Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W prezencie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W prezencie. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

TRISMUS, Stanisław Grochowiak


Książka „Trismus” Stanisława Grochowiaka z pewnością szokowała w czasie, kiedy została po raz pierwszy wydana, czyli w 1962 roku. Pięćdziesiąt lat później nie ma już, przynajmniej dla mnie, takiego mocnego przekazu, być może dlatego, że teraz wiemy już więcej i od dawna. „Trismus” jednak ciągle uderza, rani i budzi niedowierzenie, dobitnie pokazując, jak silna była hitlerowska ideologia i co potrafiła zrobić z mózgiem, inteligentnego przecież, człowieka.

Wiele jest symboli ukrytych w książce, od samego tytułu począwszy (trismus znaczy szczękościsk), po nazwę miejscowości (Glückauf). Sama zaś „Trismus” traktuje o architekcie, koneserze sztuki i piękna, a jednocześnie oficera SS, który z czasem zostaje komendantem obozu pracy. Stanisław Grochowiak wnikliwie analizuje psychikę człowieka, który żył nazistowską ideologią, uznając ją za jedyną słuszną i prawdziwą, który poddaje się bez szemrania nakazom Lebensbornu, znajdując sobie żonę według niego idealną, nie tylko o odpowiednim aryjskim wyglądzie, ale także o odpowiednich przekonaniach. Nie jest więc bezmyślnym sadystą, jest człowiekiem, który stara się wykonywać swe obowiązki z niemiecką pedanterią, wierząc jednocześnie w swoje racje. Parafrazując słowa Mussoliniego, dla głównego bohatera faszyzm był religią.
Ów esesman pisze Tagebuch, który zawiera również listy, urzędowe dokumenty, zapiski zwykłych dni, ale także opowiada o poszczególnych więźniach obozu i życiu obozowym w ogóle. Po zawarciu małżeństwa z Nelly Dodder, ona także dołącza w nim swoje zapiski, odkrywając drugą twarz fanatyka i szczegóły z małżeńskiej alkowy i życia rodzinnego. Forma książki wprowadza złudzenie, że czytamy nie fikcję literacką, a dokument, a autorem książki jest nie Polak, a Niemiec.


W postaci Nelly jest wiele z Ruth z „Niemców” Leona Kruczkowskiego, a finałowa scena bardzo przypomina tą, z napisanej wiele lat później, chociaż kompletnie nie rozumiem dlaczego sławniejszej książki, „Chłopiec w pasiastej piżamie”  Johna Boyne’a. Pewnie też to zadecydowało, że tą dobrą książkę nie uznałam za wybitną. Warto jednak przeczytać, bowiem “Trismus”, jeśli obedrzeć go z niemieckiej rzeczywistości czasów II wojny światowej i przenieść do każdego innego, ogarniętego wojną, kraju – ma wymowę uniwersalną.


____________
Stanisław Grochowiak, Trismus, Książka i Wiedza, 1988, s. 171.




——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Wojna i literatura, To już było, Z półki - 2013.
Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 10 grudnia 2013

ZDOBYWAM ZAMEK, Dodie Smith

O książce Dodie Smith „I Capture the Castle” opowiadały mi wielokrotnie moje koleżanki z pracy, nazywając ją książką ich młodości i ukochaną powieścią. Toteż kiedy przeczytałam w „Mieście książek”, że po ponad siedemdziesięciu latach ukazał się wreszcie polski przekład, pospiesznie książkę kupiłam i zaczęłam czytać. Wyobrażałam sobie, że to jest dokładnie taki tytuł, jakiego mi teraz potrzeba, czarujący, nieco lukrowany, mający w sobie ten urok, który dla mnie mają na przykład książki Lucy Maud Montgomery z „Błękitnym zamkiem”, wspomnianym na okładce, na czele.
Szybko okazało się, że „Zdobywam zamek” nie ma dla mnie tej magii, co książki Montgomery, a z „Błękitnym zamkiem”, moją powieścią młodości, ma wspólny tylko tytuł.

„Zdobywam zamek” to historia spisana piórem Cassandry , która traktuje swój dziennik jako swoiste ćwiczenie w drodze do kariery pisarki. Romantyczna, niezwykle wrażliwa, doskonała nastoletnia obserwatorka, próbuje uchwycić chwile z życia swojej nietuzinkowej rodziny. Rodziny, która wynajmuje zachwycający zamek, położony w odludnej, przepięknej okolicy, jednocześnie zaś klepie biedę. Ojciec jest twórcą jednej genialnej książki, po której nie napisał już niczego innego, siedzi sobie więc zamknięty w wieży, niby
Filmowa Cassandra - źródło
pracując, a faktycznie żyjąc w swoim świecie, czytając książki i nie robiąc absolutnie nic, aby polepszyć standard życia swojej pięcioosobowej rodziny. Wszystko zostaje na głowie przecudnej urody macochy Topaz oraz starszych dziewczyn – Cassandry i jej siostry Rose. Wszystkie panie robią wszystko, co w ich mocy, aby wyżywić rodzinę i zadbać o resztki garderoby. Ciągle pozująca Rose jest panną na wydaniu, która marzy o wielkiej miłości, ale także chce się wyrwać z nędzy panującej w zamku, toteż jej wybranek serca musi spełniać majątkowe oczekiwania. Los rodziny odmienia się, kiedy w pobliskim dworze zjawia się nowy właściciel ze swoim bratem...

Nie przeczę, że oczekiwałam książki wybitnej, arcydzieła niemal. Tymczasem książka podobała mi się, ale nie zachwyciła, mimo, że jest w klimacie tak lubianych przeze mnie książek sióstr Brontë czy samej Austen, w którym świetnie się odnajduję i lubuję. Sama Cassandra z  jej naiwnością i
Cassandra i Rose - źródło 
romantyzmem z jednej strony, a dojrzałością i trzeźwością oceny sytuacji z drugiej, podbiła moja serce. Sama jednak historia jest dosyć banalna i przewidywalna, nie ma nawet powodu, aby doszukiwać się tutaj jakieś spektakularnej głębi. Napisana dobrze, toteż nie rozumiem, dlaczego czasami aż tak mi się dłużyła.

Być może miał na to wpływ fakt, że jak tylko przeczytałam o pięknej Topaz, to przypomniałam sobie, że oglądałam kiedyś ekranizację tej powieści i sceny z filmu miałam często przed oczyma podczas lektury. A może po prostu przeczytałam tą książkę za późno, może gdybym sięgnęła po nią będąc nastolatką, to wtedy podbiłaby moje serce. “Zdobywam zamek” ma swój urok i czar książki z myszką, miałam chyba po prostu nieco zawyżone oczekiwania i trudno mi się pozbyć tej nuty rozczarowania.







_____________
Dodie Smith, Zdobywam zamek, przeł. Magdalena Mierowska, Świat Książki, Warszawa 2013, s. 351.


———————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Tea Time z Corridą.



Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 5 grudnia 2013

ŁĄKA UMARŁYCH, Marcin Pilis

Każdy Polak słyszał, co stało się w miejscowości Jedwabne w roku 1941 roku czy Gniewczynie w 1942. Na kanwie tych wydarzeń Marcin Pilis zbudował powieść wstrząsającą, bolesną, dotykającą polskiego wstydu. Wielkie Lipy to fikcyjna miejscowość w której osadzona jest akcja, a która jest tłem do tego, aby pokazać, jakie były stosunki polsko-żydowskie podczas wojny i oraz po jej zakończeniu. Nazwa nie jest zresztą istotna, bo wydarzenia mogły mieć miejsce gdziekolwiek w małej, nieco izolowanej miejscowości. Pytanie, czy konstruowanie fikcyjnej fabuły na bazie tak bolesnych wydarzeń jest konieczne, potrzebne i  moralne? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Sama jestem zazwyczaj na nie, ale w tej sytuacji mam bardzo mieszane uczucia, pewnie dlatego, że sama powieść okazała się bardzo dobra. Z gatunku tych, które gryzą i nie pozwalają zasnąć w nocy, bo przywołują obrazy z książki i pytania o naturę zła.

„Łąka umarłych” nie jest powieścią jednowymiarową. Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej, w czasach PRL-u lat siedemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych. Mamy mieszankę Polaków, Niemców i Żydów, a wszystkie postaci są ściśle ze sobą powiązane. Konstrukcja fabuły jest wyśmienita, a narracja równie dobra.

Wielkie Lipy to wieś położona wśród lasów, która byłaby zapomniana przez świat, gdyby nie istniejący tam klasztor i zabłąkani pielgrzymi. Tam od wielu lat żyli w symbiozie Polacy i Żydzi, nie przeszkadzając sobie zupełnie. Do czasu okupacji. W Wielkich Lipach znalazł swoje miejsce Jerzy Hołotyński, astronom i naukowiec, który miał tam swoje obserwatorium astronomiczne i prowadził badania. Spędził tam kilkadziesiąt lat, sporadycznie odwiedzając żonę i syna, a co ważniejsze- nigdy ich nie zapraszając do swojej samotni. Dwa lata po śmierci Jerzego, już w latach siedemdziesiątych, jego syn Andrzej przypomina sobie o domu i obserwatorium, które odziedziczył, a także o obietnicy, którą złożył ojcu na łożu śmierci. Wyrusza więc do Wielkich Lip odkrywając, że wieś jest tak odizolowana, że nie można dojechać tam żadnym autobusem, a ostatni odcinek drogi trzeba przebyć pieszo przez las. Już w drodze do wsi zostaje napadnięty, a na miejscu w Wielkich Lipach przekonuje się, że nie jest tam chętnie widziany ani przez przeora klasztoru, który udziela mu pomocy na czas rekonwalescencji, ani przez mieszkańców. Stara się rozwikłać tajemnicę tej mrocznej miejscowości, co prowadzi do szeregu tragicznych zdarzeń dla wielu ludzi z nią związanych, również dla samego Andrzeja. Bowiem nie tak łatwo wydostać się z wsi, do której dostępu broni samo SB „chroniące” resztę społeczeństwa przed wiedzą o tym, co wydarzyło się w Wielkich Lipach w czasie II wojny światowej. 
“Niby wiedział, że Polacy to nie nadludzie śpiewający wyłącznie o chwale, czci, honorze i mesjańskim powołaniu. Są i złoczyńcy bez hamulców. Są. Wszędzie przecież są. Ale co zrobić, kiedy tymi złoczyńcami bez hamulców okazują się zwykli ludzie, i z niepozornego zbiorowiska przeistaczają się w krwiożerczy tłum, a potem wracają do swoich codziennych zajęć”.
Chcielibyśmy wierzyć, że Polacy byli wyłącznie waleczni i braterscy, pomijamy często fakt, że sporadycznie zdarzały się wypadki, kiedy to Polacy okazywali się bardziej okrutni od okupanta, zwracając się ku swoim sąsiadom, aby zdobyć aprobatę najeźdźcy, a moze po prostu dlatego, że żyła w nich pierwotna żądza krwi i mordu.
W latach dziewięćdziesiątych ktoś jeszcze udaje się  do tej zapomnianego przez wszystkich miejsca. To stary, chorowany Niemiec – Karl Strauch, który był w centrum tragicznych wydarzeń w Wielkich Lipach...

„Łąka umarłych” to powieść zawieszona gdzieś pomiędzy dobrem i złem, chociaż w wielu momentach wydaje się, że w Wielkich Lipach żyje wyłącznie zło. Zło tak potężne, że chce się zamknąć oczy i zapomnieć o scenach z tej książki jak najszyciej. Tak się jednak nie da. Książka wwierca się w myśli i boli okrutnie, przeraża i wymusza pytania, kim byłabym w podobnej sytuacji. Czy katem, czy altruistką? Do jakich czynów bylabym zdolna lub niezdolna?

Jako przeciwwagę mamy wątek miłosny, który staje się niejako ratunkiem i dla nas, wstrząśniętych czytelników, a przede wszystkim dla samych bohaterów.

Jedna z najlepszych książek polskiego autora, jaką udało mi się ostatnio przeczytać.


____________
Marcin Pilis, Łąka umarłych, Wydawnictwo SOL, Warszawa 2010, s. 383.


——————————

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania W prezencie, Wojna i literatura, To już było, Z półki - 2013.

Image and video hosting by TinyPic

środa, 27 listopada 2013

JĘZYK TROLLI, Małgorzata Musierowicz


Po znakomitej „Kalamburce” podeszłam do „Języka Trolli” trochę najeżona i z dużą dawką nieufności. I cóż, nie było genialnie, ale również nie było tak źle. To wszystko za sprawą najstarszej pociechy Idy – Józinka Pałysa, charakternego, bystrego, prowadzącego monologi wewnętrzne, chłopca. Jako przeciwwagę mamy Grzegorza Ignacego - przeintelektualizowanego, nieprzystosowanego do normalnego życia, który jeśli nie może się włączyć do jakieś zabawy, to stara się ją zepsuć innym. Sama akurat uważam, że jeśli dziecko wraca z podwórka umorusane, nawet z dziurą w spodniach, ale za to z błyskiem w oku, to świadczy to o tym, że wyśmienicie się bawiło. Ważny jest ten balans pomiędzy edukacją, a zabawą i byciem po prostu dzieckiem.

Staszka Trolla to także jasny promyk „Języka Trolli”. Niesamowita dziewczyna, która sama borykając się z ciężką chorobą, pozbawiona włosów, potrafi odnaleźć radość w życiu, korzystać z każdego dnia i jeszcze swoimi ideami zarażać innych. Wspaniałą dziewczynę wybrał sobie Józinek na obiekt swoich westchnień i wierzę, że kluje się tu wspaniała historia miłosna, a za takimi przepadam.

Co mi się nie podobało to to, że zadziorne, pełne niegdyś werwy, dorosłe bohaterki „Jeżycjady”, jak chociażby Ida, zostały odarte z tej niezwykłości i wtłoczone w szablon zapracowanych mamuś czy kur domowych.
Pojawia się też pierwsza bohaterka, niebędąca nawet mężatką, która idąc z „duchem czasu” zachodzi w nieplanowaną ciążę. Mowa o uroczej Pyzie i wybitnym panu Schoppe, który widząc efekt ich namiętności kuli ogon pod siebie i marzy tylko o tym, aby zniknąć za oceanem i kontynuować swoją karierę. Przyznaję, że bardzo mnie zaskoczył ten epizod, jako że w „Jeżycjadzie” zawsze czuć dominikańskiego ducha i po prostu nie spodziewałam się, że Małgorzata Musierowicz zdecyduje się na taki twist. Jako, że dotąd w „Jeżycjadzie” nie było samotnej, niezamężnej matki (Gabrysia, która była zamężna i porzucona się nie liczy), to pokuszę się o prognozowanie, że zostanie zrobione wszystko, aby Pyza połączyła się ze swoim ukochanym Fryderykiem.

Nie, nie żałuję, że sięgnęłam po “Język Trolli”, czytało się lepiej niż przypuszczałam.



______________
Małgorzata Musierowicz, Język Trolli, Akapit Press, 2012, s. 208.


-----------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czas na Jeżycjadę, W prezencie



Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 31 października 2013

ANIA ZE ZŁOTEGO BRZEGU, Lucy Maud Montgomery

W Złotym Brzegu kwiaty pysznią się w ogrodzie, za płotem rozpościera się Dolina Tęczy, a dom pachnie chlebem, ciastami i potrawami przygotowywanymi przez Zuzannę, która jest jego dobrym, opiekuńczym duchem. Ania jest już stateczną panią doktorową, ale nie utraciła swoistej aniowej” iskry, wciąż potrafi wpatrywać się w wiosenną noc i sądzić, że jest zbyt piękna, aby w takową spać. Gilbert jest niezmiernie zapracowany, a po domu biega piątka dzieci, a Rilla jako szósta do kompletu właśnie pojawia się w Złotym Brzegu.

Jakże urocze dzieci mają Ania z Gilbertem! Jedno z nich zbiera dla Ani zawsze pierwsze pierwiosnki, drugie kupuje jej naszyjnik z pereł wierząc że są prawdziwe, jeszcze inne robi interesy z Bogiem, kiedy bardzo o czymś marzy...
Wszystko to zaś w atmosferze ciepła i miłości, a jeśli nawet zdarzają się mniejsze i większe tragedie w dziecięcym świecie, to leczone są smakołykami ze spiżarni Zuzanny, czułym słowem i pieszczotą Ani. Nic dziwnego, że do takiego domu garną się różne zwierzęta jak na przykład kot Odrobinek czy uroczy kos, czasami zaś do domowego ogniska w Złotym Brzegu pragnie się też przytulic ktoś zimny i ironiczny jak Mery Blythe.
W sielankowe życie wkradają się oczywiście większe i mniejsze troski, jak to w życiu, czy pod postacią choroby, czy też zwątpień Ani w miłość Gilberta.


Kolejny tom opowieści o Ani wzrusza i rozczula, jak zwykle, bo któż nie chciałby zamieszkać w „domu, w którym zawsze obchodzono nawet najdrobniejsze rocznice, szeptem opowiadano sobie małe sekrety”, ogrzać się jego ciepłem i miłością. Wspaniale czytało się w słotne, jesienne popoludnie.

______________
Lucy Maud Montgomery, Ania ze Złotego Brzegu, przeł. Aleksandra Kowalak-Bojarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s. 355.


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytajmy Anię, W prezencie.



Image and video hosting by TinyPic