Pokazywanie postów oznaczonych etykietą To już było. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą To już było. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

SPOWIEDŹ, Calek Perechodnik

„Spowiedź” Calka Perechodnika to książka o najmocniejszym przekazie z całej serii „Żydzi Polscy” wydanej przez Ośrodek KARTA. Takiej książki nie można oceniać ani gwiazdkami, ani w kategorii podoba się lub nie. Zawarte w niej świadectwo Calka Perechodnika, polskiego Żyda, który w czasie wojny pełnił rolę żydowskiego policjanta w otwockim getcie, powala na kolana swą szczerością i zawartymi w niej okrutnymi opisami. Wersja z 2011 roku jest pełną, wierną wersją dziennika, wcześniejsze wydania były częściowe lub ze zmianami. Czytamy słowa, które zostały napisane już po aryjskiej stronie od maja do października 1943 roku.

„Spowiedź” zadedykowana jest sadyzmowi niemieckiemu, podłości polskiej i tchórzostwu żydowskiemu, a właściwie jest  wyznaniem wszystkich przewinień i grzechów, skierowanym do żony Calka Perechodnika. Anna Nusfeld, z którą Perechodnik ożenił się w 1938 roku, była jego największą i jedyną miłością. Sam przyznał, że jego rodzina była bardzo chłodna emocjonalnie, zaspakajała potrzeby materialne, ale nie uczuciowe. To z Anną odnalazł miłość, ona też w 1940 roku urodziła mu córkę Athalie, śliczną blondynkę o niebieskich oczach. 19 sierpnia 1942 roku podczas wywózki Żydów z Otwocka, Perechodnik wyciągnął swoją żonę z córką z bunkra i umieścił ja na Umschlagplatzu wierząc w zapewnienia Niemców, że żony i dzieci policjantów żydowskich są bezpieczne. Wcześniej przewidywał wywózkę, ale nie postarał się dla żony o Kenkartę, mimo jej próśb. Nie udało mu się też umieścić córki po aryjskiej stronie. Z obydwoma sprawami dosyć zwlekał. Niemcy nie dotrzymali obietnicy danej żydowskiej policji. Żona i córka Perechodnika znalazła się wśród ludzi czekających na wywóz, jak się później okazało- wprost do Treblinki. "Czy tę winę odkupię kiedyś, o Boże?" - pyta.

Zdjęcie Żydów z Otwocka czekających na wywózkę do Treblinki. Wśród nich z pewnością jest żona i córka Perechodnika - źródło

Czy Calek Perechodnik jest mordercą? Takie pytanie zadaje sobie i on i my. Nie zwalnia siebie z odpowiedzialności za śmierć swoich najbliższych. Swoje dzienniki taktuje jak drugie dziecko – pogrobowca, które mają mu pomóc w odkupieniu win, odkupieniu śmierci żony i córeczki. Po wojnie, ma nadzieję, zostaną wydane, a imiona jego ukochanych żony i córki poznają miliony. Tak się zresztą stało, chociaż wiele lat po wojnie. Rękopis złożony w ręce adwokatowi Władysławowi Błażewskiemu zostaje przekazany jego bratu Pejsachowi, jednakże mimo praw do wydania, jak już wspomniałam wcześniej, oryginalna i pełna wersja zostaje wydana dopiero w 2011 roku.

Calek Perechodnik - źródło
Sama książka to nie tylko osobiste wspomnienia, to także ukazanie, oprócz najbardziej krwawych bestialstw Niemców, także podłości Polaków. Perechodnik jednak unika otwartej krytyki społeczeństwa polskiego, koncentruje się raczej na jednostkach: “więcej nie będę mówić już o Polakach i o ich stosunku wobec Żydów, ale będę pisać o panach X, Y, Z itd. Do każdego dobrego uczynku dodam nazwisko człowieka; opowiadając o każdym podłym uczynku - również wymienię nazwisk”. Chociaż nie raz przedstawia myślenie Polaków, którzy często tłumaczą się ze swoich czynów, że to nie oni, że Niemcy lub też że są tylko spadkobiercami mienia im przekazanego, a wcale go nie rabują. Perechodnik pokazuje więc palcem na wielu Polaków wymieniając ich z imienia i nazwiska i opisujac zło, które popełnili i krzywdy, które wyrządzili Żydom.
Bez wątpienia jest to dla niego sprawa bolesna, pisze “26 lat żyłem między Polakami i dopiero w ostatnim roku poznałem ich prawdziwe oblicze, a w międzyczasie przejąłem się kulturą i literaturą polską, polubiłem Polskę, uważając ją za swą ojczyznę; cóż robić? Zdarzają się takie omyłki w życiu”. Mimo umiłowania Polski, jej historii, poezji, sama Polska nigdy mu się tym samym nie odwdzięczyła, czego doświadczał nie tylko podczas okupacji, ale także przed wojną. Nie mógł studiować na polskim uniersytecie, nie przyjęto go do wojska, a kiedy wrócił z Francji z tytułem agronoma, nie mógł zająć żadnej ważnej posady ze względu na swoje żydowkie pochodzenie.
Dla równowagi pisze także o tych dobrych Polakach, gdzie szczególne miejsce zajmuje Magister.

Perechodnik oskarża również Żydów o ich bierność, poddanie się woli Niemców, brak chęci jakiekolwiek walki, krótkowzroczność i nieratowanie siebie i swoich rodzin. Wiele takich przypadków „tchórzostwa żydowskiego” opisuje w swoich dziennikach.

„Spowiedź” to książka, która otwiera oczy na wiele różnych aspektów relacji niemiecko-żydowsko-polskich i to w sposób często brutalny. Zmienia myślenie o tamtych czasach i o tym co, jak i dlaczego się stało. Wstrząsa i oburza swoją cyniczną szczerością.

Calek Perechodnik walczył w Powstaniu Warszawskim w szeregach AK, w październiku 1944 roku spisał swój testament i przekazał go oraz swoje dzienniki adwokatowi Błażewskiemu. Później zginął na tyfus bądź z rąk szabrowników. Wiadomo, że pisał jeszcze drugą część dziennika, ale zaginęła ona w piwnicach budynku podczas powstania i nigdy jej nie odnaleziono.



_______________
Calek Perechodnik, Spowiedź, oprac. Dawid Engel, Ośrodek KARTA, Warszawa 2011, s. 344.


——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, To już było, Wojna i literatura.



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 13 kwietnia 2014

DOTKNIĘCIE ANIOŁA, Henryk Schönker

Niezwykle mądra, bardzo poukładana logicznie książka o Holocauście, oparta na wspomnieniach własnych oraz ojca Henryka Schönkera. Piękna książka, która chwyciła mnie za serce i na zawsze w nim zamieszkała. Henryk Schönker nosił te wszystkie historie w sercu przez 60 lat, zanim zdecydował się opisać to, co przeżył w dzieciństwie. Oczami dziecka, które w momencie wybuchu wojny miało tylko osiem lat,  opisuje ucieczkę przed śmiercią, której oddech towarzyszył mu podczas każdego kroku. Oświęcim, Krąków, Wieliczka, Tarnów, Bochnia, obóz Bergen-Belsen. To kolejne przystanki podczas owej ucieczki. Odtworzona została atmosfera dziecięcego świata oraz odczucia chłopca, któremu przyszło żyć w tak tragicznych dla niego czasach. Ta niezwykła wrażliwość, sposób widzenia i nieskończona wyobraźnia, bo przecież słońce nadal świeciło, dzieci się bawiły i tworzyły swój własny świat, nawet jeśli wokół była wojna i kipiała nienawiść skierowana przeciwko Żydom. Na jej kartach zawsze zostaną żywi przyjaciele małego Heńka - Jankiel, Adam- Bocian, Staszek, kuzynki, które robiły prześliczne lalki ze szmatek oraz kuzyni Ignaś i Arie, a także pierwsza, wielka miłość – Nina Armer. Wtedy młodzieńcze serce także było rozbuchane ogromnym uczuciem, a głowa myślała tylko tym, jak skraść kolejny pocałunek. Nikt  z nich nie przeżył poza upośledzonym Bocianem. Z całej dużej rodzinny Schönkerów uratował się tylko Heniek z siostrą Lusią oraz rodzicami.
Henryk Schönker - źródło
Toteż zdjęcia zebrane na końcu książki szczególnie mnie wzruszały. Zdjęcia rodziny, ludzi, którzy nie przeżyli, bo nie mieli takiego szczęścia i opieki anioła, jak rodzina Schönkerów. W tamtych czasach nie było jednej, uniwersalnej recepty na przeżycie, bo nic nie dawały ani pieniądze, ani koneksje, ani pozycja.  Jest takie zdjęcie dzieci z Wieliczki podczas przedstawienia w marcu 1942. Jest tam i mały Henryk, a za nim Nina oraz wiele innych dziecięcych postaci, dzięki tej książce wspomnienie o nich będzie wieczne.
Zresztą nie tylko o dziecięcych przyjaźniach pisze Autor. Wspomina przyjaźń z wielkim niemieckim aktorem pochodzenia żydowskiego – Johnem Gottowtem czy z rzeźbiarzem Hochmanem.

Nie mogę nie wspomnieć o jednej wybitnej postaci tej książki, a mianowicie o ojcu Autora – Józefie Schönkerze – szlachetnym, odważnym, wybitnym człowieku, wspaniałym malarzu portreciście. To człowiek, który wierząc swojemu instynktowi, nie tylko uratował swoją rodzinę, ale także wielu innych. Załatwial sprawy teoretycznie niezałatwialne, przeciwstawiał się uciskowi, chronił udręczonych.
To dzięki jego wspomnieniom w książce przedstawione sa informacje na temat Biura Emigracyjnego w Oświęcimiu, które było założone przez ojca Autora na rozkaz Eichmanna. Wcześniej takie biuro zostało utworzone w Krakowie, a później zamknięte. Józef Schönker pojechał do Berlina z delegacją ze Śląska, gdzie dyskutowano nad tym, gdzie można byłoby wywieźć Żydów, czy uda się znaleźć takie miejsce na świecie. Wysłano również mnóstwo listów na cały świat, ale takiego miejsca nie znaleziono, nikt nie chciał przyjąć Żydów. Toteż Niemcy, którzy chcieli oczyścić swoje tereny z ludności narodowości żydowskiej, w miejscu, które miało być miejscem wyzwolenia Żydów, zrobili miejsce ich zagłady. Można wtedy było uratować wiele setek tysięcy Żydów, ale świat milczał, a nawet blokował porty przed statkami z nielegalnymi uciekinierami. Milczał wtedy i przez wiele lat potem, zaś ta historia przez wiele lat nie była poparta żadnym dowodem, aż do znalezienia dokumentów w Jerozolimie, które świadczyły, że powstanie Biura Emigracyjnego faktycznie miało miejsce, ale nie udało mu się zorganizować żadnego wyjazdu.

"Pocałunek anioła" Henryk Schonker - źródło
„Dotknięcie anioła” jest także swoistym podziękowaniem dla osób, które pomogły rodzinie Schönker podczas ich wojennej tułaczki. W Wieliczce zjawił się Polak, który uratował im życie zupełnie bezinteresownie, całą noc prowadził ich przez las do maleńkiej stacyjki, skąd mogli uciec. Po wojnie rodzina Schönker szukała tego Polaka, którego uznawali za anioła, ale nigdy go nie odnaleziono. W książce Henryk Schönker ogłosił jego bohaterstwo, aby mu podziękować za ten czyn, dzięki któremu żyje jego rodzina.

Autor obecnie żyje w Izraelu, maluje obrazy, których tematyką jest Holocaust. Ostatnio zaangażował się również w prace nad filmem opartym na książce „Dotknięcie anioła. Mam nadzieję, że w już w najbliższych miesiącach ukaże się na ekranach kin. Premiera ma się odbyć w Oświęcimskim Centrum Kultury. Nie ma lepszego miejsca dla premiery takiego filmu.



______________
Henryk Schönker, Dotknięcie anioła, sieria Żydzi Polscy, Ośrodek KARTA, Warszawa 2011, s. 344.



————————————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, To już było, Wojna i literatura.
Image and video hosting by TinyPic

środa, 11 grudnia 2013

TRISMUS, Stanisław Grochowiak


Książka „Trismus” Stanisława Grochowiaka z pewnością szokowała w czasie, kiedy została po raz pierwszy wydana, czyli w 1962 roku. Pięćdziesiąt lat później nie ma już, przynajmniej dla mnie, takiego mocnego przekazu, być może dlatego, że teraz wiemy już więcej i od dawna. „Trismus” jednak ciągle uderza, rani i budzi niedowierzenie, dobitnie pokazując, jak silna była hitlerowska ideologia i co potrafiła zrobić z mózgiem, inteligentnego przecież, człowieka.

Wiele jest symboli ukrytych w książce, od samego tytułu począwszy (trismus znaczy szczękościsk), po nazwę miejscowości (Glückauf). Sama zaś „Trismus” traktuje o architekcie, koneserze sztuki i piękna, a jednocześnie oficera SS, który z czasem zostaje komendantem obozu pracy. Stanisław Grochowiak wnikliwie analizuje psychikę człowieka, który żył nazistowską ideologią, uznając ją za jedyną słuszną i prawdziwą, który poddaje się bez szemrania nakazom Lebensbornu, znajdując sobie żonę według niego idealną, nie tylko o odpowiednim aryjskim wyglądzie, ale także o odpowiednich przekonaniach. Nie jest więc bezmyślnym sadystą, jest człowiekiem, który stara się wykonywać swe obowiązki z niemiecką pedanterią, wierząc jednocześnie w swoje racje. Parafrazując słowa Mussoliniego, dla głównego bohatera faszyzm był religią.
Ów esesman pisze Tagebuch, który zawiera również listy, urzędowe dokumenty, zapiski zwykłych dni, ale także opowiada o poszczególnych więźniach obozu i życiu obozowym w ogóle. Po zawarciu małżeństwa z Nelly Dodder, ona także dołącza w nim swoje zapiski, odkrywając drugą twarz fanatyka i szczegóły z małżeńskiej alkowy i życia rodzinnego. Forma książki wprowadza złudzenie, że czytamy nie fikcję literacką, a dokument, a autorem książki jest nie Polak, a Niemiec.


W postaci Nelly jest wiele z Ruth z „Niemców” Leona Kruczkowskiego, a finałowa scena bardzo przypomina tą, z napisanej wiele lat później, chociaż kompletnie nie rozumiem dlaczego sławniejszej książki, „Chłopiec w pasiastej piżamie”  Johna Boyne’a. Pewnie też to zadecydowało, że tą dobrą książkę nie uznałam za wybitną. Warto jednak przeczytać, bowiem “Trismus”, jeśli obedrzeć go z niemieckiej rzeczywistości czasów II wojny światowej i przenieść do każdego innego, ogarniętego wojną, kraju – ma wymowę uniwersalną.


____________
Stanisław Grochowiak, Trismus, Książka i Wiedza, 1988, s. 171.




——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Wojna i literatura, To już było, Z półki - 2013.
Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 5 grudnia 2013

ŁĄKA UMARŁYCH, Marcin Pilis

Każdy Polak słyszał, co stało się w miejscowości Jedwabne w roku 1941 roku czy Gniewczynie w 1942. Na kanwie tych wydarzeń Marcin Pilis zbudował powieść wstrząsającą, bolesną, dotykającą polskiego wstydu. Wielkie Lipy to fikcyjna miejscowość w której osadzona jest akcja, a która jest tłem do tego, aby pokazać, jakie były stosunki polsko-żydowskie podczas wojny i oraz po jej zakończeniu. Nazwa nie jest zresztą istotna, bo wydarzenia mogły mieć miejsce gdziekolwiek w małej, nieco izolowanej miejscowości. Pytanie, czy konstruowanie fikcyjnej fabuły na bazie tak bolesnych wydarzeń jest konieczne, potrzebne i  moralne? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Sama jestem zazwyczaj na nie, ale w tej sytuacji mam bardzo mieszane uczucia, pewnie dlatego, że sama powieść okazała się bardzo dobra. Z gatunku tych, które gryzą i nie pozwalają zasnąć w nocy, bo przywołują obrazy z książki i pytania o naturę zła.

„Łąka umarłych” nie jest powieścią jednowymiarową. Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej, w czasach PRL-u lat siedemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych. Mamy mieszankę Polaków, Niemców i Żydów, a wszystkie postaci są ściśle ze sobą powiązane. Konstrukcja fabuły jest wyśmienita, a narracja równie dobra.

Wielkie Lipy to wieś położona wśród lasów, która byłaby zapomniana przez świat, gdyby nie istniejący tam klasztor i zabłąkani pielgrzymi. Tam od wielu lat żyli w symbiozie Polacy i Żydzi, nie przeszkadzając sobie zupełnie. Do czasu okupacji. W Wielkich Lipach znalazł swoje miejsce Jerzy Hołotyński, astronom i naukowiec, który miał tam swoje obserwatorium astronomiczne i prowadził badania. Spędził tam kilkadziesiąt lat, sporadycznie odwiedzając żonę i syna, a co ważniejsze- nigdy ich nie zapraszając do swojej samotni. Dwa lata po śmierci Jerzego, już w latach siedemdziesiątych, jego syn Andrzej przypomina sobie o domu i obserwatorium, które odziedziczył, a także o obietnicy, którą złożył ojcu na łożu śmierci. Wyrusza więc do Wielkich Lip odkrywając, że wieś jest tak odizolowana, że nie można dojechać tam żadnym autobusem, a ostatni odcinek drogi trzeba przebyć pieszo przez las. Już w drodze do wsi zostaje napadnięty, a na miejscu w Wielkich Lipach przekonuje się, że nie jest tam chętnie widziany ani przez przeora klasztoru, który udziela mu pomocy na czas rekonwalescencji, ani przez mieszkańców. Stara się rozwikłać tajemnicę tej mrocznej miejscowości, co prowadzi do szeregu tragicznych zdarzeń dla wielu ludzi z nią związanych, również dla samego Andrzeja. Bowiem nie tak łatwo wydostać się z wsi, do której dostępu broni samo SB „chroniące” resztę społeczeństwa przed wiedzą o tym, co wydarzyło się w Wielkich Lipach w czasie II wojny światowej. 
“Niby wiedział, że Polacy to nie nadludzie śpiewający wyłącznie o chwale, czci, honorze i mesjańskim powołaniu. Są i złoczyńcy bez hamulców. Są. Wszędzie przecież są. Ale co zrobić, kiedy tymi złoczyńcami bez hamulców okazują się zwykli ludzie, i z niepozornego zbiorowiska przeistaczają się w krwiożerczy tłum, a potem wracają do swoich codziennych zajęć”.
Chcielibyśmy wierzyć, że Polacy byli wyłącznie waleczni i braterscy, pomijamy często fakt, że sporadycznie zdarzały się wypadki, kiedy to Polacy okazywali się bardziej okrutni od okupanta, zwracając się ku swoim sąsiadom, aby zdobyć aprobatę najeźdźcy, a moze po prostu dlatego, że żyła w nich pierwotna żądza krwi i mordu.
W latach dziewięćdziesiątych ktoś jeszcze udaje się  do tej zapomnianego przez wszystkich miejsca. To stary, chorowany Niemiec – Karl Strauch, który był w centrum tragicznych wydarzeń w Wielkich Lipach...

„Łąka umarłych” to powieść zawieszona gdzieś pomiędzy dobrem i złem, chociaż w wielu momentach wydaje się, że w Wielkich Lipach żyje wyłącznie zło. Zło tak potężne, że chce się zamknąć oczy i zapomnieć o scenach z tej książki jak najszyciej. Tak się jednak nie da. Książka wwierca się w myśli i boli okrutnie, przeraża i wymusza pytania, kim byłabym w podobnej sytuacji. Czy katem, czy altruistką? Do jakich czynów bylabym zdolna lub niezdolna?

Jako przeciwwagę mamy wątek miłosny, który staje się niejako ratunkiem i dla nas, wstrząśniętych czytelników, a przede wszystkim dla samych bohaterów.

Jedna z najlepszych książek polskiego autora, jaką udało mi się ostatnio przeczytać.


____________
Marcin Pilis, Łąka umarłych, Wydawnictwo SOL, Warszawa 2010, s. 383.


——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Wojna i literatura, To już było, Z półki - 2013.

Image and video hosting by TinyPic

piątek, 25 października 2013

UCIECZKA Z GETTA, Halina Zawadzka


„Ucieczka z getta” Haliny Zawadzkiej, to kolejna przeczytana przeze mnie książka z serii „Żydzi Polscy” Ośrodka Karty. Do tej pory każda lektura wstrząsała mną, zostawiała drzazgę w serca, ale z tą było inaczej. Nie ukrywam, że jest to niezwykle trudna lektura dla Polaków napisana przez Autorkę po pięćdziesięciu latach od tytułowej ucieczki z getta.

Jak pamięta Halina Zawadzka czas wyjścia na aryjską stronę? Boleśnie dla każdego mieszkańca Polski, bo nie znalazła praktycznie żadnej bratniej duszy po tej stronie getta. Z małymi wyjątkami. Często pisze o tym, jak Polacy nienawidzili Żydów i jak mimo całej nienawiści do Hitlera uważali, że powinni być mu wdzięczni za to, że wyczyścił Polskę z Żydów oraz że należy mu się z tej okazji pomnik. Wspominała także nienawiść AK-owców do Żydów, nie tylko w postaci niewybrednych żartów, ale także znanych jej ze słyszenia mordów. Jak sama napisała, czuła się jak biedna, opuszczona Żydówka w okrutnym, chrześcijańskim świecie. Świecie, który nie tylko nie współczuł jej i losowi jej Braci, ale szczerze nienawidził wszystkich Żydów i który był gotów zabić ich lub wydać Niemcom.
Nie ukrywam, że czyta się to wszystko niezwykle przykro, momentami aż trudno uwierzyć, że Halina Zawadzka wspomina dobrze tylko trzy Polki i jednego Polaka. Owe trzy Polki to Halina Słowik oraz jej dwie córki Maria i Olga, które pomagały w ukrywaniu się Hali przez ponad dwa lata i właśnie one, dzięki staraniom Autorki, zostały odznaczone w 1998 roku medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Taki jest punkt widzenia Autorki i stosunek do wydarzeń z okresu okupacji i ma ona oczywiście do niego prawo, jednakże mnie samej trochę raził fakt, że skoncentrowała się tylko na antysemityzmie Polaków sięgając nawet do czasów przedwojennych, bowiem nawet o Niemcach nie napisała tylu gorzkich słów.
Sam zapis owych wydarzeń jest dosyć chłodny, wydaje się pozbawiony emocji, chyba że dotyczą nielubiących Żydów Polaków, bo wtedy emocje aż buzują.
Halina Zawadzka napisała „Ucieczkę z getta” po polsku, w języku, którym myślała i czuła i jak czytamy w przedmowie Zbigniewa Gluzy, „ogłosiła w Polsce: dokonuje tego  k u , a nie p r z e c i w  Polakom” oraz ze „Zależy jej, abyśmy zrozumieli Jej pamięć”. Rozumiem i szanuję, jednakże uważam, że to jedna ze słabszych pozycji serii „Żydzi Polscy”.  


____________
Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, seria "Żydzi Polscy", Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 183.


-----------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, Z literą w tle, Z półki - 2013, Wojna i literatura, To już było, nie tylko literatura piękna.

Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 15 września 2013

LEGION, Elżbieta Cherezińska


Kilka dni temu skończyłam czytać książkę „Legion” Elżbiety Cherezińskiej. Wstrząsnęła mną. Temat Żołnierzy Wyklętych już od jakiegoś czasu mnie interesuje, chociaż moje zainteresowanie dotyczy grupy partyzantów i ich tragicznego końca, ktory spotkał ich w moich rodzinnych stronach, o czym z pewnością wkrótce napiszę. O Brygadzie Świętokrzyskiej wiedziałam niewiele, jakieś strzępki, urywki historii, wiedziałam, że przemaszerowali przez bliskie mi opolskie lasy. Autorka zadziwiła mnie po raz kolejny, chociaż wiedziałam, że temat II wojny światowej już poruszyła, pisząc powieść o Etce Daum z łódzkiego getta i że radzi sobie z nim sprawnie, starając się pisać jak najbardziej obiektywnie,  bez wartościowania i oceniania.

Temat trudny, bo dotyczący słynnej Brygady Świętokrzyskiej, która w 1945 roku przebiła się przez front niemiecki, czując na plecach sowiecki oddech i połączyła się z III armią generała Pattona. Walczyli dla Polski i Polaków, ale częściowo tylko scaleni z AK, nie mogli w świetle prawa nazywać się wojskiem polskim.
Przywódcy wiedzieli, że jeżeli zostaną w Polsce to ich żołnierze trafią wprost do sowieckich katowni, dla nich wojna przecież się nie kończyła, ustępującego niemieckiego okupanta zastąpił okupant radziecki, nigdy nie uwierzyli, że Stalin jest naszym sojusznikiem.
Czyn niebywały, czyn zuchwały, który nie był gloryfikowany w powojennej historii polskiej, głównie z powodu nazwania ich przez komunistyczną propagandę PRL u „polskimi faszystami”, kolaborantami, pogromcami Żydów, a  także z powodu wieloletniej pogoni za partyzantami, którzy, jeśli nie udało im się osiedlić poza granicami Polski, kończyli w ubeckich katowniach.

Elżbieta Cherezińska z rozmachem nakreśliła tło historyczne, ale to nie wojna jest głównym bohaterem tej historii, nie sama Brygada Świętokrzyska, ale ludzie, którzy ja tworzyli.


"Ząb" Leonard Zub-Zdanowicz - źródło
 „Ząb” Zub-Zdanowicz - cichociemny, który przeniósł się z AK do NSZ 

"Jaxa" Władysław Marcinkowski - źródło
„Jaxa” Władysław Marcinkowski – założyciel związku Jaszczurczego,

"Żbik" Władysław Kołaciński - źródło 
„Żbik” por. Władysław Kołaciński - żołnierz, dowódca 3 kompanii 


To tylko kilka nazwisk z długiej listy bohaterów, którzy pojawiają się na stronach „Legionu”. O nich jest właśnie ta książka, o trudnej rzeczywistości, zmaganiem się z polityką i ideologią, niełatwych wyborach, życiu w lesie, walce przeciwko nieprzyjaciołom Polski i Polaków. A jest to opowieść pasjonująca.

Dla mnie jednak to piękna historia oparta na faktach historycznych, szczególnie ważna w roku 2013, który został ogłoszony Rokiem Żołnierzy Wyklętych. Książka, która przypomina co znaczą  słowa patriotyzm, odwaga i poświęcenie.„Legion” Elżbiety Cherezińskiej to książka, która budzi wiele emocji, czytelnicy albo ją wielbią, albo poddają miażdżącej krytyce. Cóż, czarna legenda Brygady Świętokrzyskiej wciąż żyje na ziemiach polskich.
Jako, że zawsze dystansowałam się od polityki, a żyjąc poza granicami Polski dystansuję się jeszcze bardziej, to mogę tylko napisać, że cieszę się, iż nie ma w tej książce właśnie za dużo polityki i ideologii, bo literacko książkę oceniam bardzo wysoko.
Elżbieta Cherezińska nazywa swoich bohaterów „bękartami wojny” zapożyczając od Tarantino nie tylko ta nazwę, ale również i trochę klimatu, a książkę faktycznie czyta się tak, jakby była gotowym scenariuszem filmowym.

Nie pamiętam już, kiedy tak bardzo emocjonalnie zaangażowałam się w jakąś pozycję beletrystyczną.
Powtórzę tylko za Elżbietą Cherezińską: „Wciąż do natręctwa, powtarzam: cieszmy się naszą historią. Poznawajmy ją z ciekawości i radością, pomniki zmieniają bohaterów w kamień, a historię czynią twardą i nieprzystępną. Opowieści mogą otwierać przeszłość i oddawać ludziom/historii życie. Bierzmy je takim, jakim było. W nas tez jest Las”.



_________________
Elżbieta Cherezińska, Legion, Zysk i S-ka, 2013, s. 800.


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Wojna i literatura, To już było, W prezencie.


Image and video hosting by TinyPic