Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie tylko literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie tylko literatura piękna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2013

DOBRA KREW. W krainie reniferów, bogów i ludzi, Magdalena Skopek

Po książkę Magdaleny Skopek „Dobra krew” sięgnęłam z dwóch powodów. Pierwszy z nich to taki, że w okresie Bożego Narodzenia tęsknię za śniegiem. Na mojej wyspie gdzie mieszkam, rzadko bywa, czasami pojawia się raz do roku jakiś marny puch, który ledwo przykryje ulice, a już powoduje paraliż całej wyspy, zamykane są szkoły, a ze sklepów znikają artykuły pierwszej potrzeby. Nie trwa to długo, bo jedynie jeden - dwa dni, a i tak nie można liczyć na to, że danego roku pojawi się w ogóle. Drugi powód to moje letnie lekturyMariusza Wilka, świat w nich ukazany mnie zaintrygował, w pewien sposób zafascynował, ale oczywiście nie na tyle, abym sama chciała się wybrać w podróż na Syberię, a jeśli już, to tylko książkową. Echo książek Mariusza Wilka zresztą przewija się w „Dobrej krwi”.

Reportaż z podróży Magdaleny Skopek jest dokładnie tym, czego oczekuję od tego typu literatury. Nie lubię, kiedy do tekstu wtrącane są wiadomości encyklopedyczne, do których sama mogę się dogrzebać za pośrednictwem internetu. Bardzo sobie cenię natomiast, kiedy autor pokazuje mi świat dokładnie tak, jaki widzi swoimi oczyma, przefiltrowany przez pryzmat własnych emocji. Autorka jest niebywale odważną podróżniczką, minimum bagażu, niewielka gotówka, a w głowie marzenie, aby spotkać i poznać prawdziwych Nieńców, mieszkających w czumach i pasących renifery. Jak wygląda ich świat? Czy jeszcze nadal można żyć prostym, trudnym, surowym życiem z niewielkim obciążeniem cywilizacji? Okazuje się, że tak, chociaż widać, że i Nieńcy coraz bardziej uciekają z czumów do lżejszego życia w rosyjskich osadach. Tym bardziej cenne jest dla mnie pokazanie życia Nieńców, którzy pewnie już niedługo znikną z powierzchni ziemi.

Magdalena Skopek w swoim dzienniku sporo miejsca poświęca samej przyrodzie, opisom tundry, białych nocy, jezior i rzek skutych lodem, zimnemu wiatrowi, śniegowi, przestrzeni i ich ścisłemu związkowi z życiem Nieńców. Świat ten widziany oczami Autorki nabiera charyzmatycznego piękna, przyciąga coraz bardziej. Wkraczamy zatem coraz chętniej do wznoszonych niemal codziennie na nowo czumów, gdzie poznajemy hierarchię rodzin, ich obyczaje oraz dziwimy się jak limitowane jest życie kobiety. Zresztą słowo „limitowane” chyba nie jest tutaj dobrym słowem, dla nas, ludzi cywilizacji, tak to właśnie wygląda, dla Nienki jest czymś normalnym, porządkiem dnia codziennego, porządkiem życia, życia zgodnego z wierzeniami i zasadami. Dowiadujemy się więc dlaczego i jak można, a jak nie można siadać, przechodzić, czy dotykać pewnych przedmiotów. Autorce zresztą często nieświadomie udawało się dotknąć przedmiotów tabu, jak świętych sań, czy kukiełek przodków. Niezwykle ciekawy jest cały kulinarny aspekt życia Nieńców, gdzie podstawą wyżywienia są ryby i renifery, jedzone zarówno w formie surowej, jak i gotowanej, do ostatniego kawałeczka, aby nic się nie zmarnowało. Wszystko oczywiście okraszone ciekawymi zdjęciami dokumentującymi dzieci umazane w krwi, ale bardzo szczęśliwe. Zresztą wszystkie zdjęcia są bardzo interesujące i świetnie ilustrują tekst, co nie jest tak często spotykane w tego typu publikacjach.

Wspaniale było znaleźć się w czumie wśród Nieńców, daleko od zgiełku cywilizacji i poczytać tak dobry tekst wzbogacony ciekawymi przemyśleniami oraz  urozmaicony cytatami z książek ludzi, którzy byli w tundrze przed laty.




________________
Magdalena Skopek, Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012, s. 375.


———————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Nie tylko literatura piękna.

Image and video hosting by TinyPic

piątek, 25 października 2013

UCIECZKA Z GETTA, Halina Zawadzka


„Ucieczka z getta” Haliny Zawadzkiej, to kolejna przeczytana przeze mnie książka z serii „Żydzi Polscy” Ośrodka Karty. Do tej pory każda lektura wstrząsała mną, zostawiała drzazgę w serca, ale z tą było inaczej. Nie ukrywam, że jest to niezwykle trudna lektura dla Polaków napisana przez Autorkę po pięćdziesięciu latach od tytułowej ucieczki z getta.

Jak pamięta Halina Zawadzka czas wyjścia na aryjską stronę? Boleśnie dla każdego mieszkańca Polski, bo nie znalazła praktycznie żadnej bratniej duszy po tej stronie getta. Z małymi wyjątkami. Często pisze o tym, jak Polacy nienawidzili Żydów i jak mimo całej nienawiści do Hitlera uważali, że powinni być mu wdzięczni za to, że wyczyścił Polskę z Żydów oraz że należy mu się z tej okazji pomnik. Wspominała także nienawiść AK-owców do Żydów, nie tylko w postaci niewybrednych żartów, ale także znanych jej ze słyszenia mordów. Jak sama napisała, czuła się jak biedna, opuszczona Żydówka w okrutnym, chrześcijańskim świecie. Świecie, który nie tylko nie współczuł jej i losowi jej Braci, ale szczerze nienawidził wszystkich Żydów i który był gotów zabić ich lub wydać Niemcom.
Nie ukrywam, że czyta się to wszystko niezwykle przykro, momentami aż trudno uwierzyć, że Halina Zawadzka wspomina dobrze tylko trzy Polki i jednego Polaka. Owe trzy Polki to Halina Słowik oraz jej dwie córki Maria i Olga, które pomagały w ukrywaniu się Hali przez ponad dwa lata i właśnie one, dzięki staraniom Autorki, zostały odznaczone w 1998 roku medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Taki jest punkt widzenia Autorki i stosunek do wydarzeń z okresu okupacji i ma ona oczywiście do niego prawo, jednakże mnie samej trochę raził fakt, że skoncentrowała się tylko na antysemityzmie Polaków sięgając nawet do czasów przedwojennych, bowiem nawet o Niemcach nie napisała tylu gorzkich słów.
Sam zapis owych wydarzeń jest dosyć chłodny, wydaje się pozbawiony emocji, chyba że dotyczą nielubiących Żydów Polaków, bo wtedy emocje aż buzują.
Halina Zawadzka napisała „Ucieczkę z getta” po polsku, w języku, którym myślała i czuła i jak czytamy w przedmowie Zbigniewa Gluzy, „ogłosiła w Polsce: dokonuje tego  k u , a nie p r z e c i w  Polakom” oraz ze „Zależy jej, abyśmy zrozumieli Jej pamięć”. Rozumiem i szanuję, jednakże uważam, że to jedna ze słabszych pozycji serii „Żydzi Polscy”.  


____________
Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, seria "Żydzi Polscy", Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 183.


-----------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, Z literą w tle, Z półki - 2013, Wojna i literatura, To już było, nie tylko literatura piękna.

Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 26 września 2013

OPERACJA "LAWINA". Dzieje przemilczanej zbrodni UB, Maciej T. Nowak


Bezdomni i Podziemni, jak w bajce szli widmowi.
Z niczyjego rozkazu, z własnego wyboru.
Już tylko na te próby męstwa i honoru.
Już tylko, by tych prochów nie oddać wrogowi.
/Marian Hemar “O wielkim bojowniku”/

Operacja „Lawina” była jedną z największych pod względem liczby ofiar prowokacji UB, eksterminacją bez jakiegokolwiek postepowania sądowego. (...) książka jest próbą rekonstrukcji zdarzeń opartą na dostępnych materiałach, zaprotokołowanych zeznaniach i rozmowach z żyjącymi świadkami tamtych wydarzeń. Pokazuje nie tyle historię całego oddziału „Bartka”, co losy poszczególnych osób”.

Książka Macieja T. Nowaka jest bardzo dobrze napisaną i udokumentowaną pozycją. Przystępny i żywy język sprawia, że książkę czyta się w niezwykłym tempie. Ważniejsze jest jednak to, że przybliża historię, która nigdy nie miała wyjść na światło dzienne, historię ludzi z oddziału „Bartka”, którzy zostali zamordowani przez UB i NKWD na Opolszczyźnie we wrześniu 1946 roku. Warto sięgnąć po tą książkę, aby nie zapomnieć i uczcić ich śmierć. 
Grupa kpt. Henryka Flame ps. „Bartek” działała na Podbeskidziu w okolicach Baraniej Góry w ramach VII Okręgu Sląskiego NSZ. Prowadziła ona walkę z radzieckim okupantem, a „Bartek” po wielu udanych akcjach stał się legendarnym dowódcą, do którego przyłączały się różne partyzanckie oddziały i grupy zbrojne. Byli sami, nękami i inwigilowani przez UB, w marnych szałasach i ziemiankach schownaych gdzieś w górach, z problemami zaopatrzenia militarnego i żywnościowego. W czasach największej świetności było ich 350.
Najgłośniejszą akcją „Bartka” było zorganizowanie uroczystej defilady przez Wisłę 3 maja 1946 roku, w Święto Konstytucji. Nie padł ani jeden strzał, MO i UB zabarykadowali się w swoich jednostkach, a wiadomość o tym czynie rozniosla się gromkim echem po Polsce, dotarła do samego Bieruta, którego bardzo rozsierdziła.
Czasy były coraz cięższe, marzyli o dołączeniu do Brygady Świętokrzyskiej pod dowództwem Bohuna, która zdołała przebić się na zachód. Jako że ich teren coraz bardziej się kurczył, być może także i dlatego operacja UB polegająca na wywiezieniu żołnierzy „Bartka” na zachód, była takim wielkim sukcesem.

Po niezliczonych polskich lasach
 błąkają się niedobitki zbrojnych oddziałów,
z orłami na czapkach, z ryngrafami na piersiach,
nie pogodzone z przegraną,
walczące z zaciśniętymi zębami o głodzie i chłodzie,
już tylko dla honoru, dla protestu,
bez nadziei na zwycięstwo, same i opuszczone.
/Stefan Korboński “W imieniu Kremla”/
Ryngraf - zdjęcie własne 


Kurhan na Polanie Śmierci w miejscowości Barut na Opolszczyźnie
zdjęcie własne  
Pytań jest wiele. Wiadomo, że w strukturach NSZ byli agenci UB, także na stanowiskach najwyższego szczebla,  oraz że jednym z głównych mózgów całej operacji był agent UB Henryk Wenderowski, w szeregach NSZ znany jako „Lawina”. To właśnie on namówił „Bartka” na zorganizowanie transportów na zachód. Wiadomo o trzech takich transportach, pierwszy wyjechał około 2 września, a ostatni około 25 września 1946 roku. W sumie było to prawie około 200 osób, dokładna liczba jest nieznana. Ich pierwszy przystanek był na Opolszczyźnie. Jeden z nich w rejonach lotniska w okolicach Starego Grodkowa lub Łambinowic, drugi w małej wsi na pograniczu województw śląskiego i opolskiego – Barucie. Scenariusz był ten sam: suta kolacja zakrapiana alkoholem z dodatkiem środków odurzających, nad ranem bądź wysadzano budynek w którym spali żołnierze, bądź ogłuszano ich granatami, a następnie dobijano tych, którzy przeżyli.
Zastanawiajace jest to, że „Bartek” uwierzył „Lawinie” i zgodził się na organizowanie transportów w nieznane, tymbardziej, że został ostrzeżony przez swojego podwładnego Antoniego Bieguna ps. „Sztubak”, który dowodził jednym z udziałów, że w ich szeregach są agenci UB, wyraźnie też wskazał „Lawinę” jako jednego z nich. „Sztubak” nie zgodził się, aby jego żołnierze brali udział w przerzucie, uratował im tym samym życie.
Do tej pory nie odnaleziono masowych grobów, bowiem akta UB dotyczące „Planu likwidacji B” w tajemniczy sposób zniknęły, a osoby, które pracowały w tym czasie w UB, a z poszlak wynika, że miały związek ze sprawą, milczały bądź odmawiały zeznań, poza nielicznymi, którzy znacznie umniejszali swoją rolę w tej akcji. Zatem historia tej zbrodni sprzed 67 lat pozostaje zagadką. Wszystkie postępowania w tej sprawie zostały umorzone z braku materiału dowodowego. Poszukiwania jednak nie ustają.

Barut- ruiny budynku stodoły- baraniarni
zdjęcie własne 

Barut - Hubertus - resztki drutu kolczastego, który okalał polanę w dniu zbrodni
zdjęcie własne 

Barut - zdjęcie własne 

Barut - grusza na której znaleziono szczątki ręki
zdjęcie własne 

Mała wioska Barut na Opolszczyźnie jest mi doskonale znana, przez pierwszych kilkanaście lat mojego życia mieszkałam w jej sąsiedztwie. O Hubertusie, zwanej Polaną Śmierci dowiedziałam się jednak niedawno. Jeszcze kilkoro świadków tamtych wydarzeń żyje, wielu, którzy odeszli, milczało przez całe życie. Czy przekazali potomnym swą tajemincę? Wydaje mi się niemożliwym to, aby wszyscy zabrali wspomnienie tamtego dnia do grobu. Wielu słyszało wybuch nad ranem (prawdopodobnie) 26 września 1946 roku, wielu znajdowało ludzkie szczątki w okolicznym lesie, fragmenty umundurowania, listów czy zdjęć. Stodoła (baraniarnia) stojąca na polanie została wysadzona w powietrze, a przez kilka dni po tym wydarzeniu w powietrzu unosił się specyficzny zapach palonych zwłok. Świadkowie wspominali, że las był otoczony przez ludzi z pepeszami, niektórzy z nich mówili po rosyjsku. Wspólna akcja UB i NKWD? To tylko przypuszczenia, dowodów w tej sprawie nie ma. Kilka lat po wydarzeniach na Hubertusie, w Barucie znowu pojawili się obcy w rejonie Polany Śmierci, prawdopodobnie likwidowali dowody popełnionego mordu. Fakt jest taki, że w ostatnich latach przekopano prawie każdy centymetr Polany Śmierci, oprócz kurhanu na jej środku, na którym stoi krzyż. Znaleziono odlamki kości i fragmenty czaszek, sprzączki od pasow, łuski od nabojów, a w tym roku fragmenty min przeciwczołgowych. Ludzie mówią, że masowy grob znajduje się na Fesztrowym Polu, którego dzisiaj już nie ma. Na tym miejscu rośnie teraz las. Poszukiwania jednak trwają i ma nadzieję, że nie ustaną.

Barut - kurhan na Polanie Śmierci

Barut - krzyż postawiony przez okolicznych
 mieszkańców w miejscu wysadzonej stodoły (baraniarni)
zdjęcie własne

Dzisiaj mija 67 rocznica wydarzeń w miejscowości Barut. Pamiętajmy o żołnierzach NSZ, na których czekano przez wiele lat w okolicach Żywca, Szczyrku i Węgierskiej Górki.
W najbliższą sobotę, jak co roku w ostatnią sobotę września o godzinie 11.00 odbędzie się msza na Hubertusie w intencji Ojczyzny i poległych żołnierzy. Przybędą rodziny zamordowanych i wszyscy ci, którzy pamiętają.
Nie będzie mnie tam, ale byłam tam latem podczas wizyty w rodzinnych stronach. Stałam ze ściśniętym sercem nie mogąc uwierzyć że, jak to powiedzial mój Ojciec, Polacy uczynili to Polakom. 



___________
Maciej T. Nowak, Operacja "Lawina". Dzieje przemilczanej zbrodni UB, Wydawnictwo NOWIK Sp.j., Opole 2012, s. 171.


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Z półki - 2013, Nie tylko literatura piękna, Z literą w tle, W prezencie.

Image and video hosting by TinyPic

sobota, 31 sierpnia 2013

LOTEM GĘSI, Mariusz Wilk



Gdybym chciała napisać o czym jest „Lotem gęsi” Mariusza Wilka i jak zrozumieć tą książkę, to napisałabym te dwa cytaty:
Wiecie, czym się różni wojażer od włóczęgi? Ano tym, że drogi wojażera zawsze wiodą do jakiegoś celu (...) Natomiast dla włóczęgi sama Droga jest celem. Dlatego wojażer prędzej czy później powraca ze swoich wojaży, a włóczęga wytrwale podąża dalej... (...) Włóczęga bowiem jest  s t a n e m  d u c h a, a nie czynnością – profesją lub hobby – jak wojażowanie”.
Wiecie, czym różni się książka podróżnicza od książki-tropy. Ta pierwsza – według White’a – jest kolekcją wiorst, rodzajem kulturalnej turystyki (trochę historii i trochę kuchni, nieco śmiego i owego), druga jest włóczęgą w pełnym tego słowa znaczeniu. Nigdy bowiem nie wiesz, pisząc, dokąd dotrzesz! Książki-tropy nie mają ani początku, ani końca, są kolejnymi śladami jednej i tej samej tropy, gdzie prolog może okazać się epilogiem, a epilog – prologiem”.
Bo „Lotem gęsi” jest kolejną książką- tropą napisaną przez włóczęgę.
Jak pisze Mariusz Wilk? Sam ujął to idealnie: „-Piszę, droga pani – odrzekłem – jak chodzę, niespiesznie, żeby czytając, można było kontemplować to, co widzę, idąc. To proza nie dla miłośników bystrej jazdy i migotliwych obrazków. Sądzę też, że to kwestia wieku. Z każdym rokiem coraz bardziej czuję jesień. Z każdym krokiem – ich mniej”. Toteż czytałam wolno, zabierając książkę na spacery, siadywałam na plaży, patrzyłam na morze w kierunku Saint-Malo, gdzie spotkał Kennetha White’a na festiwalu Etonnants Voyageurs i myślałam, że kiedyś może dotrę tam w tym czasie, wszak promem ode mnie to tylko dwie godziny.

Gdzie tym razem wiodła tropa Mariusza Wilka? Ciągle na Północ, bo „Północ to nie miejsce, lecz stan umysłu”, a tropa się zmieniała, bo jak stwierdził Wilk, to nie on wydeptuje tropę, tylko tropa jego wydeptuje.
Tym razem oprócz terenów doskonale znanych Autorowi podążymy do kanadyjskiego Labradoru śladami Kennetha White’a, a właściwie zupełnie inną drogą. Mimo że ziemia obca Wilkowi, to i tam znajdzie ludzi Północy podobnych jemu samemu, co znowu spowoduje lawinę przemyśleń. Także na temat zniszczeń, których biały człowiek dokonuje na dziewiczych terenach i w  dziewiczych sercach i umysłach Indian.

Jest oczywiście i Karelia, tym razem spacerujemy po jej stolicy Pierozawodsku. Nie tylko współcześnie, ale i w przeszłości, która była sfalsyfikowana, śledzimy więc drogę, która prowadzi do odprostowania jej przeszłości.

I ostatnia tropa. Najważniejsza. Martusza. „Przez ten rok nauczyła mnie wiele. Przede wszystkim tego, że czas można łuskać jak fasole, przebierając w palcach każdą chwilę i wyłuskując z nich ziarna wieczności. Że zarówno czas, jak i przestrzeń mają różne wymiary, które niestety przestajemy dostrzegać z biegiem lat, ale wystarczy wychynąć z siebie, żeby ponownie je odnaleźć. I że życie może być wspaniałym tańcem, jeśli się odczuwa wspólny rytm krwi”.

Lubię książki Mariusza Wilka. Czasami mam wrażenie, że to nie ja czytam jego książki, tylko one czytają mnie. Nie inaczej było z „Lotem gęsi”. Piękne, rytmiczne pisanie, smakowity język. Sięgałam po tą książkę i ją odkładałam, czasami miałam wrażenie, że sama mnie szukała. To książka, gdzie po lekturze akapitu mogłam się zamyślić na długą chwilę, na pół dnia. To pisanie trzeba poczuć, a polubienie przychodzi już samo.



_____________
Mariusz Wilk, Lotem gęsi, Noir Sur Blanc, Warszawa 2012, s. 210.


-------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Nie tylko literatura piękna, Z półki - 2013, Z literą w tle, Rosja w literaturze. 

Image and video hosting by TinyPic