zaproszenie ciotki po śmierci swojego ojca. Jest jak kolorowy, egzotyczny ptak, który dusi się w złotej klatce konwenansów. O jej niezwykłości przekonani są nie tylko wszyscy wokół, ale i ona sama.  Isabel jest kobietą wrażliwą, subtelną, kującą swój charakter na podobieństwo książkowych ideałów, z którymi się w swoim życiu zetknęła. Ważny jest dla niej wizerunek i wewnętrzna dyscyplina. Marzy o wolności, o wyjście poza ramy ówczesnych zapatrywań na rolę kobiety, pragnie poznać świat i siebie. Chce też czynić wszystko bezinteresownie. Głodna jest wiedzy, literatury i sztuki i to właśnie w takim lustrze lubi najbardziej się przeglądać. Ba! Ona pragnie, aby jej życie było klejnotem, kolejnym rozdziałem życia świata, misternym bibelotem, którym wielu będzie się zachwycać. Mężczyźni, którzy ją kochają, wydają się jej nie tyle nieciekawi, co niepasujący do jej życiowego planu, toteż łamie serca, jedno po drugim.  Niespodziewany spadek, który jest także ukrytym planem gry jej kuzyna, przeraża ją pierwotnie, ale później uświadamia, że nareszcie może spełnić się jej marzenie, aby sama kierować swoim losem i dowiedzieć się o ludzkich sprawach czegoś więcej. Mając w swoich rękach wszystko, nieświadomie zamyka się w klatce, chociaż sama uważa, że tego nie czyni, bo przecież to ona ma kartę przetargową – pieniądze, i poślubia Gilberta Osmonda bezinteresownie. Nie widzi, że jej małżeństwo jest jedną, wielką intrygą, a dramat rozgrywa się tuż przed jej nosem.
Henry James kieruje powieścią tak, że od samego początku stajemy za Isabel, podziwiamy jej błyskotliwy umysł, współczujemy jej w tragicznych momentach i żałujemy nawet w chwilach, kiedy są one efektem jej własnych wyborów. Jej zachowanie wobec Caspara Goodwooda na końcu powieści wprawiło mnie początkowo w osłupienie, ale później zrozumiałam dlaczego tak postąpiła.
Sama złapałam się w tą pułapkę osądów.

„Portret damy” jest książką, która w piękny, bardzo szczegółowy sposób traktuje o emocjach, wielkich uczuciach, ale bez śladu cielesności. To opowieść o niezwykłej kobiecie, którą niby poznajemy w najdrobniejszych detalach, od środka i na zewnątrz, ale która ciągle potrafi nas zaskoczyć i zostawić nas na końcu książki w zawieszeniu. Wspaniała literatura.



__________
Henry James, Portret damy, przeł. Maria Skibniewska, Świat Książki, Warszawa 2009, s. 655

Pierwsze zdanie: Niewiele jest w życiu godzin milszych niż pora obrządku zwanego popołudniową herbatą.

Ostatnie zdanie: Szli jednak dalej razem, jak gdyby przyjął od niej klucz do cierpliwości. 



--------------------


Image and video hosting by TinyPic


ANIA NA UNIWERSYTECIE, LUCY MAUD MONTGOMERY


Powrót do Zielonego Wzgórza zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Chociaż tym razem bywałam tam tylko podczas wakacji Ani. Czas mija, a Ania w środku niewiele się zmienia. Owszem dorośleje, przeżywa rozterki miłosne, odrzuca oświadczyny raz po raz, ale dalej jest rudowłosą (pardon! kasztanowłosą), szczerą dziewczyną, która widzi świat w całej jego krasie i potrafi się nim zachwycić. Nie psoci już tak jak kiedyś, teraz już swata pary, ale uroczy Dawidek ze swoim “Bardzo chciałbym to wiedzieć” zawsze powoduje u mnie chichot, czasami lekko nerwowy.

Ania wyjeżdża na studia do Kingsport, aby studiować na uniwersytecie Redmond, nie jest jednak sama, bo z Karolkiem, Gilbertem, Priscillą i Stellą. Poznaje wkrótce uroczą Philipę, która rozkochuje w sobie wszystkich wokół. Lata na uczelni mijają Ani na intensywnej nauce, ale także rozkwita towarzysko. Kingsport zyskuje szczególnie w oczach Ani, kiedy wraz z dziewczynami wynajmuje uroczy domek na skraju parku, o uroczej nazwie Domek Patty” (w starej wersji „Ustronie Patty”). Udaje się to tylko dlatego, że Ania swoim szczerym zachwytem podbija serca właścicielek domku, które zamierzają wybrać się na podbój Europy. Ten domek wraz z trójką kotów i uroczą, starszą gospodynią, która im matkuje, a one nazywają ją ciocią, jest dla Ani drugim, po Zielonym Wzgórzu, ukochanym miejscem na ziemi.

Trzeci tom przygód Ani jest naprawdę czarujący, niczym nastolatka złościłam się na Anię, która łudziła się, że znalazła swojego księcia z bajki, doprowadzając tym Gilberta do czarnej rozpaczy. Wręcz nie mogłam doczekać się końca książki i oczekiwałam końcowej, przepięknej sceny.

Tą część przeczytałam w nowym tłumaczeniu, które przyznaję, przypadło mi do gustu. Książka zyskała powiew świeżości, nie tracąc nic ze swojego uroku. Podobało mi się to, że  imiona i nazwy nie były tłumaczone na język polski. Sama okładka jest tragiczna, miła w dotyku w stylu amerykańskim, ale przepraszam bardzo – to ma być Ania? Z zielonymi oczami? To jakiś koszmarek jest przecież, a nie Ania Shirley. Kolejne tomy opowiadające o rezolutnej Ani będę czytać w starym i nowym tłumaczeniu (tu omijając wzrokiem okładkę), bo lubię obydwa. Stare ma dla mnie wartość sentymentalną, a nowe zachwyca ładną polszczyzną.

___________
Lucy Maud Montgomery, Ania na uniwersytecie, przeł. Wydawnictwo Algo, 2013, s. 260.

Pierwsze zdanie: "Żniwo zakończone i lato minęło" - zacytowała Ania Shirley, patrząc w zamyśleniu na skoszone pola. 

Ostatnie zdanie: Gilbert przyciągnął ją do siebie i pocałował. A później poszli razem do domu, w zachodzie, król i królowa ukoronowani w królestwie miłości, krętą ścieżką, pokrytą najsłodszymi kwiatami, które kiedykolwiek rozkwitły, i wzdłuż łąk, gdzie wiały wiatry nadziei i wspomnień. 


------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytajmy Anię, Pochłaniam strony bo kocham tomy

Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 21 kwietnia 2013

BUNKIER, CHAIM ICEL GOLDSTEIN


„Bunkier” Goldsteina nie jest łatwą książką, nie tylko dlatego, że jest kolejnym świadectwem Zagłady, ale również dlatego, że porusza niewygodne i niemiłe kwestie dla nas, Polaków. Opowieść zaczyna się w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego, kiedy to siedmiu Żydów biorących udział w walce z niemieckim okupantem szykuje sobie kryjówkę na nadchodzące dni. Ischak, Daniel, Samek, Ignac, Jechezkiel, Chana i autor Chaim Icel Goldstein pochodzili z różnych części Polski, Belgii i Francji, należeli do różnych warstw społecznych i mieli różne poglądy polityczne. Połączył ich strach przed wykryciem i chęć przeżycia. Byli to jedni z nielicznych, którzy przeżyli obozy koncentracyjne, getta i samo Powstanie Warszawskie. W zniszczonym mieście, w zrujnowanej walkami kamienicy wykopali bunkier, który połączyli tunelem z kanałami. To dawało im chociaż nadzieję, że uda im się przetrwać do ukończenia walk i wyzwolenia przez Armię Czerwona.
Niestety nie odbyło się to tak szybko, jak się spodziewano, bo Armia Czerwona czekała, kilka dni przeobraziło się w kilka miesięcy spędzonych w izolacji od świata zewnętrznego, w strachu przed wykryciem, o głodzie i chłodzie, mając za towarzystwo plagę much, a później szczurów.

Te kilka miesięcy razem były okazją do podzielenia się swoimi historiami naznaczonymi cierpieniem i ogromną tęsknotą za najbliższymi, z których większość już nie żyła. Był to także czas do snucia refleksji na temat stosunków polsko-żydowskich. Mówią więc oni o obojętności wobec Żydów, o wessanej z mlekiem matki nienawiści i ogromnej dobroci, jakich doświadczyli. Ci uwięzieni w bunkrze Żydzi, dziwili się skrajnym antysemickim postawom, nie rozumieli ich źródeł. Nie mogli pojąć jak powstańcy warszawscy, głównie z Armii Krajowej, z którymi walczyli ramię w ramię i wydawałyby się, że połączyła ich wspólna nienawiść do Niemców, potrafili zabijać także Żydów. Za to, że byli Żydami. Z czułością i łzami w oczach wspominali też tych Polaków, którzy byli dla nich dobrzy, którzy ich przechowywali przez lata poświęcając życie własne i swojej rodziny, którzy ich karmili i wyświadczyli im jakąkolwiek przysługę.
Przyznam, że to były najtrudniejsze dla mnie momenty książki. Sama głęboko wierzę, że ani narodowość, ani wyznanie, ani orientacja seksualna czy poglady polityczne nie determinują tego, jakim się jest człowiekiem. Zawsze są ci dobrzy i ci źli. Tak samo było i jest wśród Polaków i Żydów.  Cieszyło mnie to, że Goldstein widział tą sprawę podobnie do mnie.

Szczególnie trudnym momentem dla ukrywających się Żydów był ten, kiedy przyjęty do grupy ksiądz katolicki zachorował na dur brzuszny. To był prawdziwy sprawdzian z człowieczeństwa. Mieli do wyboru usunąć go i skazać na śmierć, albo opiekować się nim i dać mu szansę na życie, ale narażając samych siebie. Co wybrali? Nie zdradzę. Szkoda, że nieznane są powojenne losy bohaterów książki, że nie udało się dotrzeć do ich bliskich. O niektórych wspomina sam Goldstein kończąc pisanie książki w 1959 roku. Niestety nieznany jest ich późniejszy los.

„Bunkier” jest wstrząsającą historią, obok której nie można przejść obojętnie. Z pewnością uwierającą nas, Polaków, lecz moim zdaniem pozbawioną tendencyjności.


__________
Chaim Icel Goldstein, Bunkier, przeł. Sara Arm, Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 224.

Pierwsze zdanie: Ignac powiedział nagle jakby do siebie: "Żywcem się zakopie w tym dole" - łzy zmieszane z kroplami potu spływały mu po twarzy. 

Ostatnie zdanie: Tak, bylem znowu w bunkrze, gdy to pisałem. 


---------------------------




Image and video hosting by TinyPic

piątek, 19 kwietnia 2013

STACJA TREBLINKA, RICHARD GLAZAR


Treblinka. Tylko 400 na 600 metrów ogrodzonego terenu pochłonęło około 700-900 tysięcy ludzkich istnień. I to tylko w ciągu 13 miesięcy istnienia obozu. To nie był obóz pracy. To był obóz zagłady. SS-Sonderkommando Treblinka, tak brzmiała jego oficjalna nazwa. Tam napływały transporty z Czech - dosyć eleganckie wagony osobowe. Także zamożne transporty z Grecji i Bałkanów oraz bydlęce wagony z Rosji i Polski, w tym z likwidowanego getta warszawskiego.

Z czeskiego Terezina, z getta Theresienstadt  do Treblinki trafił i Richard Glazar, czeski Żyd. Miał niebywałe szczęście, ponieważ zazwyczaj z kilkutysięcznego transportu przeżywało kilka osób, czasami tylko jedna. To jednak na nim spoczęło łaskawe oko esesmana i został oddelegowany do pracy w magazynie. Tam sortowano, przeszukiwano i pakowano rzeczy, które zostały po Żydach, którzy trafili od razu do komory gazowej.
„Stacja Treblinka” ukazała się w serii „Żydzi polscy”, a jako że autor jest Czechem, wydawca proponuje, aby w przypadku tej książki tematykę serii definiować jako „Żydzi a Polska, na terenie której stała się dokonana przez Niemców Zagłada”. Niewątpliwie jest to ważne świadectwo, przecież z Treblinki nikt nie miał prawa ocaleć. Kilkudziesięciu osobom to się jednak udało i mogli świadczyć, wiele lat po wojnie, przeciwko tym, którzy byli ich katami. Ja jednak mam wrażenie, że o polskich Żydach, Polakach i samej Polsce jest tam niewiele.

Jakość życia w Treblince zależała od ilości, wielkości i zamożności transportów. Bywały dni i tygodnie, kiedy każdy jadł do woli, palił najlepsze papierosy, codziennie zmieniał ubranie, a brudne wyrzucał do tak zwanego chłamu, a bywały i takie, kiedy jadło się wodę z obierkami, a każdy kawałek chleba był zazdrośnie strzeżony. Bywały noce, kiedy sypiano w eleganckich piżamach, ale bywały też takie, kiedy ubrania żyły swoim życiem podczas inwazji wesz i epidemii tyfusu.
Autor opowiada nam o codziennym życiu w Treblince, o życiu tych, którym dano było przeżyć, lub jak mówili oni, być martwym już za życia, byli bowiem świadkami jak tysiące maszerowały prosto do gazu. Jeszcze na powitanie ofiarowano im chwile złudzenia, dobrze utrzymane alejki żwirowe, atrapę stacji, ale później już kierowano przez Schlauch do łaźni, gdzie ich truto, lub do lazaretu, gdzie zabijano ich jednym strzałem.

Treblinka była jak wielkie przedsiębiorstwo, które odzyskiwało z transportów co tylko się dało. Nie wszystko oczywiście trafiało do Niemiec, część znikała w przepastnych kieszeniach esesmanów i tych ocalonych z transportów.
Esesmani zyskiwali wiele, nie było to tylko dodatkowe jedzenie, ale ubrania, futra dla żon, bielizna, masa pieniędzy, także złoto i brylanty. Więźniowie nie nosili pasiaków, a normalne ubrania, mimo wszystko jedli więcej i lepiej, niż w innych obozach. Korupcja kwitła tam jak w żadnym innym obozie. Treblinka była rajem dla przemytników, którzy za kawałek chleba, pęto kiełbasy i flaszkę wódki mogli dostać złoty zegarek, pierścionek lub wiele tysięcy polskich złotych.
To wokół pieniędzy, ubrań, butów toczy się opowieść Grazera. Rozumiem, że w takiej rzeczywistości przyszło mu żyć, ale czułam się nieco zszokowana. Także emocjami, tymi negatywnymi skierowanymi głównie do ich katów i tymi pozytywnymi, skierowanymi głównie do czeskich towarzyszy niedoli. Wszelkie opisy przychodzących transportów, wzmianki o mordach wydawały mi się niemal wyprane z emocji. A to bolało. I te brylanty w pierścionkach żon dwóch ocalałych z Treblinki. Zaskoczyło mnie to. Niemile.

Po powstaniu w Treblince  z 2 sierpnia 1943 roku uszło z życiem tylko kilkudziesięciu więźniów. Wśród nich Richard Glazar, który przybrał podczas ucieczki inne nazwisko. Doceniam ważność świadectwa, które złożył pisząc „Stację Treblinkę”, ale jako czytelnik myślę, że jest w niej dużo ogółów, autor jakby prześlizgiwał się po tematach i muszę przyznać, że wśród wszystkich książek, które przeczytałam o tej tematyce, ta akurat plasuje się gdzieś pośrodku.


____________
Richard Glazar, Stacja Treblinka, przeł. Ewa Czerwiakowska, Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 224.

Pierwsze zdanie: Rozpoczyna się rok 1940.

Ostatnie zdanieOpowieść o tych pierścionkach mogłaby się zaczynać tak: "Było kiedyś takie miejsce, otoczone wysokim, zielonym płotem..."


----------------------





Image and video hosting by TinyPic