„Przedostatnie marzenie” Angeli Bacerry
polecało mi kilka osób, jako niezapomniana, niezwykła, jedyna w swoim rodzaju książka,
zapewniano o głębokich wzruszeniach i
stertach zużytych chusteczek podczas lektury. Jakież było moje
zdziwienie, kiedy na pierwszej stronie uśmiercono
mi parę staruszków! Właściwie nie uśmiercono, bo oni sami popełnili samobójstwo,
w dodatku ubrani jak para nowożeńców – on w białym garniturze, ona w białej
sukni i długim na kilka metrów welonie. To wbrew pozorom nie kryminał, ale gorący,
południowoamerykański romans, w którym dzieci zakochanych staruszków- Joana
Dolguta i Soledad Urdanety - będą odkrywać, kawałek po kawałeczku, historię z
lat trzydziestych i późniejszych zeszłego stulecia, pogrzebaną głęboko w
sercach ich rodziców.
Aurora Villamari oraz Andreu Dolgut dowiedzą się
nie tylko tego, kim byli ich rodzice i co ich łączyło, ale także odkryją prawdę
o sobie i swoje zagubione „ja”.
Oczywiście na drodze takiego uczucia musi stanąć
przeszkoda nie do pokonania, a wszystko musi być utopione w morzu łez. Jakkolwiek
brzmi wszystko to, co do tej pory o tej książce napisałam, to faktem jest, że pochodząca
z Kolumbii Angela Becerra potrafiła dotrzeć do serc romantycznych czytelników, którzy
marzą o gorącej miłości na całe życie. Nie tylko ta książka zdobyła liczne
nagrody, ale praktycznie każda powieść tej autorki zdobyła jakiś laur , a
ostatnia “Ella, que todo lo tuvo” z
2009 roku otrzymała latynoskiego
odpowiednika Nagrody Bookera - Premio
Iberoamericano Planeta-Casa de América de Narrativa. Nie można
negować tego, że Latynosi wyjątkowo ukochali książki Angeli Bacerry, a czy trafiają
one też do naszej słowiańskiej duszy, w tym mojej – to już inna sprawa.
Nie czytam teraz romansów zbyt często, czas kiedyś
nimi się zaczytywałam, już dawno minął, ale nadal mi się zdarza i nadal lubię. „Przedostatnie
marzenie” dostarczyło mi różnych, ambiwalentnych wrażeń. Odkrywając historię
Solidad i Joana, wyprzedzałam o krok tropiących ich Aurorę i Andreu, którym gorąco
kibicowałam podczas poszukiwań prawdy o swoich rodzicach. Tak gdzieś do połowy
książki. Ta ogromna historia miłosna momentami mnie wzruszała, więc początkowo
z niecierpliwością przewracałam kartki, aby dowiedzieć się, jak się sprawy
potoczą. Po drodze jednak mój zapał osłabł, bo powieść ciągnęła się jak serial
wenezuelski, co rusz jakieś nowe wątki, kilka scen erotycznych, które zamiast
pobudzać wyobraźnię, raczej powodowały chichot i w pewnym stopniu niesmak. Im
dalej, tym gorzej, i z ładnej, miłosnej historii robi się sztampowe czytadło, które
można postawić na półce z harlequinami. Kiedy już dotarłam do tej prawie pięćsetnej
strony, to poczułam ogromny zawód, że cała historia nie skończyła się jakieś dwieście
stron wcześniej, kiedy jeszcze mogło być ładnie i magicznie. Zamiast tego autorka wprowadziła
kilka niemożliwych, nielogicznych sytuacji, momentami wręcz tak fantastycznych, że czytałam z coraz większym zażenowaniem, niczym jakąś bajkę dla romantycznych gimnazjalistek. Powieść skończyłam z uczuciem
ogromnego zawodu, bo książka, która zapowiadała sie nieźle, skończyła się
byle jako. Jak tanie romansidło.
_____________
Angela Becerra, Przedostatnie marzenie, przeł. Elżbieta Kobusińska, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 496.
Pierwsze zdanie: Leżeli na podłodze spleceni w majestatycznym, zastygłym uścisku, ubrani od stóp do głów w nowiutkie, śnieżnobiałe stroje nowożeńców, a uśmiech na ich twarzach był nieomylnym znakiem łączącej ich miłości.
Ostatnie zdanie: Karteczki uniosły się... górowały nad nimi... szybowały... coraz wyżej...
- Spełni się - powiedział.
------------------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Z literą w tle, Z półki - 2013, Literacka Ameryka Południowa.
