Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nobla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nobla. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2013

DYPTYK PETERSBURSKI, CZYLI PRZEWODNIK PO PRZEMIANOWANYM MIEŚCIE, Josif Brodski


Już od kilku dni zastanawiam się, jak napisać o „Dyptyku petersburskim” Josifa Brodskiego, bo te dwa eseje są tak dobre, że powinnam się ograniczyć do przetoczenia kilku cytatów, które byłyby najlepszą rekomendacją. Będę więc oszczędna w słowach i niech Brodski mówi sam za siebie, bo to on jest mistrzem słowa pisanego.

Pierwszy esej, w oryginale napisany po rosyjsku, a przetłumaczony przez Pawła Hertza – „Przewodnik po przemianowanym mieście” – traktuje o ukochanym mieście Brodskiego, któremu patronują dwa pomniki – słynny Jeździec Miedziany na Placu Senackim oraz pomnik Lenina przed dworcem Fińskim. To Petersburg, przez 67 zwany również Leningradem. 
"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używac ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby”.
Brodski maluje jego duchowy portret, mocno osadzony w ramach historii, przypomina, że to rosyjskie miasto zbudowano nad kanałami Newy, niczym Wenecję Północy i jest najmniej rosyjskim miastem, a przez to bardzo osamotnionym.
To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu”.
Petersburg w oczach Brodskiego i świata, to nie tylko piękne położenie, wspaniałe budynki, ale przede wszystkim kolebka literatury rosyjskiej.
Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda może świadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy”.
Niezwykły to esej, który wiele wyjaśnia, ale skłania również do kolejnych wewnętrznych poszukiwań.

Drugi esej “W półtora pokoju”  Brodski napisał po angielsku, a został przetłumaczony przez Annę Husarską. Wzruszający, ściskający za gardło, napisany ku pamięci rodziców Brodskiego, ktorzy żyli przez większość swego życia w półtora pokoju w Peterburgu. Wygarnięte z zakamarków pamięci strzepki wspomnień, aby zachować je zanim zostaną unicestwione, bowiem “Pamięć zdradza wszystkich, szczególnie tych, których znaliśmy najlepiej. To wspólniczka zapomnienia, sojuszniczka śmierci. To sieć z drobnym połowem, z której wypłynęła woda. Nie można użyć pamięci do wskrzeszania kogokolwiek, nawet na papierze”.  To wspomnienia mieszkania, zapis gestów, mimiki, wspólnego spaceru z ojcem, wspomnienie łóżka rodziców czy chińskich figurek przywiezionych przez ojca, oficera marynarki. Bardzo osobiste, przepięknie napisane, przepełnione miłością i tęsknotą.  

Typ prozy do której chce się wracać i wracać, aby upajać sie pięknem języka.


__________
Josif Brodski, Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście, przeł. Pawel Hertz i Anna Husarska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2003, s. 77.

Pierwsze zdanie: Przed Dworcem Finlandzkim, jednym z  pięciu dworców, skąd podróżny może dostać się do tego miasta lub je opuścić, tuż nad brzegiem Newy, stoi pomnik człowieka, od którego nazwiska miasto obecnie się nazywa.

Ostatnie zdaniePatrząc na orkiestrę, nagle zapytałem, jakie obozy koncentracyjne uważał za gorsze: hitlerowskie czy nasze. "Wolę być raczej spalony od razu na stosie, niż umierać powolną śmiercią i znajdować w tym jakiś sens" - odpowiedział i jął pstrykać zdjęcia. 


--------------------------



Image and video hosting by TinyPic

sobota, 22 grudnia 2012

SPRAWA OSOBISTA, KENZABURO OE


„Sprawa osobista” Kenzaburo Oe to książka bardzo osobista dla pisarza, który jest ojcem niepełnosprawnego syna o pięknym imieniu Hikari (które znaczy „Światło”).  
W swojej historii Oe opowiada o dwudziestosiedmioletnim chłopcu uwięzionym w ciele mężczyzny, Ptaku. Ptak wygląda, zachowuje się i mówi jak ptak, wszyscy więc już zapomnieli jego imienia, a nowe przylgnęło do niego jak druga skóra. Ptak czuje, że jest uwieziony w klatce małżeństwa, a rodzący się właśnie potomek spowoduje, że klucz do tej klatki przepadnie na zawsze. A są przecież marzenia, wielkie i ekscytujące, o podróży do Afryki, ale z bagażem w postaci żony i potomka, oddalające się coraz bardziej.  Tak, bo Ptak, mimo swojego zwyczajnego życia, ma duszę ptaka, marzy o wolności.
Wreszcie urodził się – on, „rzecz”. „potworek z „drugą głową”, z przepukliną mózgową, wywołujący niedowierzanie i nerwowy chichot u lekarzy. Nikt nie wie, co z nim zrobić, czy w ogóle wypada cos zrobić, z góry naklejono mu etykietkę „roślinka”, „nienormalny”. Z tym wszystkim zostawiono Ptaka samego, bo jego żona wypoczywa pod skrzydłami teściowej, która ją oszczędza i chroni. 
Nikt zaś nie chroni Ptaka przed tą wiadomością, przed ciosem, przed naglą koniecznością dojrzenia do życia dorosłego człowieka, i podjęciem decyzji, co też uczynić z dzieckiem. A jest to droga kręta, bolesna, pełna wybojów. Krocząc nią Ptak zmierzy się z prawdą o sobie, chociaż nie będzie to łatwe, bo przecież najlepiej jest zboczyć, pójść na skróty. Zawsze jednak pozostają wyrzuty sumienia, strażnicy moralności, które gonią i gonią i często dopadają, rzucając potem prawdę w twarz.

„Sprawa osobista” to gruba proza, mimo niewielu stron.  Opowieść o ucieczce przed odpowiedzialnością i wewnętrznej metamorfozie, o dojrzewaniu do życia i bycia ojcem. A może jeszcze inaczej – o dojrzewaniu do bycia człowiekiem. Głęboka, bolesna, pozbawiona ckliwości, bardzo poruszająca, ze znakomitym portretem psychologicznym Ptaka, który przekonuje się, że nikt i nic go nie wyręczy w swojej walce ze samym sobą. Również z niespodziewanym finałem.
Pochłonęłam, przeżyłam, wrócę do niej na pewno.





Kenzaburo Oe, Sprawa osobista, przeł. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, s. 184.

-------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań "Projekt Nobliści", "Literatura w Azji, Azja w literaturze".

Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 25 listopada 2012

LOS UTRACONY, IMRE KERTESZ


Imre Kertesz wielokrotnie podkreślał, że „Los utracony” nie jest powieścią autobiograficzną, chociaż z pewnością można w niej znaleźć wątki zaczerpnięte z obozowych przeżyć autora. Świat ukazany w książce oglądamy oczami blisko piętnastoletniego Żyda z Budapesztu. Jest on dzieckiem rozwiedzionych rodziców, dosyć spolegliwej natury, który nie ma pretensji do świata i ludzi o rzeczy, które dotykają jego, jego bliskich i Żydów w ogóle. „Zresztą człowiek nie decyduje sam o pewnych różnicach, w końcu właśnie po to, jak wiem, są żółte gwiazdy[…]”. Podobnie zareagował, kiedy wraz z innymi kolegami z pracy został złapany w jednej z łapanek i w efekcie wysłany do obozu pracy. Jego naiwność, prostota w osądzaniu ludzi i sytuacji przeraża, ale też chwyta za gardło i zostawia nas z okrzykiem grozy i protestu na ustach. Główny bohater opowiada nam o tym co widzi niemal bez emocji, starając się zawsze znaleźć jakiś pozytyw w tragicznej sytuacji. Potrafi docenić dobre maniery, wygląd czy sumienne wykonywanie obowiązków przez żandarmów i żołnierzy. Jakże szokujące jest to, że polubił swoich, jakby nie było, oprawców. Przyznaję, że byłam zszokowana tą uległą, pozbawioną złości i nienawiści, postawą. Jest jak owieczka, która jedzie na rzeź...

Oświęcim – Buchenwald – Zeitz – Buchenwald. Tak wyglądała rozpoczęta w 1944 roku obozowa tułaczka.  Docierając do pierwszego, trzydniowego przystanku w Oświęcimiu – Brzezince wychodzi brak orientacji w tym, co naprawdę się dzieje i dziecięca ufność, że będzie tak,  jak obiecano – praca i nowe doświadczenie życiowe.  Mówi:
Mogłem się rozejrzeć dookoła, trochę zorientować, gdzie właściwie jesteśmy. Stacja była schludna. Pod naszymi stopami, jak zwykle w takich miejscach, żwir, dalej pas trawy, w niej żółte kwiaty, biegnącą w nieskończoność, nieskazitelnie biała asfaltowa szosa. Zauważyłem tez, ze owa szosę oddziela od zaczynającego się za nią olbrzymiego terenu rząd jednakowo wygiętych słupków, miedzy którymi połyskuje metalicznie drut kolczasty. Łatwo się domyślić: tu zapewne mieszkają więźniowie. Po raz pierwszy – może dlatego, ze po raz pierwszy miałem na to czas – zaczęli mnie bardziej interesować i byłem ciekaw, co takiego przeskrobali.”. Oświęcim był dla niego czekaniem na coś nowego i innego, pomimo tego, że stopniowo bohater zaczął sobie zdawać sprawę, że to fabryka śmierci, z której wychodzi się najczęściej przez komin krematorium. Kiedy dociera do kolejnego celu w okolicach miasta Weimar - cieszy się, wspomina słowa Goethego z „Króla Olch”:  „Noc padła na las, las w mroku spal…”, a my dodajemy po cichu: „ a w pobliżu Buchenwald…”. 

Co było najstraszniejsze w obozowym doświadczeniu? Nuda. Tak, najbardziej doskwierała mu nuda, te chwile pomiędzy, kiedy zostaje się z samym sobą i pozostaje oczekiwać i mieć nadzieję, że nic się nie stanie, że nie będzie gorzej, że zostanie jak jest.
Wstrząsające dla mnie jest to pogodzenie się z losem, przyjęcie życia takim, jakie jest, mimo, że dla mnie, i zapewne milionów, taki los nie powinien spotkać żadnego człowieka, bez względu na rasę, wyznanie, kraj pochodzenia, język.  Naturalną reakcją dla mnie jest protest, złość, pretensja... Jednak nie dla głównego bohatera - on jest inny. Może to jego sposób na przetrwanie? Adaptacja.

Tak jeszcze nikt nie opowiadał o Zagładzie. Jak mam więc zareagować na ostatnie zdania powieści, które wypowiada samotny, niezrozumiany przez wszystkich, piętnastoletni chłopiec o ciele starca złamanym przez obozowe warunki?
"Czeka na mnie matka i na pewno bardzo się mną ucieszy,biedaczka. Pamiętam, że kiedyś chciała, bym został inżynierem, lekarzem czy kimś w tym rodzaju. I tak będzie z całą pewnością, tak, jak sobie tego życzy; nie ma takiego absurdu, którego nie moglibyśmy w sposób naturalny przeżyć, a na mojej drodze, już teraz to wiem, czeka na mnie, niby jakaś nieunikniona pułapka, szczęście. Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta tylko o rzeczy trudne, o "koszmary": choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają,muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych. Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę."
Jak to pojąć? Kiedy wszystko we mnie się buntuje przeciwko takiej rzeczywistości? Kiedy serce rozrywa mi rozpacz na samą myśl?

"Los utracony" to pierwsza część tetralogii "Ludzi bez losu", z największą przyjemnością sięgnę po "Fiasko" oraz "Kadysz za nienarodzone dziecko", a nad "Likwidacją" się zastanowię. Przyznaję, że trochę obawiałam się spotkania z Kerteszem. Zupełnie niepotrzebnie. Genialne pióro, a książkę, mimo bolesnego i trudnego tematu, czyta się doskonale. 




Imre Kertesz, Los utracony, przeł Krystyna Pisarska, s. 269, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002.



Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-------------------------


Image and video hosting by TinyPic


sobota, 15 września 2012

LATO PRZED ZMIERZCHEM, DORIS LESSING



Chociaż sama Doris Lessing odcina się od zaszufladkowania jej jako pisarki feministycznej, to „Lato przed zmierzchem” jest dla mnie właśnie taką powieścią.
Pierwszą część czytałam przez wiele wieczorów, powoli, nie spiesząc się, aby zrozumieć każde napisane słowo z prawie czystej narracji. Drugą połowę przeczytałam w jedno popołudnie, pojawia się też więcej dialogów. To nie konstrukcja powieści spowodowała takie, a ni inne tempo czytania, ale jej treść, nie potrafiłabym jej przeczytać w jeden czy dwa wieczory.

„Życie to jest teatr, mówisz ciągle opowiadasz; Maski co raz inne, coraz mylne się nakłada”. Te słowa piosenki Stachury przypominały mi się podczas lektury.  Czterdziestokilkuletnia Kate Brown gra już swoją rolę na deskach teatru życia ponad 25 lat. Poznajemy ją kiedy gra rolę perfekcyjnej pani domu, dobrej żony neurochirurga i wspaniałej matki czwórki dorosłych dzieci. Kate jest środkiem wokół którego kręci się życie tej rodziny, ona opiekuje się nimi wszystkimi niczym kwoka kurczętami, starając się chronić swoje dzieci przed niebezpieczeństwami życia, a swojemu mężowi wijąc gniazdko, do którego mimo wszystko miło się wraca. Jej pisklęta już urosły i wylatują jeden po drugim, mąż podejmuje kilkumiesięczną pracę w Bostonie. Kimże więc jest Kate po zdjęciu stosownych sukienek, zmyciu makijażu i rozczesaniu kunsztownej fryzury a'la pani doktorowa? Gdzie się podziała młoda, zachwycająca dziewczyna, prawdziwie wolna i szczęśliwa. Czy warto było poświecić siebie, aby uszczęśliwiać innych? Czy rzeczywiście nic oprócz starości jej nie czeka?

Zupełnie niespodziewanie trafia jej się praca tłumaczki, a później organizatorki konferencji w „Żywności dla świata”. Praca jest absorbująca i satysfakcjonująca, ale jest jakby przedłużeniem roli, którą do tej pory grała – opiekuje się, dogląda, dba o to, aby wszyscy dobrze się czuli. Gdzie w tym wszystkim jest Kate, gdzie podziało się jej "ja"? Kto tak naprawdę jest zainteresowany co znajduje się w środku tego czarującego opakowania, jakie myśli i pragnienia tam się kłębią?  Niespodziewany romans z młodym Amerykaninem jest tylko epizodem w jej życiu i punktem wyjścia do kolejnych rozważań i działań, podobnie jak przeglądanie się w lustrach życia innych kobiet. Czy Kate odnajdzie siebie? Czy uratuje fokę ze swoich snów i zanurzy ją bezpiecznie w morskich wodach?

Wydaje się, że akcja książki stoi w miejscu, ale gęsto tam i czasami duszno od kłębiących się emocji. Osobiste wycieczki Kate w głąb siebie są  pretekstem, abyśmy sami zastanowili się wieloma sprawami. Doris Lessing nie stawia wprost pytań, nie podaje nam też gotowych odpowiedzi, nie robi nic, abyśmy polubili Kate, czy jakiegokolwiek z bohaterów.  Zmusza nas do myślenia, które często powodowało u mnie ból, nie tylko głowy.

„Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam; życie to nie tylko kolorowa maskarada” - odpowiadam i ja za Stachurą.

Sama nie wiem, czy potrafiłabym powiedzieć, że  „Lato przed zmierzchem” podobało mi się. Wymęczyło mnie emocjonalnie, skłoniło do refleksji, ale mam poczucie, że to dobra proza, tylko trudna dla mnie w odbiorze, a więc chyba było warto.



Doris Lessing, Lato przed zmierzchem/The Summer Before the Dark, przeł. Barbara Rewkiewicz-Sadowska, s. 331, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2008.



---------------------------

Książkę przeczytałam w ramach "Projektu Nobliści".