Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2013

ISKRA ŻYCIA, Erich Maria Remarque


Czasami ktoś mnie pyta, dlaczego wśród moich lektur jest tak dużo literatury obozowej, czy też dotyczącej Zagłady. Nie potrafię odpowiedzieć inaczej, jak „Aby pamiętać”. Jestem też głęboko przekonana, że pamiętając wypełniam swoją powinność wobec tych, którzy ginęli w obozach pracy, w obozach koncentracyjnych, łagrach. Jestem dłużnikiem milionów, które straciły swoje życie i chociaż tyle mogę dla nich zrobić – pamiętać. Często sięgam po świadectwa tych, którzy przeżyli, ale czasami także po fikcję literacką. Z czystym sumieniem mogę napisać, że „Iskra życia” Ericha Marii Remarque’a jest jedną z najlepszych fikcji literackich dotyczącą obozowej tematyki, jaką miałam okazję trzymać w ręce. Niemiec, nie będący również Żydem, o zapatrywaniach antynazistowskich,  stworzył głęboko poruszające dzieło o codzienności w obozie w Mellern w 1945 roku, a także w sąsiadującym miasteczku, na kilka tygodni przed wyzwoleniem. Autor wojnę spędził w Ameryce, pisząc więc książkę opierał się wyłącznie na zeznaniach ocalałych i świadków. Chylę czoła, bo udało mu się to zrobić genialnie, aż trudno uwierzyć, że to nie on siedział w jednym z baraków w Mallern.

Przewodnikiem po obozie jest więzień o numerze 509, w książce nazywany kościotrupem, w życiu przedobozowym Friedrichem Kollerem, a życia pozaobozowego komendant obozu Bruno Neubauer SS-obersturmbannfuhrer. Więzień numer 509 pokazuje nam, jak ważna jest najmarniejsza skórka chleba, oszczędzana woda, miejsce w baraku do spania, umiejętność niknięcia w tłumie, udawania trupa, a wszystko to po to, aby przeżyć. Z drugiej strony, dla kontrastu,  mamy życie komendanta obozu, który jest jednym z najgorętszych zwolenników partii Hitlera, ale sam siebie uważa za dobrego. Czyni przecież to, co mu rozkażą i taki ma obowiązek. Prywatnie niewierny mąż, właściciel gazety i domu handlowego, miłośnik królików i kwiatów, który już dawno zapomniał o tym, że więźniowie w obozie są ludźmi, takimi samymi jak on sam. Opisywane dni są wstrząsającym zapisem obozowej codzienności i zezwierzęcenia SS-manów, kapo i blokowych, pełnym brutalnych scen. W miejscu takim jak Mallern jedni ludzie byli bierni, walczący tylko o zakrzyczenie żołądka bez troski o dobro drugiego człowieka, drudzy mieli na uwadze także współwięźnia, sąsiada z pryczy, kogoś, kto im pomógł lub kogoś, o którego, w ich mniemaniu, po prostu trzeba dbać. Ta iskra życia, która tli się w nich warta jest podtrzymywania za każdą cenę.
Nie czyta się łatwo, jednak tło, język, a także świetnie skonstruowane postaci powodują, że chociaż nie raz ma się ochotę zamknąć oczy, to czyta się dalej, niemal z zapartym tchem. Bo tak właśnie pisze Remarque – przejmująco i bardzo obrazowo, a emocje kipią tuż pod powierzchnią.

Remarque, jako przeciwnik wszelkiej władzy totalitarnej, przeciwstawił się w swojej książce nie tylko nazizmowi, ale także komunizmowi. To właśnie sceny z udziałem obozowych komunistów powodowały, że po moich plecach przechodziły ciarki. Ludzie ginęli z głodu i chorób, a oni czując bliskość frontu, już się organizowali, planowali swoje życie na czas po wyzwoleniu, ukrywali swoich i pomagali tym, którzy mogli być dla nich przydatni. Jakże przerażające jest to, że będąc więźniami jednej władzy totalitarnej planowali wprowadzenie kolejnej, swojej. Nie kryli się z tym, że ludzie niebędący ich sojusznikami dostaną zapewnie kulkę w łeb lub zostaną zamknięci w obozach. Niczym nie różnili się od swoich prześladowców, niczego się nie nauczyli. Jakie to straszne.

„Iskra życia” Remarque’a to świetna książka, makabryczna, oburzająca, niezwykle esencjonalna, z gatunku tych, których się nie zapomina, nie tylko ze względu na opisywaną historię.



_________
Erich Maria Remarque, Iskra życia, przeł. Ryszard Wojnakowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2010, s. 374.

Pierwsze zdanie: Szkielet numer 509 powoli podniósł głowę i otworzył oczy.

Ostatnie zdanie: Za kupą gruzów po obu stronach połyskiwało ostatnie wieczorne światło. 


------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Jubileuszowe lektury, Z półki - 2013, To już było, Wojna i literatura.

Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 9 grudnia 2012

HISTORIA PANA SOMMERA, PATRICK SUSKIND


Kiedy sięgałam po książkę „ Historia pana Summera” Patricka Süskinda, nie wiedziałam czego się spodziewać. „Pachnidło” mnie zachwyciło i powaliło na kolana, „Gołąb” wymęczył okropnie mimo skromnych rozmiarów.
Książka jest pięknie wydana, a prawdziwą ozdobą są wspaniale rysunki Sempego, które przyciągają wzrok i wywołują uśmiech na twarzy. Te pastelowe, bardzo zabawne ilustracje doskonale odzwierciedlają myśli narratora, który wraca do swojego dzieciństwa, do dwóch wiosek nad brzegiem jeziora. Prostymi słowami okraszonymi sporą dawką humoru, zabrani  zostajemy do świata dziecka, ciepłego, radosnego, kiedy zachwycamy się okolicznymi drzewami, na których można uwić sobie schronienie, metrowym mrowiskiem, któremu możemy przyglądać się w nieskończoność, silnym wiatrem, który przywiewa tęsknotę za lataniem. Oprócz blasków mamy oczywiście i cienie – niespełniona miłość, lekcje fortepianu panny Funkel, gdzie straszy także wiekowa pani Funkel, a w drodze do ich domu notorycznie czai się złośliwy terier doktorowej Hartlaub.

W tle ciągle pojawia się pan Sommer: “Nikt nie wiedział, jak pan Sommer ma na imię, Peter, Paul, Heinrich czy Franz-Xaver, ani czy przypadkiem nie jest doktorem Sommerem lub profesorem Sommerem, albo profesorem doktorem Sommerem - znany był jedynie i wyłącznie jako pan Sommer. Nikt nie wiedział też, czy pan Sommer wykonuje jakiś zawód, czy w ogóle jakiś zawód ma lub kiedykolwiek miał.”
Niczym stały element krajobrazu w życiu tych, którzy go „znali”, ale nikt go nie widział inaczej niż w ruchu, nikt nie słyszał od niego słowa. Dlaczego tak chodził? Co go  tak gnało? Przed czym uciekał? Z czasem wtopił się w tło, stał się naturalnym, ruchomym elementem otoczenia. Drogi pana Somerra i narratora przecięły się tylko i aż dwukrotnie, a dla małego chłopca miało to ogromne znaczenie.

Podczas czytania książki przebłyski z dzieciństwa jawiły się mi przed oczyma niczym radosne, pastelowe rysunki Sempego. Kiedyś nie żyłam osaczona techniką, zachwycały mnie najprostsze rzeczy. Droga ze szkoły przez lasek, w którym zawsze można było coś interesującego odkryć, godziny spędzone w ogrodzie obserwując ptaki i mrówki lub ukrywając się w koronach owocowych drzew, gdzie można było zajadać się soczystymi owocami, pomarzyć i uciec przed wzrokiem dorosłych. Tak, retrospekcje narratora byli mi bardzo bliskie.
Prawdziwa historia biegnie gdzieś obok, w tle, niczym tytułowy Sommer, tajemniczy "znajomy" nieznajomy. Tam też czają się prawdziwe pytania i wątpliwości. To taka, mam wrażenie, filozoficzna opowiastka, która ma nas wprowadzić w zadumę nad światem, którego już nie ma, a także uwrażliwić nas na tych, którzy żyją obok nas, w cieniu, niewidoczni, ze swoimi problemami i troskami. Tak modna obecnie "znieczulica społeczna" istnieje już od dawna. Inność wzbudza krótkotrwale zainteresowanie, po czym odchodzi w niepamięć. Jakie to smutne i prawdziwe. 

Końcówka książki nie spina klamrą historii, zostawia wiele miejsca na przemyślenia i odpowiedzi na pytania, które pojawiają się w głowie podczas lektury książki. Ta godzinna opowieść być może nie zachwyciła mnie aż tak, ale jest warta tego, aby w biegu życia zatrzymać się nad nią i pomyśleć. 




Patrick Süskind, Historia pana Sommera, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, Warszawa 2006, s. 110.



Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 



------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Book-Trotter". 



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 30 września 2012

BIBLIOTEKA UTRACONYCH KSIĄŻEK, ALEXANDER PECHMAN


Lekturę „Biblioteki utraconych książek” Alexandra Pechmanna zaczęłam z ogromnymi nadziejami. Temat dla mnie, rasowego książkoholika, niezwykle ekscytujący – książka o książkach których nie ma!

We wstępie autor nazywający siebie Strażnikiem Milczenia pisze:
Wszystkie te książki mają swoje losy i tajemnice, które niezależnie od treści czynią je czymś szczególnym, żywym. Ja, podpodbibliotekarz, strażnik milczenia, postawiłem sobie za cel zebranie ich historii. A te historie, szanowni goście, są punktami orientacyjnymi, które chciałbym państwu gorąco polecić, zanim wybiorą się państwo na własne ekspedycje. To wyspy w nieskończonym morzu książek, mogą je więc państwo wykorzystać jako porty, pozwalające wyruszyć dalej, w zbadane już obszary, albo wybrać bardziej przygodowy kurs wiodący na ryzykowne, niepewne wody.
Taki wstęp wiele mi obiecywał, więc zabrałam się z zapałem do czytania.
Historie o płonących książkach oraz trawionych przez ogień bibliotekach, zaginionych dziennikach, utraconych neseserach i walizkach z rękopisami mogły być niezwykle ciekawymi historiami.  Mogły, ale nie są w wykonaniu Pechmanna. Ten zbiór krótkich esejów napisany jest naprawdę niezbyt ekscytującym językiem. Trudno było mi skoncentrować się na więcej niż dwóch, trzech esejach na raz. Wynajdowałam sobie preteksty, aby co chwilę przerywać lekturę. W końcu zdążyłam przeczytać dwie inne książki, zanim dobrnęłam do końca. A „Biblioteka utraconych książek” ma zaledwie 192 stron z indeksami. Dobrą stroną tej książki było to, ze znalazłam kilka tytułów, które muszę odszukać i bliżej im się przyjrzeć.

Dużo lepiej bawiłam się czytając bardzo amerykańską „Ex libris. Wyznania czytelnika” Anne Fadiman. A do takiej perełki, jaką jest „O bibliotece” Umberto Eco nawet nie chcę przyrównywać.

Nie podobała mi się ta książka i nic na to nie poradzę. Jest jak danie złożone z wyśmienitych składników, ale podane na byle jakim talerzu i w dodatku źle przyprawione. 





Alexander Pechman, Biblioteka utraconych książek/Die Bibliothek der Verlorenen Bucher, przeł. Sława Lisiecka, s. 192, Świat Książek, Warszawa 2009.

Image and video hosting by TinyPic