Imre Kertesz wielokrotnie podkreślał, że „Los utracony” nie jest powieścią autobiograficzną, chociaż z pewnością można w niej znaleźć wątki zaczerpnięte z obozowych przeżyć autora. Świat ukazany w książce oglądamy oczami blisko piętnastoletniego Żyda z Budapesztu. Jest on dzieckiem rozwiedzionych rodziców, dosyć spolegliwej natury, który nie ma pretensji do świata i ludzi o rzeczy, które dotykają jego, jego bliskich i Żydów w ogóle. „Zresztą człowiek nie decyduje sam o pewnych różnicach, w końcu właśnie po to, jak wiem, są żółte gwiazdy[…]”. Podobnie zareagował, kiedy wraz z innymi kolegami z pracy został złapany w jednej z łapanek i w efekcie wysłany do obozu pracy. Jego naiwność, prostota w osądzaniu ludzi i sytuacji przeraża, ale też chwyta za gardło i zostawia nas z okrzykiem grozy i protestu na ustach. Główny bohater opowiada nam o tym co widzi niemal bez emocji, starając się zawsze znaleźć jakiś pozytyw w tragicznej sytuacji. Potrafi docenić dobre maniery, wygląd czy sumienne wykonywanie obowiązków przez żandarmów i żołnierzy. Jakże szokujące jest to, że polubił swoich, jakby nie było, oprawców. Przyznaję, że byłam zszokowana tą uległą, pozbawioną złości i nienawiści, postawą. Jest jak owieczka, która jedzie na rzeź...
Oświęcim – Buchenwald – Zeitz – Buchenwald. Tak wyglądała rozpoczęta w 1944 roku obozowa tułaczka. Docierając do pierwszego, trzydniowego przystanku w Oświęcimiu – Brzezince wychodzi brak orientacji w tym, co naprawdę się dzieje i dziecięca ufność, że będzie tak, jak obiecano – praca i nowe doświadczenie życiowe. Mówi:
„Mogłem się rozejrzeć dookoła, trochę zorientować, gdzie właściwie jesteśmy. Stacja była schludna. Pod naszymi stopami, jak zwykle w takich miejscach, żwir, dalej pas trawy, w niej żółte kwiaty, biegnącą w nieskończoność, nieskazitelnie biała asfaltowa szosa. Zauważyłem tez, ze owa szosę oddziela od zaczynającego się za nią olbrzymiego terenu rząd jednakowo wygiętych słupków, miedzy którymi połyskuje metalicznie drut kolczasty. Łatwo się domyślić: tu zapewne mieszkają więźniowie. Po raz pierwszy – może dlatego, ze po raz pierwszy miałem na to czas – zaczęli mnie bardziej interesować i byłem ciekaw, co takiego przeskrobali.”. Oświęcim był dla niego czekaniem na coś nowego i innego, pomimo tego, że stopniowo bohater zaczął sobie zdawać sprawę, że to fabryka śmierci, z której wychodzi się najczęściej przez komin krematorium. Kiedy dociera do kolejnego celu w okolicach miasta Weimar - cieszy się, wspomina słowa Goethego z „Króla Olch”: „Noc padła na las, las w mroku spal…”, a my dodajemy po cichu: „ a w pobliżu Buchenwald…”.
Co było najstraszniejsze w obozowym doświadczeniu? Nuda. Tak, najbardziej doskwierała mu nuda, te chwile pomiędzy, kiedy zostaje się z samym sobą i pozostaje oczekiwać i mieć nadzieję, że nic się nie stanie, że nie będzie gorzej, że zostanie jak jest.
Wstrząsające dla mnie jest to pogodzenie się z losem, przyjęcie życia takim, jakie jest, mimo, że dla mnie, i zapewne milionów, taki los nie powinien spotkać żadnego człowieka, bez względu na rasę, wyznanie, kraj pochodzenia, język. Naturalną reakcją dla mnie jest protest, złość, pretensja... Jednak nie dla głównego bohatera - on jest inny. Może to jego sposób na przetrwanie? Adaptacja.
Tak jeszcze nikt nie opowiadał o Zagładzie. Jak mam więc zareagować na ostatnie zdania powieści, które wypowiada samotny, niezrozumiany przez wszystkich, piętnastoletni chłopiec o ciele starca złamanym przez obozowe warunki?
"Czeka na mnie matka i na pewno bardzo się mną ucieszy,biedaczka. Pamiętam, że kiedyś chciała, bym został inżynierem, lekarzem czy kimś w tym rodzaju. I tak będzie z całą pewnością, tak, jak sobie tego życzy; nie ma takiego absurdu, którego nie moglibyśmy w sposób naturalny przeżyć, a na mojej drodze, już teraz to wiem, czeka na mnie, niby jakaś nieunikniona pułapka, szczęście. Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta tylko o rzeczy trudne, o "koszmary": choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają,muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych. Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę."
Jak to pojąć? Kiedy wszystko we mnie się buntuje przeciwko takiej rzeczywistości? Kiedy serce rozrywa mi rozpacz na samą myśl?
"Los utracony" to pierwsza część tetralogii "Ludzi bez losu", z największą przyjemnością sięgnę po "Fiasko" oraz "Kadysz za nienarodzone dziecko", a nad "Likwidacją" się zastanowię. Przyznaję, że trochę obawiałam się spotkania z Kerteszem. Zupełnie niepotrzebnie. Genialne pióro, a książkę, mimo bolesnego i trudnego tematu, czyta się doskonale.
"Los utracony" to pierwsza część tetralogii "Ludzi bez losu", z największą przyjemnością sięgnę po "Fiasko" oraz "Kadysz za nienarodzone dziecko", a nad "Likwidacją" się zastanowię. Przyznaję, że trochę obawiałam się spotkania z Kerteszem. Zupełnie niepotrzebnie. Genialne pióro, a książkę, mimo bolesnego i trudnego tematu, czyta się doskonale.
Imre Kertesz, Los utracony, przeł Krystyna Pisarska, s. 269, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002.
Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
-------------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Projekt Nobliści, Book-Trotter - literatura węgierska, Wojna i literatura, Czytamy książki historyczne.


