Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura węgierska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura węgierska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2014

ZAMKNIĘTE DRZWI, Magda Szabo

Nie lubię takich książek. Przeczytawszy zdanie „To ja zabiłam Emerenc. I nie ma tu nic do rzeczy to, że nie chciałam jej zniszczyć, lecz ją uratować” wiedziałam, że już nie będę miała spokoju i będę żałowała każdej minuty, której nie mogę poświecić tej książce, a że takich minut mam ostatnio stosunkowo dużo, to pozostała mi tylko niecierpliwość i ukradkowe czytanie podczas gotowania, przysiadywanie na kanapie podczas sprzątania i kradzenie czasu podczas śniadania. Nie lubię takich książek. Burzą one mój wewnętrzny spokój i na czas lektury mają władzę and moimi myślami, które ciągle kręcą się wokół
głównych bohaterek.

„Zamknięte drzwi” Magdy Szabo to powieść spowiedź, napisana z perspektywy jednej z głównych bohaterek – pisarki Magdy, co sugeruje nam, że nie jest to tylko zwykła powieść, ale opowieść o prawdziwych relacjach pomiędzy Magdą Szabo a jej gospodynią. Pisarka sama przyznała, że wiele wątków jest prawdziwych, miała gospodynię Juliskę, z którą wiązała ją szczególna więź, prawdziwy jest też pies Viola oraz historia z nagrodą Kossuta. To, że widzimy Emerenc tylko oczyma pisarki i tylko jej uszami ją słyszymy powoduje, że na początku otrzymujemy portret w krzywym zwierciadle i trudno było mi na nie tylko polubić Emerenc, ale i do niej się przekonać. Emerenc nie jest łatwą we współżyciu osobą. Pracująca niemal całą dobę, wykonuje swoje obowiązki z niezwykłą dokładnością i jest wielce pożądaną gospodynią w wielu domach. To jednak ona wybiera osoby, u których chce pracować, ma swoje własne, zupełnie niezrozumiałe dla innych kryteria wyboru swoich pracodawców, ona tez decyduje kiedy i jak będzie pracować, co będzie gotować. Momentami niezwykle denerwująca, mająca swoje zdanie na temat kościoła, literatury, sztuki i polityki, tak różne od ogółu i tak często dla tego ogółu przykre, ale jak się okazuje, niebezpodstawne. Przez wszystkich znana i przez nikogo właściwie niepoznana, bo wręcz obsesyjnie pilnująca swojej prywatności za zamkniętymi drzwiami mieszkania, przyjmująca gości w sieni lub przed domem. Jednakże to ona spieszy pierwsza z wazą zupy, gdy ktoś zachoruje, pochyli się nad każdym bezbronnym zwierzęciem i człowiekiem.
Ukazanie gorzko-słodkich relacji pomiędzy pisarką a Emerenc to prawdziwy majstersztyk psychologiczny. Znajdziemy tutaj i niezrozumienie i miłość i obrażanie się i zaborczość i narzucanie własnej woli i wzajemne ranienie się słowami. Nie ma dwóch bardziej różnych kobiet – Emerenc, która ceni jedynie prawdziwą pracę fizyczną i pisarka – która zarabia swoim intelektem, “leniwa egzystencja, w której możemy przez pół dnia milczeć, wpatrując się w topole na drugim krańcu ogrodu, nie robiąc nic, co oko mogłoby dostrzec, jednocześnie utrzymując, że właśnie pracujemy”. A jednak zbliżają się do siebie i po czasie wytwarza się pomiędzy nimi taka sieć wzajemnych powiązań, uzależnień i uczuć, że nie potrafią już bez siebie żyć. Relacje te czasami przypominają te pomiędzy matką a córką, czasami zaś zostają odwrócone do góry nogami. Czy obydwie jednak kochają tak samo? Czy tak do końca potrafią się zrozumieć?

Nie lubię takich książek, bo nie potrafię o nich napisać tak, jak na to zasługują. Nie lubię takich książek, bo nie jestem w stanie oddać ich klimatu tajemnicy, mrocznych sekretów i tego niezwykłego napięcia podczas czytania. Nie lubię takich książek.
Takie książki uwielbiam, bo po ich przeczytaniu  wiem, że właśnie spotkałam się z niezwykłą literaturą, która pozostawia mnie w stanie czytelniczego stuporu. Nie potrafię siegnąć po inną książkę, bo ta wciąż jeszcze we mnie żyje, niepokoi i porusza.

Niestety nie widziałam filmowej adaptacji tej książki, ale bardzo chciałabym ją zobaczyć. Helen Mirren w roli Emerenc z pewnością jest wspaniała, mogłam ją tylko podejrzeć w tych krótkich filmikach:



____________
Magda Szabo, Zamknięte drzwi, przeł. Krystyna Pisarska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993, s. 237.

Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 4 grudnia 2012

ŻAR, SANDOR MARAI



Sandor Marai znowu mnie zachwycił. Leniwie przewracałam kartki, tak samo, jak wolno toczyła się opowieść Henryka. Pozornie historia jakich wiele – wielka przyjaźń pomiędzy nim, a Konradem, a później pojawia się ona – Krystyna. „Żar” to powieść napisana wspaniałym językiem, bardzo eleganckim i oszczędnym, nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, każde zostało zważone w duszy autora i precyzyjnie użyte.  To bardzo intymna powieść, ma się wrażenie, że siedzi się gdzieś w ciemnym kącie salonu, przysłuchując rozmowie dwóch, starych (nie)przyjaciół.


Jest niemal opuszczony pałac, w którym od blisko pięćdziesięciu lat nie bywają goście, nikt się nie śmieje, wszyscy zastygli w  cierpieniu po tym, co się stało ponad 41 lat wcześniej. Wśród jego murów jest zastygnięty w oczekiwaniu Henryk. Wokół szumi las, jest cicho, pusto. Świeczka życia Henryka niemal już dogasa, ale siła woli podtrzymuje płomień, aby dożyć jednego dnia – kiedy wróci Konrad. Ten, który przez 41 lat i 43 milczał, a potem wysłał list, ze przyjeżdża. Kiedyś łączyła ich przyjaźń, tak wielka, że nie potrafili żyć bez siebie. "Niekiedy myślę zgoła, że to najszlachetniejszy związek w życiu...może dlatego, że rzadki".

Konrad więc przygotowuje wszystko na powitanie przyjaciela tak, jak ponad czterdzieści lat wcześniej. Ten sam pokój, ta sama zastawa, te same potrawy, te same świece. Tylko Krystyny już nie ma. A Henryk mówi, o tym co było i o tym co boli. Słowa są jak polana, które rozniecają dawny żar miłości, przyjaźni, nienawiści, zdrady, pożądania, zemsty. Stłumiony przez lata ogień zapala się w tamtym pokoju raz jeszcze. Z jednej strony bardzo zastanawiające i budzące lęk jest to, że ktoś pielęgnuje w sobie urazę i poczucie krzywdy przez ponad 41 lat. Z drugiej strony - czy naprawdę można zapomnieć o dwóch najważniejszych osobach w swoim życiu? O prawdziwym, męskim przyjacielu i o żonie, którą kochało się ponad wszystko? I o tym, że zdradzili oboje w sposób najgorszy z możliwych? Ze słów starego generała wyłania się nie tylko historia trójkąta. Odnajdziemy tam wiele prawd o prawdziwej przyjaźni, miłości, o tym, czym jest honor i służba ojczyźnie, a także skrawki historii Austro-Węgier. 
Konrad mówi niewiele, ale to milczenie wręcz krzyczy. Gdy za oknem pojawia się świt, ogień wspomnień dogasa, zaczynają padać pytania. Ważne. Na te odpowiedzi czeka się niemal całe życie. Czy aby nie na darmo? Czy warto? A może w ogóle nie chodzi o odpowiedzi, tylko o to, aby z siebie wszystko wyrzucić i przestać się już tym zatruwać? 
Świece muszą dopalić się do końca, tak samo jak ogień uczuć. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół, jedwabisty jak czarny żałobny materiał…

“Żar” Sandora Maraiego - książka gęsta od emocji, pozostawia nas z przekonaniem, że odkrywanie prawdy zawsze łączy się ze sporą dawką niepewności i że czasami po prostu warto nie wiedzieć.




Sandor Marai, Żar, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2011, s. 167.


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Book-Trotter" - literatura węgierska.



Image and video hosting by TinyPic

środa, 28 listopada 2012

KSIĘGA ZIÓŁ, SANDOR MARAI


„Ten, który ja napisał, nie zna absolutnej prawdy i często myli się w szczegółach. Bo jest człowiekiem. Ale szuka bezwzględnej prawdy i nie wstydzi się, kiedy się myli w szczegółach. Bo jest człowiekiem. Więc ta książka będzie taka, jak dawne zielniki, które prostymi przykładami pragnęły odpowiedzieć na pytanie, co trzeba robić, gdy kogoś boli serce albo gdy Bóg go opuścił.”

Ciekawa byłam tej książki, lubię pobuszować wśród czyiś myśli. Książki takie zazwyczaj wertuję, czytam koniec, za chwilę przenoszę się na początkowe strony. Czasami jakaś myśl przykuwa moją uwagę na dłużej i wracam do niej często. Tak też potraktowałam i "Księgę ziół".

Cóż nam serwuje Sandor Marai w swoim zielniku? Wszak zioła to nie tylko rośliny lecznicze, ale także przyprawowe i trujące... Już okładka intryguje.  Pręży się na niej dumnie piękna naparstnica, bardzo trująca, ale której liście są surowcem zielarskim, zawierają substancje działające na mięsień sercowy i układ krążenia. Mądry człowiek wykorzystywał je do produkcji leków, głupi człowiek wykorzystywał je w niecnych celach...

Marai pisze o Bogu, o miłości, o nienawiści, o obowiązkach wobec bliźniego, Ojczyzny i siebie samego. Radzi również zażywać marchewkę i jabłka,  dzieli się z nami wiedzą, co zrobić w wypadku migreny, zaleca unikać środków przeczyszczających, a także zarezerwować sobie kilka dni na chorowanie, nawet jeśli nie jest się chorym. Przypomina, że należy świętować nie tylko dni zaznaczone na czerwono w kalendarzu, ale także ważne dni w życiu. Dzieli się z nami wieloma cennymi rozważaniami, które czyta się naprawdę dobrze.

Moje ulubione:

"O przyjaźni. Nie istnieje związek między ludźmi, który byłby głębszy, bardziej poruszający niż przyjaźń. Ileż jest egoizmu i próżności wśród zakochanych, a także w związku uczuciowym łączącym rodziców i dzieci! Tylko przyjaciel nie jest egoistą; w przeciwnym razie żaden z niego przyjaciel. Jedynie przyjaciel nie jest samolubny, bowiem nie dla siebie, ale dla przyjaciela pragnie wszystkiego, co dobre i piękne. Kochanek (kochanka) zawsze czegoś się domaga; przyjaciel niczego nie oczekuje dla siebie. Dziecko zawsze chce coś dostać od rodziców, chce przeróść ojca; przyjaciel nie chce otrzymywać ni przerastać. Nie ma w życiu człowieka bardziej tajemniczego, szlachetniejszego daru niż skąpa w słowa, wyrozumiała, cierpliwa i ofiarna przyjaźń. I nie ma nic rzadszego."

         "Montaigne kiedy zadumał się nad uczuciem, jakie wiązało go z La Boetie, powiedział:  „Byliśmy przyjaciółmi... Bo on to był on, a ja byłem ja”. Nad wyraz to precyzyjne. (...)”

"O wyborze i wierności. Zastanów się, zanim weźmiesz do ręki książkę i zaczniesz ją czytać, rozważ to, przynajmniej tak jak wtedy, gdy z ufnością podajesz rękę drugiemu człowiekowi. Bowiem na pewien czas skupiasz na książce uwagę swojej duszy; a to dużo, ponieważ życie jest krótkie, a dusza tylko twoja. (...)”

W „Księdze ziół” znajdziemy sporo myśli, które mogą uleczyć duszę i ciało. Przynajmniej według Maraiego. Żadna z nich mnie nie zatruła, chociaż niektóre miały zapach wiekowego kurzu, żeby nie napisać – mysich odchodów. Przyjemnie spędziłam czas klucząc po labiryncie umysłu pisarza, do niektórych zaułków z pewnością jeszcze wrócę, chociaż nie na kolanach. "Księga ziół" podobała mi się, ale nie aż tak. W większe drżenie serca wprawia mnie myśl o spotkaniu z pisarzem w jego powieści. 





Sandor Marai, Księga ziół, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2009, s. 151


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter - literatura węgierska.


Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 27 listopada 2012

PIŁAT, MAGDA SZABO


„Piłat” Magdy Szabo to jedna z tych książek, którą wzięłam do ręki wieczorem z zamiarem przeczytania jednego lub dwóch rozdziałów przed snem, a skończyłam o trzeciej nad ranem. Ta literacka perełka przykuła mnie  do fotela, wprowadziła w czytelniczą hipnozę, z której ocknęłam się kilka godzin później, z zimną herbatą w filiżance, zdziwiona, że minęło tyle godzin. Emocje powoli spływały ze mnie, a ja leżałam w ciemności z tysiącem myśli w głowie wiedząc, że już nie zasnę do rana.

Cztery rozdziały: Ziemia, Woda, Ogień, Powietrze opisują osobowość czterech bohaterów: Wincentego, Staruszki, Izy i Antola. Wincenty i Staruszka są małżeństwem od wielu lat. Najbardziej na świecie kochają siebie nawzajem, swoją córkę Izę i do pewnego czasu Antola – jej męża, który z czasem staje się byłym mężem i odsuwa się od świata Szöcsów. Kiedy Wincenty umiera, cały świat Staruszki – Etelki Szöcs się kończy. Ona, która zawsze była dla kogoś, dzieliła siebie na najdrobniejsze kawałki, aby każdy przez nią kochany mógł dostać swoją część, nie miała po co żyć. Iza, osoba z wielką rysą na charakterze, na zewnątrz doskonała lekarka i wspaniałomyślna osoba, zabiera matkę do siebie. Wszystko jednak idzie nie tak. Staruszka, która ofertę przyjęła z radością, pragnęła dzielić z kimś życie,  być jego częścią, ale została prawie ubezwłasnowolniona. Zabrano jej prawo do przeżywania żałoby po swojemu, nie mogła zdecydować, które rzeczy z odciskami wspólnego życia z Wincentym może zabrać do swojego nowego domu. Ofiarowano jej piękny pokój, modne ubrania, pieniądze, odmierzaną miłość i cień zainteresowania. Z osoby, która zawsze czuła się potrzebna, stała się  obowiązkiem, a z czasem zawadą....

„Piłat” to książka o trudnych relacjach dorosłe dzieci – starzy rodzice. W książce w tym układzie, w którym się wszyscy kochają i mają dobre intencje, żyją we własnym świecie wyobrażeń na temat drugiej osoby i przeświadczeniu, że wiedzą lepiej, co drugiej stronie potrzeba,  przegrywają wszyscy.  W oczy kłuje brak rozmowy, chęci dowiedzenia się czegoś o drugiej osobie, tak jakby potrzeby, pragnienia, możliwości nie ulegały zmianie. Staruszka nie jest tą energetyczną, pełną werwy matką, Iza nie jest tą młodą kobieta, która opuściła dom rodzinny kilka lat temu. Niby oczywiste, ale nie dla zainteresowanych stron. Żaden z bohaterów nie jest na wskroś zły, boli tylko brak empatii i ukrywanie swych bolączek przed drugą stroną.

Kto jest wiec tym Piłatem? Tym, który niby zrobił dużo, ale w efekcie nie zrobił niczego istotnego, aby zapobiec tragedii, tylko „umył ręce”? Przez całą lekturę podskórnie czujemy tą odpowiedź , a na ostatnich stronach palcem wskaże Antol.

Ile takich Staruszek i Staruszków cierpi w milczeniu, samotnie, w czterech ścianach domu? Niby żyją z rodziną, ale tak właściwie to obok, hodują więc hektary warzyw i dziergają kilometrowe szaliki, aby udowodnić, że są potrzebni, coś warci, że dbają. Ile takich Iz bierze udział w wyścigu szczurów, żyjąc pracą i kochając tak naprawdę tylko siebie? Tłumaczą, że potrzebują czasu, przestrzeni dla siebie, zgadzam się – to jest ważne, ale sami rzucają innym tylko okruszki ze stołu, które nic ich nie kosztują.

„Piłat” Magdy Szabo jest książką, która podarowała mi nie tylko bezsenną noc, ale zostawiła wiele pytań, na które często nie ma jednej odpowiedzi.  Piękna, poruszająca to proza, która rozbudziła mój apetyt na inne książki tej autorki.





Magda Szabo, Piłat, przeł. Olga Wybranowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s.275.

-------------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter - literatura węgierska, Trójka e-pik.



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 25 listopada 2012

LOS UTRACONY, IMRE KERTESZ


Imre Kertesz wielokrotnie podkreślał, że „Los utracony” nie jest powieścią autobiograficzną, chociaż z pewnością można w niej znaleźć wątki zaczerpnięte z obozowych przeżyć autora. Świat ukazany w książce oglądamy oczami blisko piętnastoletniego Żyda z Budapesztu. Jest on dzieckiem rozwiedzionych rodziców, dosyć spolegliwej natury, który nie ma pretensji do świata i ludzi o rzeczy, które dotykają jego, jego bliskich i Żydów w ogóle. „Zresztą człowiek nie decyduje sam o pewnych różnicach, w końcu właśnie po to, jak wiem, są żółte gwiazdy[…]”. Podobnie zareagował, kiedy wraz z innymi kolegami z pracy został złapany w jednej z łapanek i w efekcie wysłany do obozu pracy. Jego naiwność, prostota w osądzaniu ludzi i sytuacji przeraża, ale też chwyta za gardło i zostawia nas z okrzykiem grozy i protestu na ustach. Główny bohater opowiada nam o tym co widzi niemal bez emocji, starając się zawsze znaleźć jakiś pozytyw w tragicznej sytuacji. Potrafi docenić dobre maniery, wygląd czy sumienne wykonywanie obowiązków przez żandarmów i żołnierzy. Jakże szokujące jest to, że polubił swoich, jakby nie było, oprawców. Przyznaję, że byłam zszokowana tą uległą, pozbawioną złości i nienawiści, postawą. Jest jak owieczka, która jedzie na rzeź...

Oświęcim – Buchenwald – Zeitz – Buchenwald. Tak wyglądała rozpoczęta w 1944 roku obozowa tułaczka.  Docierając do pierwszego, trzydniowego przystanku w Oświęcimiu – Brzezince wychodzi brak orientacji w tym, co naprawdę się dzieje i dziecięca ufność, że będzie tak,  jak obiecano – praca i nowe doświadczenie życiowe.  Mówi:
Mogłem się rozejrzeć dookoła, trochę zorientować, gdzie właściwie jesteśmy. Stacja była schludna. Pod naszymi stopami, jak zwykle w takich miejscach, żwir, dalej pas trawy, w niej żółte kwiaty, biegnącą w nieskończoność, nieskazitelnie biała asfaltowa szosa. Zauważyłem tez, ze owa szosę oddziela od zaczynającego się za nią olbrzymiego terenu rząd jednakowo wygiętych słupków, miedzy którymi połyskuje metalicznie drut kolczasty. Łatwo się domyślić: tu zapewne mieszkają więźniowie. Po raz pierwszy – może dlatego, ze po raz pierwszy miałem na to czas – zaczęli mnie bardziej interesować i byłem ciekaw, co takiego przeskrobali.”. Oświęcim był dla niego czekaniem na coś nowego i innego, pomimo tego, że stopniowo bohater zaczął sobie zdawać sprawę, że to fabryka śmierci, z której wychodzi się najczęściej przez komin krematorium. Kiedy dociera do kolejnego celu w okolicach miasta Weimar - cieszy się, wspomina słowa Goethego z „Króla Olch”:  „Noc padła na las, las w mroku spal…”, a my dodajemy po cichu: „ a w pobliżu Buchenwald…”. 

Co było najstraszniejsze w obozowym doświadczeniu? Nuda. Tak, najbardziej doskwierała mu nuda, te chwile pomiędzy, kiedy zostaje się z samym sobą i pozostaje oczekiwać i mieć nadzieję, że nic się nie stanie, że nie będzie gorzej, że zostanie jak jest.
Wstrząsające dla mnie jest to pogodzenie się z losem, przyjęcie życia takim, jakie jest, mimo, że dla mnie, i zapewne milionów, taki los nie powinien spotkać żadnego człowieka, bez względu na rasę, wyznanie, kraj pochodzenia, język.  Naturalną reakcją dla mnie jest protest, złość, pretensja... Jednak nie dla głównego bohatera - on jest inny. Może to jego sposób na przetrwanie? Adaptacja.

Tak jeszcze nikt nie opowiadał o Zagładzie. Jak mam więc zareagować na ostatnie zdania powieści, które wypowiada samotny, niezrozumiany przez wszystkich, piętnastoletni chłopiec o ciele starca złamanym przez obozowe warunki?
"Czeka na mnie matka i na pewno bardzo się mną ucieszy,biedaczka. Pamiętam, że kiedyś chciała, bym został inżynierem, lekarzem czy kimś w tym rodzaju. I tak będzie z całą pewnością, tak, jak sobie tego życzy; nie ma takiego absurdu, którego nie moglibyśmy w sposób naturalny przeżyć, a na mojej drodze, już teraz to wiem, czeka na mnie, niby jakaś nieunikniona pułapka, szczęście. Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta tylko o rzeczy trudne, o "koszmary": choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają,muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych. Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę."
Jak to pojąć? Kiedy wszystko we mnie się buntuje przeciwko takiej rzeczywistości? Kiedy serce rozrywa mi rozpacz na samą myśl?

"Los utracony" to pierwsza część tetralogii "Ludzi bez losu", z największą przyjemnością sięgnę po "Fiasko" oraz "Kadysz za nienarodzone dziecko", a nad "Likwidacją" się zastanowię. Przyznaję, że trochę obawiałam się spotkania z Kerteszem. Zupełnie niepotrzebnie. Genialne pióro, a książkę, mimo bolesnego i trudnego tematu, czyta się doskonale. 




Imre Kertesz, Los utracony, przeł Krystyna Pisarska, s. 269, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002.



Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-------------------------


Image and video hosting by TinyPic