Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytamy serie wydawnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytamy serie wydawnicze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

ZRÓB SOBIE RAJ, Mariusz Szczygieł


Mariusz Szczygieł w jednym ze swoich wywiadów powiedział:
Zawsze powtarzam, że każdy spotyka takiego Czecha, na jakiego sobie zasłużył”.
Czytając „Zrób sobie raj” odnosi się nieodparte wrażenie, że Mariusz Szczygieł z pewnością sobie zasłużył.

Zamiast wstępu napisał:
Marzyła mi się książka o moim ulubionym kraju bez napinania się. Żeby nie musiała odzwierciedlać, obiektywizować, syntezować.
            Jestem niechlujnym czechofilem, ta książka nie jest kompetentnym przewodnikiem ani po kulturze czeskiej, ani po Czechach.
            Nie jest obiektywna.
            Nie rości sobie pretensji do niczego.
(...)
            Mówiąc w skrócie – jest to książka o sympatii przedstawiciela jednego kraju do innego kraju”.

Napisał szczerze, bo ta książka jest dokładnie taka: bez napinania się, nieobiektywna, o tym, co interesuje Autora w jego ulubionym kraju. Co nie oznacza oczywiście, że wszystko to interesuje właśnie mnie, ale takiego ryzyka należało się spodziewać.
Szczygieł pisze dobrze. Jego opowieści Czechach mają jakąś melodię, rytm, a jednocześnie są oszczędne w słowach. Mistrzostwem są te najkrótsze. Skondensowane rozdziały, które też posiadają największą siłę rażenia. Minimum słów, maksimum efektu. Powoli odsłania przed nami migawki ze współczesnych Czech i snuje opowieści o ich mieszkańcach, o tym, co wydało mu się zafascynowało, czy zastanowiło. Pisze o ich kulturze i wielkich niepokornych jej przedstawicielach. Dużą część książki zajmuje opowieść o Czechach ateistach, szczególnie rozdział „Jak się Państwu żyje bez Boga” jest warty uwagi. Życie z dala od religii, u Czechów wcale nie znaczy, że nie kierują się żadnymi zasadami w życiu, mają swoje poczucie przyzwoitości, nie są nieetyczni, ale nie potrzebują jednostki nadrzędnej, która czuwa nad ich moralami. Jednakże historia weterynarza, któremu zadano chyba najtrudniejsze pytanie na świecie, a mianowicie, jak należy się przeżegnać po czesku - nas Polaków szokuje. Ba! Nie tylko on nie wiedział, ale pani w poczekalni również, podobnie jak jej koleżanka, do której zadzwoniła...
Nie, nie znajdzie się tam żadnych ocen Czech i Czechów, Autor jedynie pokazuje nam to, co zafrapowało go w tamtym kraju, nad czym warto się zastanowić.

Dlaczego Mariusz Szczygieł opowiada nam w taki, a nie innym sposób? Chyba po to, abyśmy mogli przejrzeć się w jego opowieściach. Zastanowić się, jaka jestem ja, moja rodzina, sąsiedzi. Co my byśmy powiedzieli, zrobili w danej sytuacji. Przecież tam gdzie u Polaka jest najwięcej patosu, u Czecha zauważymy najwięcej humoru, kpiny, sarkazmu. Oni potrafią śmiać się z siebie, z własnych przywar (które od razu zamieniają w zelety), z życiowego nieudactwa, ale i z własnej historii. Zupełnie inni są nasi sąsiedzi zza miedzy, a co mnie najbardziej się w nich podoba, to ten ogromny dystans do siebie. Jednakże nie tylko w tym przypadku tam, gdzie oni mają za dużo, my mamy zdecydowanie za mało. Najbardziej nam brakuje tej słynnej, czeskiej „pahody”.

Dobra, interesująca lektura.


____________
Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wydawnictwo Czarne, seria Sulina, Wołowiec 2011, s. 290.



————————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze



Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 22 kwietnia 2014

OJCIEC, Miljenko Jergović

Trudno jest oceniać książkę, która zawiera tak intymne wyzwania jak „Ojciec” Miljenki Jergovića. Można ją po prostu smakować, cieszyć się pięknym językiem i czuć się dopuszczonym do tajemnic i skrytych myśli, które Autor  zdecydował się odkryć przed nami. W „Ojcu”, który jest esejem pożegnalnym ojca, zawarł kawałek swojego prywatnego, bałkańskiego kotła.
To jednak więcej niż pożegnanie, to jakby rozrachunek z historii życia rodziny Jergovićia i jego własnego. To zajrzenie w głąb siebie i przelanie na papier wszystkich myśli, które kłębiły się w nim, a znalazły ujście dopiero w momencie kiedy napisał „Umarł mi ojciec”. To także życiorys ojca, którego Autor nie widział przez trzydzieści lat.

Nie jest to uporządkowana opowieść, chociaż opowiada o czasach od drugiej wojny światowej do śmierci ojca, ale luźny zbiór wspomnień, przemyśleń, anegdot, rodzinnych historii. Wszystko zaś jest wplecione, jak to zwykle bywa u Jarowićia w historię państwa, którego już nie ma na mapie Europy. A czyni to w sposób niezwykle inteligentny, momentami zabawny, posługując się wieloma aluzjami, które czasami mnie, polskiemu czytelnikowi, jest trudniej wyłapać, chociaż podszkoliłam się już z historii byłej Jugosławii pryz okazji lektury „Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki”. Niektóre obrazy z Jugosławii są niezwykle ostre, jak brzytwa, jak chociażby te z czasów głębokiego socjalizmu, inne starają sie nam przybliżyć zawiłość niuansów, jak chociażby tego, dlaczego aby dostać chorwacki dowód tożsamości i udowodnić, że jest się Chorwatem, trzeba być ochrzczonym.

Opowiadając nam o swoim ojcu Dobroslavie Miljenko Jergović opowiada nam także o sobie, o dziecku ojca, który miał niechlubną partyzancką przeszłość, za którą starał się całym życiem przeprosić pracując jako hematoonkolog i ratując życia wielu osób chorób na białaczkę, to także historia dziecka rodziców rozwiedzionych, wnuku dwulicowej Stefaniji, a także dziecka porzuconego na rzecz nowej żony. I dorosłym człowieku, który stara się tą wiedzę o swojej rodzinie i swoim ojcu poukładać i określić samego siebie.

Wymagająca lektura, ale niezwykle piękna, co jest dużą zasługą tłumaczki, pani Magdaleny Petryńskiej. Warto po nią sięgnąć, szczególnie jeśli kogoś zachwyciła wcześniej „Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki...” tak jak mnie.



_________________
Miljenko Jergović, Ojciec,  przeł. Magdalena Petryńska, seira wzdawnicza Sulina, Wydawnictwo Czarne, 2012, s. 208.



———————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze



Image and video hosting by TinyPic

środa, 16 kwietnia 2014

CZARNOBYL, Francesco M. Cataluccio

Trudno zdecydować, co tak naprawdę natchnęło Francesco Cataluccio do opowieści o Czarnobylu. Czy była to mapa znaleziona w antykwariacie, czy pobyt w Warszawie podczas wybuchu reaktora w Czarnobylu i w związku z tym bezpośrednia bliskość wydarzeń. Po wielu latach Autor wybiera się z wycieczką do tego opuszczonego miasta, aby nam o nim opowiedzieć. Radioaktywny Disneyland czy miasto opuszczone przez boga, miejsce niemal apokaliptyczne, przeklęte na wieki?
Sposób w jaki Cataluccio patrzy na to miejsce intryguje,  mimo tematyki przyjemnie brnie się przez opowieść o opuszczonych domach, zdziczałych ogródkach, ludziach czmychających przed obcymi, czujnikach radioaktywnych. Mrożą krew w żyłach opowieści ludzi z tamtych stron, o tamtym dniu, o kolorach, o braku zapachu, o konsekwencjach w postaci mutacji genów i niejednokrotnie śmierci. Jednakże Cataluccio – filozof oraz filolog polski - nie ogranicza się tylko do opowieści o najsłynniejszej tragedii elektrowni jądrowej. W historycznym eseju kreśli nam krwawy zarys dziejów Czarnobyla, ze szczególnym naciskiem na akcent polsko-ukraińsko-rosyjski, jak również, a może przede wszystkim, bo poświęca mu najwięcej miejsca, i żydowski. Bowiem mało kto wie, że właśnie Czarnobyl był ważnym ośrodkiem chasydyzmu, jak również miejscem z którego wywodziła się słynna rodzina cadyków. Cały jeden esej poświęcony jest także dziełom literackim, które traktują lub odnoszą się do tego skrawka ziemi.

W tej malej książeczce, stosunkowo zwięzłej, mamy szeroko zakrojony obraz Czarnobyla. Czarnobyla jakiego nie znamy lub o jakim już rzadko pamiętamy. Niektóre teksty są naprawdę świetne, inne nie zachwycają aż tak bardzo, ze szczególnym wskazaniem na ten, w którym pisze o fatalizmie tego miejsca, odwołując sie do Apokalipsy i doszukuje się magicznych powiązań.

Czy znalazłam w tej książce to, czego szukałam? I tak i nie. Pamiętam dni po wybuchu reaktora. Pamiętam dwa tęczowe okręgi wokół słońca, którym się przypatrywałam ze wszystkimi innymi dziećmi stojąc na boisku szkolnym. Wszyscy je podziwialiśmy nie wiedząc, że był wybuch, że powinniśmy raczej siedzieć w tym czasie w domu. Pamiętam picie jodu i przyjmowanie witamin, natomiast z pewnością moja rodzina nie wypłukiwała z siebie skutków napromieniowania alkoholem, tak jak to czynił Autor i jego znajomi. Moja ciekawość o życiu w Czarnobylu, bezpośrednio po wybuchu i wiele lat później, została więc zaspokojona, chociaż spodziewałam się więcej relacji świadków i opowieści o tym miejscu. Rys historyczny zadowolił mnie, za to mnogość odniesień do historii Żydów na tych ziemiach nieco przytłoczyła.

Ciekawe eseje i relacje z podróży do miejsca, którego nazwę można przetłumaczyć jako „czarna łodyga”, Ich przeczytanie zajmuje niewiele czasu, więc warto poświęcić im chwilę i przypomnieć sobie czy dowiedzieć się, że Czarnobyl to nie tylko wybuch reaktora, to ziemie, które od wieków spływały ludzką krwią, aż zostały wyludnione. Na zawsze.


______________
Francesco M. Cataluccio, Czarnobyl, Seria Sulima, przeł. Paweł Bravo, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 147.


———————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze


Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 15 kwietnia 2014

SPOWIEDŹ, Calek Perechodnik

„Spowiedź” Calka Perechodnika to książka o najmocniejszym przekazie z całej serii „Żydzi Polscy” wydanej przez Ośrodek KARTA. Takiej książki nie można oceniać ani gwiazdkami, ani w kategorii podoba się lub nie. Zawarte w niej świadectwo Calka Perechodnika, polskiego Żyda, który w czasie wojny pełnił rolę żydowskiego policjanta w otwockim getcie, powala na kolana swą szczerością i zawartymi w niej okrutnymi opisami. Wersja z 2011 roku jest pełną, wierną wersją dziennika, wcześniejsze wydania były częściowe lub ze zmianami. Czytamy słowa, które zostały napisane już po aryjskiej stronie od maja do października 1943 roku.

„Spowiedź” zadedykowana jest sadyzmowi niemieckiemu, podłości polskiej i tchórzostwu żydowskiemu, a właściwie jest  wyznaniem wszystkich przewinień i grzechów, skierowanym do żony Calka Perechodnika. Anna Nusfeld, z którą Perechodnik ożenił się w 1938 roku, była jego największą i jedyną miłością. Sam przyznał, że jego rodzina była bardzo chłodna emocjonalnie, zaspakajała potrzeby materialne, ale nie uczuciowe. To z Anną odnalazł miłość, ona też w 1940 roku urodziła mu córkę Athalie, śliczną blondynkę o niebieskich oczach. 19 sierpnia 1942 roku podczas wywózki Żydów z Otwocka, Perechodnik wyciągnął swoją żonę z córką z bunkra i umieścił ja na Umschlagplatzu wierząc w zapewnienia Niemców, że żony i dzieci policjantów żydowskich są bezpieczne. Wcześniej przewidywał wywózkę, ale nie postarał się dla żony o Kenkartę, mimo jej próśb. Nie udało mu się też umieścić córki po aryjskiej stronie. Z obydwoma sprawami dosyć zwlekał. Niemcy nie dotrzymali obietnicy danej żydowskiej policji. Żona i córka Perechodnika znalazła się wśród ludzi czekających na wywóz, jak się później okazało- wprost do Treblinki. "Czy tę winę odkupię kiedyś, o Boże?" - pyta.

Zdjęcie Żydów z Otwocka czekających na wywózkę do Treblinki. Wśród nich z pewnością jest żona i córka Perechodnika - źródło

Czy Calek Perechodnik jest mordercą? Takie pytanie zadaje sobie i on i my. Nie zwalnia siebie z odpowiedzialności za śmierć swoich najbliższych. Swoje dzienniki taktuje jak drugie dziecko – pogrobowca, które mają mu pomóc w odkupieniu win, odkupieniu śmierci żony i córeczki. Po wojnie, ma nadzieję, zostaną wydane, a imiona jego ukochanych żony i córki poznają miliony. Tak się zresztą stało, chociaż wiele lat po wojnie. Rękopis złożony w ręce adwokatowi Władysławowi Błażewskiemu zostaje przekazany jego bratu Pejsachowi, jednakże mimo praw do wydania, jak już wspomniałam wcześniej, oryginalna i pełna wersja zostaje wydana dopiero w 2011 roku.

Calek Perechodnik - źródło
Sama książka to nie tylko osobiste wspomnienia, to także ukazanie, oprócz najbardziej krwawych bestialstw Niemców, także podłości Polaków. Perechodnik jednak unika otwartej krytyki społeczeństwa polskiego, koncentruje się raczej na jednostkach: “więcej nie będę mówić już o Polakach i o ich stosunku wobec Żydów, ale będę pisać o panach X, Y, Z itd. Do każdego dobrego uczynku dodam nazwisko człowieka; opowiadając o każdym podłym uczynku - również wymienię nazwisk”. Chociaż nie raz przedstawia myślenie Polaków, którzy często tłumaczą się ze swoich czynów, że to nie oni, że Niemcy lub też że są tylko spadkobiercami mienia im przekazanego, a wcale go nie rabują. Perechodnik pokazuje więc palcem na wielu Polaków wymieniając ich z imienia i nazwiska i opisujac zło, które popełnili i krzywdy, które wyrządzili Żydom.
Bez wątpienia jest to dla niego sprawa bolesna, pisze “26 lat żyłem między Polakami i dopiero w ostatnim roku poznałem ich prawdziwe oblicze, a w międzyczasie przejąłem się kulturą i literaturą polską, polubiłem Polskę, uważając ją za swą ojczyznę; cóż robić? Zdarzają się takie omyłki w życiu”. Mimo umiłowania Polski, jej historii, poezji, sama Polska nigdy mu się tym samym nie odwdzięczyła, czego doświadczał nie tylko podczas okupacji, ale także przed wojną. Nie mógł studiować na polskim uniersytecie, nie przyjęto go do wojska, a kiedy wrócił z Francji z tytułem agronoma, nie mógł zająć żadnej ważnej posady ze względu na swoje żydowkie pochodzenie.
Dla równowagi pisze także o tych dobrych Polakach, gdzie szczególne miejsce zajmuje Magister.

Perechodnik oskarża również Żydów o ich bierność, poddanie się woli Niemców, brak chęci jakiekolwiek walki, krótkowzroczność i nieratowanie siebie i swoich rodzin. Wiele takich przypadków „tchórzostwa żydowskiego” opisuje w swoich dziennikach.

„Spowiedź” to książka, która otwiera oczy na wiele różnych aspektów relacji niemiecko-żydowsko-polskich i to w sposób często brutalny. Zmienia myślenie o tamtych czasach i o tym co, jak i dlaczego się stało. Wstrząsa i oburza swoją cyniczną szczerością.

Calek Perechodnik walczył w Powstaniu Warszawskim w szeregach AK, w październiku 1944 roku spisał swój testament i przekazał go oraz swoje dzienniki adwokatowi Błażewskiemu. Później zginął na tyfus bądź z rąk szabrowników. Wiadomo, że pisał jeszcze drugą część dziennika, ale zaginęła ona w piwnicach budynku podczas powstania i nigdy jej nie odnaleziono.



_______________
Calek Perechodnik, Spowiedź, oprac. Dawid Engel, Ośrodek KARTA, Warszawa 2011, s. 344.


——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, To już było, Wojna i literatura.



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 13 kwietnia 2014

DOTKNIĘCIE ANIOŁA, Henryk Schönker

Niezwykle mądra, bardzo poukładana logicznie książka o Holocauście, oparta na wspomnieniach własnych oraz ojca Henryka Schönkera. Piękna książka, która chwyciła mnie za serce i na zawsze w nim zamieszkała. Henryk Schönker nosił te wszystkie historie w sercu przez 60 lat, zanim zdecydował się opisać to, co przeżył w dzieciństwie. Oczami dziecka, które w momencie wybuchu wojny miało tylko osiem lat,  opisuje ucieczkę przed śmiercią, której oddech towarzyszył mu podczas każdego kroku. Oświęcim, Krąków, Wieliczka, Tarnów, Bochnia, obóz Bergen-Belsen. To kolejne przystanki podczas owej ucieczki. Odtworzona została atmosfera dziecięcego świata oraz odczucia chłopca, któremu przyszło żyć w tak tragicznych dla niego czasach. Ta niezwykła wrażliwość, sposób widzenia i nieskończona wyobraźnia, bo przecież słońce nadal świeciło, dzieci się bawiły i tworzyły swój własny świat, nawet jeśli wokół była wojna i kipiała nienawiść skierowana przeciwko Żydom. Na jej kartach zawsze zostaną żywi przyjaciele małego Heńka - Jankiel, Adam- Bocian, Staszek, kuzynki, które robiły prześliczne lalki ze szmatek oraz kuzyni Ignaś i Arie, a także pierwsza, wielka miłość – Nina Armer. Wtedy młodzieńcze serce także było rozbuchane ogromnym uczuciem, a głowa myślała tylko tym, jak skraść kolejny pocałunek. Nikt  z nich nie przeżył poza upośledzonym Bocianem. Z całej dużej rodzinny Schönkerów uratował się tylko Heniek z siostrą Lusią oraz rodzicami.
Henryk Schönker - źródło
Toteż zdjęcia zebrane na końcu książki szczególnie mnie wzruszały. Zdjęcia rodziny, ludzi, którzy nie przeżyli, bo nie mieli takiego szczęścia i opieki anioła, jak rodzina Schönkerów. W tamtych czasach nie było jednej, uniwersalnej recepty na przeżycie, bo nic nie dawały ani pieniądze, ani koneksje, ani pozycja.  Jest takie zdjęcie dzieci z Wieliczki podczas przedstawienia w marcu 1942. Jest tam i mały Henryk, a za nim Nina oraz wiele innych dziecięcych postaci, dzięki tej książce wspomnienie o nich będzie wieczne.
Zresztą nie tylko o dziecięcych przyjaźniach pisze Autor. Wspomina przyjaźń z wielkim niemieckim aktorem pochodzenia żydowskiego – Johnem Gottowtem czy z rzeźbiarzem Hochmanem.

Nie mogę nie wspomnieć o jednej wybitnej postaci tej książki, a mianowicie o ojcu Autora – Józefie Schönkerze – szlachetnym, odważnym, wybitnym człowieku, wspaniałym malarzu portreciście. To człowiek, który wierząc swojemu instynktowi, nie tylko uratował swoją rodzinę, ale także wielu innych. Załatwial sprawy teoretycznie niezałatwialne, przeciwstawiał się uciskowi, chronił udręczonych.
To dzięki jego wspomnieniom w książce przedstawione sa informacje na temat Biura Emigracyjnego w Oświęcimiu, które było założone przez ojca Autora na rozkaz Eichmanna. Wcześniej takie biuro zostało utworzone w Krakowie, a później zamknięte. Józef Schönker pojechał do Berlina z delegacją ze Śląska, gdzie dyskutowano nad tym, gdzie można byłoby wywieźć Żydów, czy uda się znaleźć takie miejsce na świecie. Wysłano również mnóstwo listów na cały świat, ale takiego miejsca nie znaleziono, nikt nie chciał przyjąć Żydów. Toteż Niemcy, którzy chcieli oczyścić swoje tereny z ludności narodowości żydowskiej, w miejscu, które miało być miejscem wyzwolenia Żydów, zrobili miejsce ich zagłady. Można wtedy było uratować wiele setek tysięcy Żydów, ale świat milczał, a nawet blokował porty przed statkami z nielegalnymi uciekinierami. Milczał wtedy i przez wiele lat potem, zaś ta historia przez wiele lat nie była poparta żadnym dowodem, aż do znalezienia dokumentów w Jerozolimie, które świadczyły, że powstanie Biura Emigracyjnego faktycznie miało miejsce, ale nie udało mu się zorganizować żadnego wyjazdu.

"Pocałunek anioła" Henryk Schonker - źródło
„Dotknięcie anioła” jest także swoistym podziękowaniem dla osób, które pomogły rodzinie Schönker podczas ich wojennej tułaczki. W Wieliczce zjawił się Polak, który uratował im życie zupełnie bezinteresownie, całą noc prowadził ich przez las do maleńkiej stacyjki, skąd mogli uciec. Po wojnie rodzina Schönker szukała tego Polaka, którego uznawali za anioła, ale nigdy go nie odnaleziono. W książce Henryk Schönker ogłosił jego bohaterstwo, aby mu podziękować za ten czyn, dzięki któremu żyje jego rodzina.

Autor obecnie żyje w Izraelu, maluje obrazy, których tematyką jest Holocaust. Ostatnio zaangażował się również w prace nad filmem opartym na książce „Dotknięcie anioła. Mam nadzieję, że w już w najbliższych miesiącach ukaże się na ekranach kin. Premiera ma się odbyć w Oświęcimskim Centrum Kultury. Nie ma lepszego miejsca dla premiery takiego filmu.



______________
Henryk Schönker, Dotknięcie anioła, sieria Żydzi Polscy, Ośrodek KARTA, Warszawa 2011, s. 344.



————————————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, To już było, Wojna i literatura.
Image and video hosting by TinyPic

piątek, 25 października 2013

UCIECZKA Z GETTA, Halina Zawadzka


„Ucieczka z getta” Haliny Zawadzkiej, to kolejna przeczytana przeze mnie książka z serii „Żydzi Polscy” Ośrodka Karty. Do tej pory każda lektura wstrząsała mną, zostawiała drzazgę w serca, ale z tą było inaczej. Nie ukrywam, że jest to niezwykle trudna lektura dla Polaków napisana przez Autorkę po pięćdziesięciu latach od tytułowej ucieczki z getta.

Jak pamięta Halina Zawadzka czas wyjścia na aryjską stronę? Boleśnie dla każdego mieszkańca Polski, bo nie znalazła praktycznie żadnej bratniej duszy po tej stronie getta. Z małymi wyjątkami. Często pisze o tym, jak Polacy nienawidzili Żydów i jak mimo całej nienawiści do Hitlera uważali, że powinni być mu wdzięczni za to, że wyczyścił Polskę z Żydów oraz że należy mu się z tej okazji pomnik. Wspominała także nienawiść AK-owców do Żydów, nie tylko w postaci niewybrednych żartów, ale także znanych jej ze słyszenia mordów. Jak sama napisała, czuła się jak biedna, opuszczona Żydówka w okrutnym, chrześcijańskim świecie. Świecie, który nie tylko nie współczuł jej i losowi jej Braci, ale szczerze nienawidził wszystkich Żydów i który był gotów zabić ich lub wydać Niemcom.
Nie ukrywam, że czyta się to wszystko niezwykle przykro, momentami aż trudno uwierzyć, że Halina Zawadzka wspomina dobrze tylko trzy Polki i jednego Polaka. Owe trzy Polki to Halina Słowik oraz jej dwie córki Maria i Olga, które pomagały w ukrywaniu się Hali przez ponad dwa lata i właśnie one, dzięki staraniom Autorki, zostały odznaczone w 1998 roku medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Taki jest punkt widzenia Autorki i stosunek do wydarzeń z okresu okupacji i ma ona oczywiście do niego prawo, jednakże mnie samej trochę raził fakt, że skoncentrowała się tylko na antysemityzmie Polaków sięgając nawet do czasów przedwojennych, bowiem nawet o Niemcach nie napisała tylu gorzkich słów.
Sam zapis owych wydarzeń jest dosyć chłodny, wydaje się pozbawiony emocji, chyba że dotyczą nielubiących Żydów Polaków, bo wtedy emocje aż buzują.
Halina Zawadzka napisała „Ucieczkę z getta” po polsku, w języku, którym myślała i czuła i jak czytamy w przedmowie Zbigniewa Gluzy, „ogłosiła w Polsce: dokonuje tego  k u , a nie p r z e c i w  Polakom” oraz ze „Zależy jej, abyśmy zrozumieli Jej pamięć”. Rozumiem i szanuję, jednakże uważam, że to jedna ze słabszych pozycji serii „Żydzi Polscy”.  


____________
Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, seria "Żydzi Polscy", Ośrodek Karta, Warszawa 2011, s. 183.


-----------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze, Z literą w tle, Z półki - 2013, Wojna i literatura, To już było, nie tylko literatura piękna.

Image and video hosting by TinyPic