Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sonia Raduńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sonia Raduńska. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2015

KARTKI Z BIAŁEGO ZESZYTU, Sonia Raduńska

Niewiele czasu upłynęło od przeczytania „Białych zeszytów” i już  zatęskniłam za kolejną terapią autorstwa Sonii Raduńskiej. „Kartki z białego zeszytu” to kontynuacja, ale pisana w formie comiesięcznych felietonów do „Zwierciadła” z lat 2000-2005.  To ciągle pamiętnik, może nie tak drobiazgowy, ale wciąż mający ten szczególny klimat z „Białych zeszytów”.
Tym razem byłam przygotowana do lektury, obok zawsze kubek herbaty, mój podręczny przybornik z samoprzylepnymi karteczkami, ołówki. Z góry założyłam, że będę tą książkę personalizować, zaznaczać, podkreślać, stawiać wykrzykniki na marginesie, przyklejać kolorowe strzałki. Przede wszystkim jednak rezerwowałam sobie czas wolny od wszystkiego. To był taki czas, kiedy byłam dobra dla siebie, a o czym przypomina nam często Autorka.

Leniwe czytanie dobrej prozy napisanej niebanalnym, pięknym językiem. Tak określam moje spotkania z twórczością Sonii Raduńskiej.  Nie znajdziemy tam wartkiej akcji, nieoczekiwanych zwrotów sytuacji. To książka o zwyczajności, codziennym życiu, o przeczytanych lekturach, wyrywki z artykułów, strofy wierszy. Autorka opowiada także o ludziach, bliższych, dalszych, ale także o zwierzętach.  Potrafi się zachwycać i dostrzegać piękno, ważność drobiazgów, uważnie i świadomie żyć. A sposób w jaki opowiada o tym wszystkim mnie oczarowuje.

Sonia Raduńska w „Kartkach...” jest już starsza, bo pięćdziesięcioletnia, ale to nie znaczy, że mniej wrażliwa, uodporniona na życie, które momentami dalej ją boli. Swoje przemyślenia przesiewa dokładnie przez sito doświadczenia i mądrości życiowej. Nie przeszkadza jej to dalej celebrować życie w każdym najdrobniejszych momentach. Potrafi też z czegoś rezygnować, chociażby z powierzchownych kontaktów z innymi ludźmi, zagracania swojego życia niepotrzebnymi przedmiotami, zamykania się w twierdzy swojego mieszkania, troszczenia się o rzeczy nieistotne, aby mieć więcej przestrzeni i czasu dla siebie. Akceptuje swoje „ja” i nie nudzi się ze sobą.

Bardzo lubię przebywać w towarzystwie Sonii Raduńskiej i jej błyskotliwej osobowości.
Wiele jej przemyśleń z “Kartek...” jest mi niezwykle bliskich, kilka olśniło mnie swoją genialną prostotą, ale mimo tego wolę pierwsza część.  Może dlatego, że była w moim odczuciu bardziej intymna. 


________________
Sonia Raduńska, Kartki z białego zeszytu ,Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, s. 181.

Image and video hosting by TinyPic

piątek, 14 listopada 2014

BIAŁE ZESZYTY, Sonia Raduńska

Jestem przekonana, że pewne książki na nas czekają. Zagubione gdzieś na półce, przykurzone, omijane wzrokiem, czasami wiele lat. Ten rok prywatnie jest niezwykle dla mnie trudny, życie mi nie odpuszcza, wiele trudnych, złych chwil, dni, tygodni, miesięcy za mną. Wszystko spowite mrokiem depresji. Trudno było (jest wciąż czasami?) mi się podnieść, trudno oprócz spełniania obowiązków jako mama, żona, kobieta czynna zawodowo znaleźć chwilę dla siebie, cieszyć się zwykłymi chwilami, dostrzegać zwyczajności, radować się życiem.
Wzrusza mnie to, że ktoś tutaj zaglądał, pukał, pytał i zostawiał ślad. Dziękuję! I przepraszam, ale nie byłam w stanie pisać.
Bywały długie tygodnie bez książki, bo nie potrafiłam się skupić, nie potrafiłam się wgryźć w strony, przygniatało mnie życie. Znajdowałam sobie czasami różne książki pocieszycielki, które mnie nie zawodzą, książki, które potrafią przywołać uśmiech na twarzy lub chociaż jego cień.
Wtedy też trafiłam na „Białe zeszyty”. Nie musiałam szukać daleko, pierwszy rząd w półce, na wysokości mojego wzroku.  Kilkanaście pierwszych stron i wiedziałam, że to kolejna „moja” książka, która będzie bardzo przeze mnie spersonalizowana przez podkreślenia, dopiski, zakładki, zagięte rogi. Tak właśnie wyglądają uwielbiane przeze mnie książki, ukochane prawie na śmierć.

Nie czułam się zaskoczona tym, że psycholog ma swoje problemy, że też nie radzi sobie z życiem. Dlaczego miałabym tak sądzić? Przecież to też człowiek. Tylko i aż człowiek.  Tak samo się wznosi i tak samo upada. Poruszyło mnie, że Sonia Raduńska podzieliła się ze mną swoimi sercem, myślami, swoją duszą. Jak się żyje po śmierci męża? Jak to jest, kiedy znajduje się prawdziwe porozumienie dusz z drugim człowiekiem, ale jednocześnie jest się ciągle ranioną?
Jestem niewiele młodszą od Soni piszącej dzienniki dwadzieścia lat temu i chociaż mam inne doświadczenia, inne problemy, to jej słowa wypełniają mnie kropla po kropli. „Molo to jest most donikąd”. Często na nim stałam w tym roku. Za często. „Białe zeszyty” przypomniały mi o tym, że piękne jest to, co proste, to, co na wyciagnięcie ręki. Śpiew ptaków. Zapach skoszonej trawy. Ulubiona potrawa na talerzu. Codzienne życie. Znowu zaczęłam widzieć i dostrzegać, cieszyć się, wąchać, smakować, dotykać, czuć. Za to przebudzenie, za to emocjonalne potrząśniecie jestem Autorce niezwykle wdzięczna. Oczywiście to wszystko nie zadziało się tylko pod wpływem tej książki, ale to był ten pierwszy impuls, który się do mnie przebił, a który podtrzymywałam podczas lektury. Wciąż nie jest łatwo, ale jest lepiej.

Sonia Raduńska pięknie pisze. Cudowny język, celowane słowa, które czyta się często jak poezję, niespiesznie, z zadumą. Z przyjemnością odnajdywałam w tekście perełkowe cytaty, haiku, wersy wierszy, czy kilka słów piosenki. Poruszały mnie cytowane fragmenty listów i wysłanych kartek. To takie piękne, a takie już zagubione w tym spieszącym się świecie. Chociaż sama nie pisałam takowych już dawno, to cieszę się, że i ja mam kilka ważnych listów na swoim koncie, a kilka już układa się w głowie.

Długo czytałam „Białe zeszyty”, ale też nie chciałam się sama poganiać, nie chciałam czytać byle jak. Piękny poranek na ławce w parku, czy leniwe popołudnie w domu – to były, według mnie, miejsca na czytanie tej książki. Smakowałam strony, niektóre zdania czytałam wielokrotnie, bo to była prawdziwa uczta dla mojej poharatanej nieco ostatnio, ale złaknionej dobrej literatury, duszy. Wyjątkowa książka. Cieszy mnie więc to, że na półce czekają i „Kartki z białego zeszytu” i „Solo”. Jedna strona mojego „ja” chciałaby czytać je już natychmiast, ale druga radzi poczekać. Więc może za jakiś czas, może niedługi, w ramach kolejnej terapii lub z tęsknoty za dobrą książką. 

________________
Sonia Raduńska, Białe zeszyty, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005, s. 334.



Image and video hosting by TinyPic