niedziela, 15 marca 2015

STULECIE WINNYCH. CI, KTÓRZY PRZEŻYLI, Ałbena Grabowska

Skusiłam się na „Stulecie Winnych. Ci, którzy odeszli” Ałbeny Grabowskiej z kilku powodów. Po pierwsze – lubię sagi. Przywiązuję się do bohaterów książkowych i często czuję niedosyt, kiedy przychodzi mi się z nimi szybko rozstać. Po drugie – tło historyczne, a więc w tym przypadku okres I wojny światowej, zawsze mnie pociąga. Zupełnie przypadkiem zaś było to, że sięgnęłam dwa razy pod rząd po powieść napisaną przez lekarza, tym razem polskiego.

Akcja książki zaczyna się w momencie narodzin bliźniaczek Winnych. Sam poród opisany jest w sposób dramatyczny i szczegółowy, ale mnie to, ze względu na moją profesję, akurat interesowało. Autorka, w końcu lekarz, nieważne że neurolog-epileptolog, z pewnością porody w swoim życiu widziała, a w paru z pewnością i uczestniczyła, więc wie, o czym pisze. Mila i Ania rodzą się w sposób niezwykły i są też niezwykłymi istotami od pierwszych dni życia, a szczególnie ta druga, młodsza bliźniaczka, która obdarzona jest darem jasnowidzenia. Ta szczególna umiejętność z czasem zanika, ale jasne i mniej jasne przeczucia towarzyszą Ani przez resztę jej życia. Na początku miałam mieszane uczucia co do tej specjalnej umiejętności siostry Winnej, bo jakoś mam chłodny stosunek do takowych paranormalnych zdolności, ale później przestały mi już one przeszkadzać.
Rudowłosym siostrom będziemy towarzyszyć na kartach powieści przez 25 lat poznając nie tylko ich losy wpisane w bieg historii, ale także koleje całej ich licznej rodziny oraz przyjaciół i znajomych. Autorka ciekawie nakreśliła wiele postaci, ludzi ze swoimi wątpliwościami oraz mocnymi i słabszymi stronami, ludzi, ktorzy upadają i podnoszą się, powtarzają błędy poprzednich pokoleń. W książce spotkamy również postaci autentyczne - Jarosława Iwaszkiewicza z żoną Anną, Tadeusza Wierusz-Kowalskiego, Stanisława Lilpopa, wspomniany jest także Janusz Korczak.  Wszystko to zaś w sielskiej, swojskiej atmosferze, ale z dynamiczną akcją.

Nie jest to powieść genialna, nie jest to powieść niezwykła, ale sprawnie i ciekawie napisana, wyróżnia się na tle zalewu powieści o domkach w górach, pensjonatach i kobietach odnajdujących swoje drugie ja w tychże wspaniałych okolicznościach przyrody.
Czyta się ją naprawdę dobrze i co najważniejsze, po jej skończeniu ma się ochotę sięgnąć po tom drugi, co z pewnością zaraz uczynię. Tym bardziej, że kończy się tak samo jak się zaczęła – porodem, ale już 1 września 1939 roku…

_________________
Ałbena Grabowska, Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli, tom I sagi, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014, s. 329.


Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 5 marca 2015

I GÓRY ODPOWIEDZIAŁY ECHEM, Khaled Hosseini

„I góry odpowiedziały echem” kupiłam zaraz po premierze w październiku 2013 roku. Nie mogło być inaczej, wszak Khaled Hosseini wpisał się na listę moich ulubionych autorów dwoma poprzednimi powieściami. „Chłopiec z latawcem”, jak i „Tysiąc wspaniałych słońc” mnie zachwyciły. Poprzeczkę dla „I góry odpowiedziały echem” miałam więc ustawioną bardzo wysoko. Na książkę oczywiście się nie rzuciłam, koiła mnie raczej myśl, że w razie czytelniczego dołka mam w swojej biblioteczce coś, co ma duże szanse mnie z owego dołka wyciągnąć. Ostatnio jednak przyglądam się szczególnie tym książkom, które były moimi absolutnymi muszmieciami, które musiałam mieć natychmiast i trochę mi smutno, że zrobił się z nich pokaźny nieprzeczytany stos.

Czy książka „I góry odpowiedziały echem” zachwyciła mnie? Nie. Nie mogę jednak napisać, że mnie zawiodła. To wciąż dobra powieść, którą przeczytałam prawie w całości (poza końcówką) ze sporym zainteresowaniem. W czasie czytania starałam się zapomnieć to, co przeczytałam na okładce, bo miałam tylko rzucić okiem, a okazało się, że znowu za dużo mi streścili! Jakie to irytujące! 

Khaled Hosseini z pewnością potrafi snuć opowieść, która w tym przypadku jest jak puzzle, każda historia odkrywa inny kawałek obrazu. Abdullah i Pari to kochające się rodzeństwo, które zostało rozdzielone. Nie będziemy jednak śledzić drobiazgowo ich losów przez kilkadziesiąt lat, aż do ich ponownego spotkania (bo przecież nie mamy wątpliwości, że kiedyś się znowu połączą, zazwyczaj taki jest sens podobnych powieści), poznamy za to koleje losu innych ludzi, w mniejszym bądź większym stopniu z dziejami rodzeństwa połączone. 
Pytanie jest takie, czy tych wątków nie jest zbyt dużo? Sama uwielbiam obszerne, rozlegle powieści, ale czy naprawdę konieczna jest historia Greka, który wynajmuje po wielu latach dom, w którym mieszkała kiedyś Pari? I co właściwie ona wnosi do całej historii? Chyba że ma to być hołd złożony ludziom, którzy swoje życie poświecili na to, aby ratować dzieci, które ucierpiały w afgańskich walkach. Akurat uczepiłam się tego wątku, bo jakoś najmniej mnie wciągnął. Tak, owszem – życie bywa zaskakujące, ale mnogość niezwykłych historii trochę przytłacza i jest podejrzliwa. Cóż, wolałabym więcej Abdullaha i Pari, mniej innych bohaterów. Autor jednak użył ich historii praktycznie tylko jako punktu wyjściowego i jako klamry spinającej wszystko inne. Jego prawo, ale odnoszę wrażenie, że niektóre sznurki jakoś mu się wymykają z rąk.

Z jakiegoś powodu Khaled Hosseini uznał napisanie powieści „I góry odpowiedziały echem” za ważne. Na pewno to, czym zajmuje się jego fundacja znajduje odzwierciedlenie w wielu wątkach poruszonych w książce. Ale czy tylko o to chodzi? Może autor chciał opowiedzieć nam o tym, co dla niego samego jest ważne w danej chwili, co łączy się z jego życiem. Sam pochodzi z Afganistanu, chociaż wychował się poza jego granicami, a zanim został pisarzem wykonywał zawód lekarza. Pochodzi właśnie z pokolenia, o którym pisze w swojej książce – tych Afgańczykach rozproszonych po całym świecie. Wśród nich są zapewnie bracia i siostry, którzy zostali odseparowani od siebie, bo rodzice musieli sprzedać jedno z nich, ale także tacy, których rozdzieliła polityka i wojna. Jeśli ktoś przyjrzy się życiorysowi autora to znajdzie punkty zbieżne z najnowszą książką. Ojciec dyplomata, matka-nauczycielka o dosyć swobodnym, jak na Afgankę, prowadzeniu się (prototyp Nili Whadati?), przebywali we Francji, a osiedlili się w Stanach. Khaled Hosseini sam przyznał w jednym z wywiadów, że wątek afgańsko-amerykańskiego lekarza jest jak najbardziej autobiograficzny.
Ciekawa jestem w jakim kierunku rozwinie się pisarstwo Hosseini’ego. O jakich historiach opowie nam następnym razem? Nie mam wątpliwości, że sięgnę po jego kolejną książkę, bo i ta ostatnia, mimo, że nie moja ulubiona, dostarczyła mi wiele emocji podczas czytania. Poza tym przecież z powodu jednej słabszej książki nie będę skreślać pisarza. Pytanie, czy ten nowy, starszy Hosseini mi się spodoba, czy będę woleć tego młodszego z "Chłopca z latawcem". 



_________________
Khaled Hosseini, I góry odpowidzialy echem, przeł. Magdalena Słysz, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2013, s. 447.



Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 22 lutego 2015

"Joanna" Anety Kopacz



Gdyby nie ”Notatnik kulturalny” to z pewnością przegapiłabym film "Joanna" Anety Kopacz na ninoteka.pl. Zdążyłam jednak obejrzeć. Ledwo zmieściłam się w czasie, ale udało się! O zobaczeniu filmu o Joannie Sałydze marzyłam już od dawna. Najpierw byłam fanką bloga “Chustka”, później kupiłam książkę. “Chustkę” czytałam kilka razy i nadal często do niej wracam. Stawia mnie zawsze do pionu, przypomina co ważne.



Film o Joannie jest dokładnie taki, jak się spodziewałam. Łukasz Żal zachwyca zdjęciami do filmu. Czysta poezja i magia chwili, ale przede wszystkim intymność. Dzięki nim możemy dyskretnie przyglądać się życiu, przysłuchiwać się ciekawym, często zabawnym rozmowom.
Warto zobaczyć.

Kciuki zaciskam już od stycznia i będę zaciskała dalej. Tak bardzo chciałabym, aby film “Joanna” otrzymał Oscara. 

Edit 23.02.2014: I nie ma Oscara dla "Joanny". Cieszę się jednak z tej nominacji, chyba bardziej niż z deszczu nagród, którymi obsypany już został film. Cieszę się, że historia Joanny, niezwykłego człowieka, została pokazana światu i że wzrusza i wstrząsa innych tak samo, jak mnie.


Image and video hosting by TinyPic 

sobota, 10 stycznia 2015

SOŃKA, Ignacy Karpowicz

W zeszłym roku miałam wrażenie, że „wszyscy” czytają „Sońkę”, a skoro tak, to zażyczyłam sobie książkę pod choinkę. Jak nigdy dałam się ponieść czytelniczej fali. Wcześniej sporo o niej czytałam. Jednym podobała się bardzo, innym tak sobie. Oczywiście korciło mnie, aby się dowiedzieć, po której stronie opowiem się ja sama.

„Dawno, dawno temu...” tak zaczyna się antybaśń, która zostawia nas z listą pytań i wątpliwości. “Tutaj, na końcu niczego, w Królowym Stojle nieopodal metropolitalnej Słuczanki, stały tylko cztery chałupy”, a w jednej z nich stara kobieta – Sońka, ze swoim psem, kotem oraz krową. A pózniej pojawia się on - Ignacy/Igor,  w luksusowym samochodzie, tak bardzo niepasujący do tego skrawka świata, zapomnianego przez wszystkich, który “Długo macał się po kieszeniach, zaglądał do plecaczka, jak gdyby gdzieś tam zgubiła się karteczka z poradami i odpowiedziami na wszystkie pytania świata: co robić i jak żyć, czego unikać i z kim unikać, gdzie unikać i za ile, no ale przede wszystkim - gdzie jest pierdolony numer do jebanego assistance”. Czy to, że zawiódł samochód było tylko przypadkiem, czy przeznaczeniem? Czy Ignacy/Igor faktycznie zgubił się w tej wiosce, czy raczej się w niej odnalazł? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, oczywiste jest to, że stała się jedna z najważniejszych rzeczy w jego życiu – spotkal Sońkę, kobietę niezwykłą, zdrajczynię, dziwkę, szeptuchę. Samotną, wzgardzoną, podeptaną. Ona na niego czekała wiele lat, aby zdąrzyć się komuś wyspowiadać ze swojego życia. Czy spotykając starą kobiecinę na drodze myślimy czasami, co kryje się pod siecią zmarszczek, jaka historia ukrywa się w tym starym, schorowanym ciele? Czy ktoś, kiedyś jej wysluchał? Czy umrze nigdy nieopowiedziana? Historia Sońki po raz pierwszy opowiedziana prostymi, białoruskimi słowami odmienia, nie tylko ją, ale także jej jedynego słuchacza, a przynajmniej chcemy w to bardzo wierzyć. Igor z Warszawy staje się znowu Ignacym z Podlasia. Mimo tego, że Czuł się jak kustosz w muzeum cudzych wspomnień”, to czy faktycznie potrafił tą historię potraktować z pietyzmem? Czy opowie historię po swojemu, przeksztalci ją na swoje potrzeby, na język teatru, uczyni ją efektowniejszą, wzbogacając ją na przykład w “10 zdjęć w tym KONIECZNIE! przynajmniej jedno z dzieckiem”. Wszak czyjeś cierpienie, to temat chodliwy, nie tylko w sztuce.

Dzieje Sońki, to opowieść o młodej dziewczynie, którą połączyła niezwykła więź z esesmanem. Nie wiedziała, że luby nie jest regularnym żołnierzem Wermachtu, tylko katem sąsiedniego miasteczka. Jego opowieść o tym odbiera jako oświadczyny. Mówi: „Kochałam tak do końca, do granicy, za którą już tylko nic. Kochaliśmy się tak bardzo, że czas płynął tylko wtedy, gdy byliśmy razem. Jakbyśmy sami byli czasem. Poza nami czas nie istniał, nic a nic”.
Jej tragiczna historia zaczyna się już w dzieciństwie , bo „dzieciństwo na zawsze w człowieku zostaje, jak pory roku czy okrucieństwo: można się go zaprzeć, ono jednak nie da się zabić, zamalować, zapomnieć - można co najwyżej rozstawić parawan”. A później przyszło jej żyć w czasach, kiedy Za naszymi pagórkami i łąkami  za stodołami i chlewami wartość kobiety to nie więcej niż wartość kozy, choć koza większą miała szansę na przeżycie, bo dawała mleko, a kobieta tylko czasem i nie dla wszystkich”.
Za wszystko przyjdzie jej zapłacić najwyższą cenę, zostanie sama, ze swoimi myślami, cierpieniem i “Gdyby porachować minuty jej życia, okazałoby się pewnie, że przemilczała własne życie. Że towarzyszami rozmów były krowy, kot i pies. Łąka, rzeka i przedmioty”.
Ten jeden raz jednak mówi, mówi przepięknie, o miłości, śmierci, o życiu. Bez zbędnych słów, ozdobników, a jednak w sposób niezwykle liryczny, ściskający gardło ze wzruszenia. Dotarcie do oryginału historii Sońki, ale także dotarcie do oryginału każdej opowieści jest, według mnie, sensem tej książki.

Dobra literatura. Przeczytałam jednym tchem.

_______________
Ignacy Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 204.

Image and video hosting by TinyPic

środa, 7 stycznia 2015

KARTKI Z BIAŁEGO ZESZYTU, Sonia Raduńska

Niewiele czasu upłynęło od przeczytania „Białych zeszytów” i już  zatęskniłam za kolejną terapią autorstwa Sonii Raduńskiej. „Kartki z białego zeszytu” to kontynuacja, ale pisana w formie comiesięcznych felietonów do „Zwierciadła” z lat 2000-2005.  To ciągle pamiętnik, może nie tak drobiazgowy, ale wciąż mający ten szczególny klimat z „Białych zeszytów”.
Tym razem byłam przygotowana do lektury, obok zawsze kubek herbaty, mój podręczny przybornik z samoprzylepnymi karteczkami, ołówki. Z góry założyłam, że będę tą książkę personalizować, zaznaczać, podkreślać, stawiać wykrzykniki na marginesie, przyklejać kolorowe strzałki. Przede wszystkim jednak rezerwowałam sobie czas wolny od wszystkiego. To był taki czas, kiedy byłam dobra dla siebie, a o czym przypomina nam często Autorka.

Leniwe czytanie dobrej prozy napisanej niebanalnym, pięknym językiem. Tak określam moje spotkania z twórczością Sonii Raduńskiej.  Nie znajdziemy tam wartkiej akcji, nieoczekiwanych zwrotów sytuacji. To książka o zwyczajności, codziennym życiu, o przeczytanych lekturach, wyrywki z artykułów, strofy wierszy. Autorka opowiada także o ludziach, bliższych, dalszych, ale także o zwierzętach.  Potrafi się zachwycać i dostrzegać piękno, ważność drobiazgów, uważnie i świadomie żyć. A sposób w jaki opowiada o tym wszystkim mnie oczarowuje.

Sonia Raduńska w „Kartkach...” jest już starsza, bo pięćdziesięcioletnia, ale to nie znaczy, że mniej wrażliwa, uodporniona na życie, które momentami dalej ją boli. Swoje przemyślenia przesiewa dokładnie przez sito doświadczenia i mądrości życiowej. Nie przeszkadza jej to dalej celebrować życie w każdym najdrobniejszych momentach. Potrafi też z czegoś rezygnować, chociażby z powierzchownych kontaktów z innymi ludźmi, zagracania swojego życia niepotrzebnymi przedmiotami, zamykania się w twierdzy swojego mieszkania, troszczenia się o rzeczy nieistotne, aby mieć więcej przestrzeni i czasu dla siebie. Akceptuje swoje „ja” i nie nudzi się ze sobą.

Bardzo lubię przebywać w towarzystwie Sonii Raduńskiej i jej błyskotliwej osobowości.
Wiele jej przemyśleń z “Kartek...” jest mi niezwykle bliskich, kilka olśniło mnie swoją genialną prostotą, ale mimo tego wolę pierwsza część.  Może dlatego, że była w moim odczuciu bardziej intymna. 


________________
Sonia Raduńska, Kartki z białego zeszytu ,Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, s. 181.

Image and video hosting by TinyPic