Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandor Marai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandor Marai. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2012

ŻAR, SANDOR MARAI



Sandor Marai znowu mnie zachwycił. Leniwie przewracałam kartki, tak samo, jak wolno toczyła się opowieść Henryka. Pozornie historia jakich wiele – wielka przyjaźń pomiędzy nim, a Konradem, a później pojawia się ona – Krystyna. „Żar” to powieść napisana wspaniałym językiem, bardzo eleganckim i oszczędnym, nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, każde zostało zważone w duszy autora i precyzyjnie użyte.  To bardzo intymna powieść, ma się wrażenie, że siedzi się gdzieś w ciemnym kącie salonu, przysłuchując rozmowie dwóch, starych (nie)przyjaciół.


Jest niemal opuszczony pałac, w którym od blisko pięćdziesięciu lat nie bywają goście, nikt się nie śmieje, wszyscy zastygli w  cierpieniu po tym, co się stało ponad 41 lat wcześniej. Wśród jego murów jest zastygnięty w oczekiwaniu Henryk. Wokół szumi las, jest cicho, pusto. Świeczka życia Henryka niemal już dogasa, ale siła woli podtrzymuje płomień, aby dożyć jednego dnia – kiedy wróci Konrad. Ten, który przez 41 lat i 43 milczał, a potem wysłał list, ze przyjeżdża. Kiedyś łączyła ich przyjaźń, tak wielka, że nie potrafili żyć bez siebie. "Niekiedy myślę zgoła, że to najszlachetniejszy związek w życiu...może dlatego, że rzadki".

Konrad więc przygotowuje wszystko na powitanie przyjaciela tak, jak ponad czterdzieści lat wcześniej. Ten sam pokój, ta sama zastawa, te same potrawy, te same świece. Tylko Krystyny już nie ma. A Henryk mówi, o tym co było i o tym co boli. Słowa są jak polana, które rozniecają dawny żar miłości, przyjaźni, nienawiści, zdrady, pożądania, zemsty. Stłumiony przez lata ogień zapala się w tamtym pokoju raz jeszcze. Z jednej strony bardzo zastanawiające i budzące lęk jest to, że ktoś pielęgnuje w sobie urazę i poczucie krzywdy przez ponad 41 lat. Z drugiej strony - czy naprawdę można zapomnieć o dwóch najważniejszych osobach w swoim życiu? O prawdziwym, męskim przyjacielu i o żonie, którą kochało się ponad wszystko? I o tym, że zdradzili oboje w sposób najgorszy z możliwych? Ze słów starego generała wyłania się nie tylko historia trójkąta. Odnajdziemy tam wiele prawd o prawdziwej przyjaźni, miłości, o tym, czym jest honor i służba ojczyźnie, a także skrawki historii Austro-Węgier. 
Konrad mówi niewiele, ale to milczenie wręcz krzyczy. Gdy za oknem pojawia się świt, ogień wspomnień dogasa, zaczynają padać pytania. Ważne. Na te odpowiedzi czeka się niemal całe życie. Czy aby nie na darmo? Czy warto? A może w ogóle nie chodzi o odpowiedzi, tylko o to, aby z siebie wszystko wyrzucić i przestać się już tym zatruwać? 
Świece muszą dopalić się do końca, tak samo jak ogień uczuć. Pośrodku żaru pozostał już tylko czarny popiół, jedwabisty jak czarny żałobny materiał…

“Żar” Sandora Maraiego - książka gęsta od emocji, pozostawia nas z przekonaniem, że odkrywanie prawdy zawsze łączy się ze sporą dawką niepewności i że czasami po prostu warto nie wiedzieć.




Sandor Marai, Żar, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2011, s. 167.


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Book-Trotter" - literatura węgierska.



Image and video hosting by TinyPic

środa, 28 listopada 2012

KSIĘGA ZIÓŁ, SANDOR MARAI


„Ten, który ja napisał, nie zna absolutnej prawdy i często myli się w szczegółach. Bo jest człowiekiem. Ale szuka bezwzględnej prawdy i nie wstydzi się, kiedy się myli w szczegółach. Bo jest człowiekiem. Więc ta książka będzie taka, jak dawne zielniki, które prostymi przykładami pragnęły odpowiedzieć na pytanie, co trzeba robić, gdy kogoś boli serce albo gdy Bóg go opuścił.”

Ciekawa byłam tej książki, lubię pobuszować wśród czyiś myśli. Książki takie zazwyczaj wertuję, czytam koniec, za chwilę przenoszę się na początkowe strony. Czasami jakaś myśl przykuwa moją uwagę na dłużej i wracam do niej często. Tak też potraktowałam i "Księgę ziół".

Cóż nam serwuje Sandor Marai w swoim zielniku? Wszak zioła to nie tylko rośliny lecznicze, ale także przyprawowe i trujące... Już okładka intryguje.  Pręży się na niej dumnie piękna naparstnica, bardzo trująca, ale której liście są surowcem zielarskim, zawierają substancje działające na mięsień sercowy i układ krążenia. Mądry człowiek wykorzystywał je do produkcji leków, głupi człowiek wykorzystywał je w niecnych celach...

Marai pisze o Bogu, o miłości, o nienawiści, o obowiązkach wobec bliźniego, Ojczyzny i siebie samego. Radzi również zażywać marchewkę i jabłka,  dzieli się z nami wiedzą, co zrobić w wypadku migreny, zaleca unikać środków przeczyszczających, a także zarezerwować sobie kilka dni na chorowanie, nawet jeśli nie jest się chorym. Przypomina, że należy świętować nie tylko dni zaznaczone na czerwono w kalendarzu, ale także ważne dni w życiu. Dzieli się z nami wieloma cennymi rozważaniami, które czyta się naprawdę dobrze.

Moje ulubione:

"O przyjaźni. Nie istnieje związek między ludźmi, który byłby głębszy, bardziej poruszający niż przyjaźń. Ileż jest egoizmu i próżności wśród zakochanych, a także w związku uczuciowym łączącym rodziców i dzieci! Tylko przyjaciel nie jest egoistą; w przeciwnym razie żaden z niego przyjaciel. Jedynie przyjaciel nie jest samolubny, bowiem nie dla siebie, ale dla przyjaciela pragnie wszystkiego, co dobre i piękne. Kochanek (kochanka) zawsze czegoś się domaga; przyjaciel niczego nie oczekuje dla siebie. Dziecko zawsze chce coś dostać od rodziców, chce przeróść ojca; przyjaciel nie chce otrzymywać ni przerastać. Nie ma w życiu człowieka bardziej tajemniczego, szlachetniejszego daru niż skąpa w słowa, wyrozumiała, cierpliwa i ofiarna przyjaźń. I nie ma nic rzadszego."

         "Montaigne kiedy zadumał się nad uczuciem, jakie wiązało go z La Boetie, powiedział:  „Byliśmy przyjaciółmi... Bo on to był on, a ja byłem ja”. Nad wyraz to precyzyjne. (...)”

"O wyborze i wierności. Zastanów się, zanim weźmiesz do ręki książkę i zaczniesz ją czytać, rozważ to, przynajmniej tak jak wtedy, gdy z ufnością podajesz rękę drugiemu człowiekowi. Bowiem na pewien czas skupiasz na książce uwagę swojej duszy; a to dużo, ponieważ życie jest krótkie, a dusza tylko twoja. (...)”

W „Księdze ziół” znajdziemy sporo myśli, które mogą uleczyć duszę i ciało. Przynajmniej według Maraiego. Żadna z nich mnie nie zatruła, chociaż niektóre miały zapach wiekowego kurzu, żeby nie napisać – mysich odchodów. Przyjemnie spędziłam czas klucząc po labiryncie umysłu pisarza, do niektórych zaułków z pewnością jeszcze wrócę, chociaż nie na kolanach. "Księga ziół" podobała mi się, ale nie aż tak. W większe drżenie serca wprawia mnie myśl o spotkaniu z pisarzem w jego powieści. 





Sandor Marai, Księga ziół, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2009, s. 151


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter - literatura węgierska.


Image and video hosting by TinyPic

wtorek, 20 listopada 2012

DZIEDZICTWO ESTERY, SANDOR MARAI


„Dziedzictwo Estery” Sandora Maraiego, książka należąca do cyklu „Mała Proza” Czytelnika, małą prozą na pewno nie jest. To 117 stron gęstej od dwuznaczności i cennych myśli prozy. 
Kilka słów od wydawcy:

W "Dziedzictwie Estery" (1939), podobnie jak w innej znanej powieści Sándora Máraiego, "Żarze", bohaterowie wracają do przeszłości, aby wyjaśnić jej tajemnice, odsłonić stare blizny. Po dwudziestu latach milczenia do domu Estery przyjeżdża z wizytą Lajos, fantasta, lekkoduch, oszust i naciągacz, a mimo to – jedyna miłość jej życia. Kiedyś wiązało ich uczucie, potem Lajos nieoczekiwanie ożenił się z siostrą Estery, a po jej śmierci zerwał kontakty z rodziną. Teraz powraca, lecz nikt nie jest pewien, co jest powodem tego przyjazdu. O wydarzeniach tego dnia opowiada sama Estera, z ironicznym i nieco gorzkim humorem, zastanawiając się nad sensem wyborów, jakich dokonała w życiu. 

Pisarzowi udało się zmieścić na tej małej liczbie stron bardzo dużo treści, która niejednokrotnie powodowała, że musiałam wstać, przemyśleć słowa pisarza, przedyskutować we własnym wnętrzu jego stwierdzenia. Z pewnością nie pozostawił mnie letnią bądź obojętną wobec jego książki.
Tytułowa Estera, to kobieta w średnim wieku, która uważa, że jej życie dobiega końca. W młodości obdarzyła miłością Lajosa, kłamcę i złodzieja, emocjonalnego mordercę. Nigdy się z niej nie wyleczyła, ponieważ „Beznadziejne miłości nigdy nie przemijają”.  Gdzieś to uczucie po latach przyschło, pokryło się patyną codzienności, ale nie umarło. Jeden telegram, kilka słów od człowieka obdarzonego wyjątkowym talentem epistolarnym spowodowało, że wszystko zaczęło odżywać. Wbrew logice, wbrew wiedzy o tym człowieku i pewności, że on się nie zmienił. 

Lajos jest człowiekiem, którego miałabym ochotę udusić własnymi rękoma, gdyż posiada wiele cech, których u ludzi nie znoszę. Spotkałam kilku takich Lajosów w odmianach męskiej i damskiej. Ludzi, którzy oprócz charyzmy i szerokiego wachlarza kuglarskich sztuczek, będących głównie repertuarem barwnych szantaży emocjonalnych, nie posiadają nic. Roztaczają wokół siebie aurę wyjątkowości i łaskawie pozwalają się innym ogrzać w ich blasku, sięgają po wszystko wokół z nienasyconym apetytem, wprowadzając swoich klakierów w stan, w którym zaczynają oni żałować, że nie wpadli  wcześniej na pomysł, aby ściągnąć z grzbietu ostatnią koszulę, a z portfela wysupłać ostatni grosz. Dosłownie i w  przenośni. Lajos jest człowiekiem, który potrafi powiedzieć: „Czego wy ode mnie chcecie? Żebym się zmienił w pięćdziesiątym trzecim roku życia? Dla każdego chciałem tylko dobra. Ale możliwości dobra są na ziemi ograniczone. Życie trzeba upiększać”. Tak, dawał ludziom nadzieję na coś pięknego, niesamowitego, niewyobrażalnego, a oni wszyscy lgnęli do niego spragnieni tej fatamorgany. I świadomie poświęcali wiele dla kilku chwil złudzeń spełnienia ich pragnień. Lajos potrafił się jednak wytłumaczyć twierdząc, że: „moralność nie jest właściwością odziedziczoną, lecz nabytą. Człowiek przychodzi na świat niemoralny. Moralność drapieżników albo moralność dzieci jest inna niż moralność sześćdziesięcioletniego sędziego sadu najwyższego w Wiedniu czy Amsterdamie. Człowiek nabywa w życiu moralność tak samo, jak sposób bycia i wykształcenie…”. Biedny Lajos! Nikt go nie nauczył moralności! Wszyscy więc są wini, tylko nie on.

Estera. Jej postawa, kodeks postepowania mną wstrząsnęły,  a najbardziej wiara, że mimo wszystkich okoliczności „ w życiu istnieje jakiś niewidzialny ład i jeśli człowiek kiedyś coś zaczął, musi to prędzej czy później doprowadzić do końca… Na ile to możliwe…”.

Nie znajdziemy na stronach „Dziedzictwa Estery” wytłumaczenia postepowania Estery czy Lajosa, nie znajdziemy również oceny bohaterów. To Marai pozostawia w gestii czytelnika.

Czuję, że Marai trochę mnie przeczołgał po stronach swojej ksiazki, ale czasami lubię i tak. Nie zawsze trzeba odczuwać radość i zadowolenie po skończonej lekturze. Czasami może to być gorycz czy ból.





Sandor Marai, Dziedzictwo Estery, przeł. Feliks Netz, s. 117, Czytelnik, Warszawa 2008.


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 


---------------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter - literatura węgierska.



Image and video hosting by TinyPic