Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytamy książki historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytamy książki historyczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 listopada 2012

LOS UTRACONY, IMRE KERTESZ


Imre Kertesz wielokrotnie podkreślał, że „Los utracony” nie jest powieścią autobiograficzną, chociaż z pewnością można w niej znaleźć wątki zaczerpnięte z obozowych przeżyć autora. Świat ukazany w książce oglądamy oczami blisko piętnastoletniego Żyda z Budapesztu. Jest on dzieckiem rozwiedzionych rodziców, dosyć spolegliwej natury, który nie ma pretensji do świata i ludzi o rzeczy, które dotykają jego, jego bliskich i Żydów w ogóle. „Zresztą człowiek nie decyduje sam o pewnych różnicach, w końcu właśnie po to, jak wiem, są żółte gwiazdy[…]”. Podobnie zareagował, kiedy wraz z innymi kolegami z pracy został złapany w jednej z łapanek i w efekcie wysłany do obozu pracy. Jego naiwność, prostota w osądzaniu ludzi i sytuacji przeraża, ale też chwyta za gardło i zostawia nas z okrzykiem grozy i protestu na ustach. Główny bohater opowiada nam o tym co widzi niemal bez emocji, starając się zawsze znaleźć jakiś pozytyw w tragicznej sytuacji. Potrafi docenić dobre maniery, wygląd czy sumienne wykonywanie obowiązków przez żandarmów i żołnierzy. Jakże szokujące jest to, że polubił swoich, jakby nie było, oprawców. Przyznaję, że byłam zszokowana tą uległą, pozbawioną złości i nienawiści, postawą. Jest jak owieczka, która jedzie na rzeź...

Oświęcim – Buchenwald – Zeitz – Buchenwald. Tak wyglądała rozpoczęta w 1944 roku obozowa tułaczka.  Docierając do pierwszego, trzydniowego przystanku w Oświęcimiu – Brzezince wychodzi brak orientacji w tym, co naprawdę się dzieje i dziecięca ufność, że będzie tak,  jak obiecano – praca i nowe doświadczenie życiowe.  Mówi:
Mogłem się rozejrzeć dookoła, trochę zorientować, gdzie właściwie jesteśmy. Stacja była schludna. Pod naszymi stopami, jak zwykle w takich miejscach, żwir, dalej pas trawy, w niej żółte kwiaty, biegnącą w nieskończoność, nieskazitelnie biała asfaltowa szosa. Zauważyłem tez, ze owa szosę oddziela od zaczynającego się za nią olbrzymiego terenu rząd jednakowo wygiętych słupków, miedzy którymi połyskuje metalicznie drut kolczasty. Łatwo się domyślić: tu zapewne mieszkają więźniowie. Po raz pierwszy – może dlatego, ze po raz pierwszy miałem na to czas – zaczęli mnie bardziej interesować i byłem ciekaw, co takiego przeskrobali.”. Oświęcim był dla niego czekaniem na coś nowego i innego, pomimo tego, że stopniowo bohater zaczął sobie zdawać sprawę, że to fabryka śmierci, z której wychodzi się najczęściej przez komin krematorium. Kiedy dociera do kolejnego celu w okolicach miasta Weimar - cieszy się, wspomina słowa Goethego z „Króla Olch”:  „Noc padła na las, las w mroku spal…”, a my dodajemy po cichu: „ a w pobliżu Buchenwald…”. 

Co było najstraszniejsze w obozowym doświadczeniu? Nuda. Tak, najbardziej doskwierała mu nuda, te chwile pomiędzy, kiedy zostaje się z samym sobą i pozostaje oczekiwać i mieć nadzieję, że nic się nie stanie, że nie będzie gorzej, że zostanie jak jest.
Wstrząsające dla mnie jest to pogodzenie się z losem, przyjęcie życia takim, jakie jest, mimo, że dla mnie, i zapewne milionów, taki los nie powinien spotkać żadnego człowieka, bez względu na rasę, wyznanie, kraj pochodzenia, język.  Naturalną reakcją dla mnie jest protest, złość, pretensja... Jednak nie dla głównego bohatera - on jest inny. Może to jego sposób na przetrwanie? Adaptacja.

Tak jeszcze nikt nie opowiadał o Zagładzie. Jak mam więc zareagować na ostatnie zdania powieści, które wypowiada samotny, niezrozumiany przez wszystkich, piętnastoletni chłopiec o ciele starca złamanym przez obozowe warunki?
"Czeka na mnie matka i na pewno bardzo się mną ucieszy,biedaczka. Pamiętam, że kiedyś chciała, bym został inżynierem, lekarzem czy kimś w tym rodzaju. I tak będzie z całą pewnością, tak, jak sobie tego życzy; nie ma takiego absurdu, którego nie moglibyśmy w sposób naturalny przeżyć, a na mojej drodze, już teraz to wiem, czeka na mnie, niby jakaś nieunikniona pułapka, szczęście. Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta tylko o rzeczy trudne, o "koszmary": choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają,muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych. Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę."
Jak to pojąć? Kiedy wszystko we mnie się buntuje przeciwko takiej rzeczywistości? Kiedy serce rozrywa mi rozpacz na samą myśl?

"Los utracony" to pierwsza część tetralogii "Ludzi bez losu", z największą przyjemnością sięgnę po "Fiasko" oraz "Kadysz za nienarodzone dziecko", a nad "Likwidacją" się zastanowię. Przyznaję, że trochę obawiałam się spotkania z Kerteszem. Zupełnie niepotrzebnie. Genialne pióro, a książkę, mimo bolesnego i trudnego tematu, czyta się doskonale. 




Imre Kertesz, Los utracony, przeł Krystyna Pisarska, s. 269, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002.



Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-------------------------


Image and video hosting by TinyPic


środa, 14 listopada 2012

KOBIETA, KTÓRĄ PORWAŁ WIATR, CLAUS STEPHANI


Claus Stephani w swojej debiutanckiej powieści „Kobieta, która porwał wiatr” zabiera nas  w podróż w przeszłość. Cofamy się do roku 1925 roku.  Znajdujemy się w Bukowinie, krainie pomiędzy Karpatami Wschodnimi a Dniestrem. Wiatr historii spowodował, ze na tej ziemi, a także w Mołdawii i Marmaroszu, gdzie także toczy się akcja książki, mieszkają obok siebie Rumuni, Węgrzy, Żydzi, Polacy, Niemcy i Ukraińcy. Każda nacja zachowała swój język, obyczaje i wierzenia, długo nie stanowiło to problemu. Do czasu… Chociaż wieści do ukrytych wśród gór wiosek dochodziły z kilkumiesięcznym, a czasami i rocznym opóźnieniem, to coraz częściej docierał i tutaj głos z zachodu mówiący językiem przesyconym rasizmem i antysemityzmem. Żydom zaczynało się wieść coraz gorzej i narażeni byli na różne szykany, mimo iż wcześniej nikomu nie wadzili jako sąsiedzi. Tam, do tych wsi, zapuszczały się do tej pory jedynie wilki i czasami prikulicze. Czasami te wilki miały ludzkie twarze, w wierzeniach mieszkańców i w rzeczywistości.


Bukowina dzisiaj. Z prawej strony - Bukowina Poludniowa, należąca do Rumunii. Górna lewa mapa pokazuje Bukowinę Północną, należącą dziś do Ukrainy. Dolna lewa mapa pokazuje dawną Bukowinę na tle współczesnej Europy. Źródło - Wikipedia. 

"Kobieta, którą porwał wiatr", to historia głównie dwóch kobiet: Bajli i jej córki Marii, których jedynym przewinieniem było to, że urodziły się jako Żydówki, w tych okrutnych, dla narodu tułaczy, czasach. Na początku poznajemy historię Bajli, córki Hermanna Salomona Wagnera z Hilboki koło Suczawy w Bukowinie Południowej. Po śmierci rodziców Bajla poślubiła Jakoba, kuśnierza, i przeniosła się z nim do Arwinicy. Pewnego dnia, Bajla zobaczyła na stoku góry Paduerancę – Czarną Matkę Lasu, która po raz pierwszy ukazała się żydowskiej kobiecie, przynosząc ze sobą zapowiedź nieszczęścia. Tragedia, którą wieściła, nie dotyczyła tylko samej Bajli, chociaż bez wątpienia dotknęła ją bardzo boleśnie, ale wszystkich Żydów.

Jej ukochany Jakob ginie, zostaje zabity przed ludzi w zielonych uniformach, tylko dlatego, ze był Żydem. Bajla zostaje sama w Arwinicy, która staje się dla niej coraz ciaśniejsza. Ładna kobieta bez mężczyzny nie należy do nikogo, a to niekiedy znaczy, ze do wszystkich należy. Taki jej już los. Jest jak liść na gościńcu. Byle podmuch może ja zwiać z obranej drogi, byle przechodzień zdeptać. Tak to jest w tym kraju. Bajla coraz częściej widzi szare cienie wilków, która krążą wokół jej domu. Nawet po odejściu z Arwenicy, ich wataha będzie ciągle ją ścigać w snach i w rzeczywistości, rzadko kiedy poczuje się bezpieczna. Los wyznaczyl jej krętą ścieżkę, pełną bólu, lęku, przemocy, ale również wielkich namiętności. Z jednej takiej namiętności narodzi się jej córka – Maria.

Z Marią spotykamy się ponownie w 1965 roku, kiedy wraca do kraju swego dzieciństwa i próbuje poskładać elementy życiowej układanki, którą wiatr historii i wielkich zmian rozwiał na wiele stron świata. Czy odnajdzie to, czego szuka? 

„Kobieta, którą porwał wiatr” to książka, którą przeczytałam z dużą przyjemnością i muszę przynać, że jak na powieściowy debiut, to naprawdę udana pozycja. Zauroczyły mnie doskonale wplecione w fabułę bajki i legendy, dzięki którym ta piękna ziemia o bolesnej historii, została otulona mgiełką tajemniczości i magii. Pozwoliły mi one również lepiej zrozumieć mentalność ludzi, którzy ją zamieszkiwali, czasami tłumaczyły ich wybory i decyzje, które dla nas współczesnych, bez znajomości tych podań, byłyby już zupełnie niezrozumiale.
Powieść jest napisana pięknym, bardzo obrazowym językiem, w którym znajdziemy sporo regionalizmów i wtrąceń w jidysz, a także po niemiecku, rumuńsku oraz węgiersku, podkreślających odmienność ludów tam mieszkających. Na pewno wymaga to początkowo większego skupienia i odcyfrowania pewnych znaczeń, lecz w miarę przewracanych stron nie miało to już żadnego dla mnie znaczenia.
Claus Stephani bardzo dobrze odmalował historyczne tło, które jest niezbędne do zrozumienia wydarzeń w przededniu II wojny światowej i w czasie jej trwania. Wstrząsnął mną nie tylko tragiczny los Żydów, ale wszystkich mieszkańców Bukowiny, Mołdawii i Marmarosza. Jedni na przykład zasypiali w Rumunii, a budzili się już na Węgrzech nic o tym nie wiedząc, drudzy, mam tu na myśli Niemców, musieli porzucać swoje domostwa i uciekać na zachód w obawie przed żołnierzami radzieckimi. W większości byli to zwykli ludzie, którzy mieli znikome pojęcie o tym, co się działo w sąsiednim mieście, a co dopiero za granicą państwa.  


Napisałam sporo o kontekście historycznym, ponieważ przyznaję, że dla mnie, jako czytelniczki, jest on bardzo ciekawy, zmuszający do pogrzebania w czeluściach internetu, przyjrzeniu się kilku mapom. Wyróżnia on też tą książkę na tle innych,  traktujących o wielkich, tragicznych namiętnościach, ale zapewniam, że nie wiedzie prymu. Historia głównych bohaterek jest tak niesamowita, że z pewnością pomyślałabym, iż autora nieźle poniosła wyobraźnia, ze względu na nagromadzenie wprost niewiarygodnych zdarzeń, które miały miejsce w ich życiu. Jednakże w przedmowie przeczytałam: Ta niezwykła historia miłosna opowiada o prawdziwych zdarzeniach. (…) W tekście zmienione zostały nazwiska i imiona pewnych osób, a w dwóch przypadkach nazwy miejscowości, żeby chronić jeszcze żyjących i nie narazić na szwank pamięci o tych, którzy rozstali się już ze światem. I właśnie dlatego ostatni rozdział zostawił mnie z lekko rozdziawionymi ustami. 




Claus Stephani, Kobieta, którą porwał wiatr, przeł. Andrzej Wajs, s.304, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.


Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

----------------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Wojna i Literatura, History Books.


Image and video hosting by TinyPic