Claus Stephani w swojej debiutanckiej powieści „Kobieta, która porwał wiatr” zabiera nas w podróż w przeszłość. Cofamy się do roku 1925 roku. Znajdujemy się w Bukowinie, krainie pomiędzy Karpatami Wschodnimi a Dniestrem. Wiatr historii spowodował, ze na tej ziemi, a także w Mołdawii i Marmaroszu, gdzie także toczy się akcja książki, mieszkają obok siebie Rumuni, Węgrzy, Żydzi, Polacy, Niemcy i Ukraińcy. Każda nacja zachowała swój język, obyczaje i wierzenia, długo nie stanowiło to problemu. Do czasu… Chociaż wieści do ukrytych wśród gór wiosek dochodziły z kilkumiesięcznym, a czasami i rocznym opóźnieniem, to coraz częściej docierał i tutaj głos z zachodu mówiący językiem przesyconym rasizmem i antysemityzmem. Żydom zaczynało się wieść coraz gorzej i narażeni byli na różne szykany, mimo iż wcześniej nikomu nie wadzili jako sąsiedzi. Tam, do tych wsi, zapuszczały się do tej pory jedynie
wilki i czasami prikulicze. Czasami te wilki miały ludzkie twarze, w
wierzeniach mieszkańców i w rzeczywistości.
"Kobieta, którą porwał wiatr", to historia głównie dwóch kobiet: Bajli i jej córki Marii, których jedynym przewinieniem było to, że urodziły się jako Żydówki, w tych okrutnych, dla narodu tułaczy, czasach. Na początku poznajemy historię Bajli, córki Hermanna Salomona Wagnera z Hilboki koło Suczawy w Bukowinie Południowej. Po śmierci rodziców Bajla poślubiła Jakoba, kuśnierza, i przeniosła się z nim do Arwinicy. Pewnego dnia, Bajla zobaczyła na stoku góry Paduerancę – Czarną Matkę Lasu, która po raz pierwszy ukazała się żydowskiej kobiecie, przynosząc ze sobą zapowiedź nieszczęścia. Tragedia, którą wieściła, nie dotyczyła tylko samej Bajli, chociaż bez wątpienia dotknęła ją bardzo boleśnie, ale wszystkich Żydów.
Jej ukochany Jakob ginie, zostaje zabity przed
ludzi w zielonych uniformach, tylko dlatego, ze był Żydem. Bajla zostaje sama w
Arwinicy, która staje się dla niej coraz ciaśniejsza. Ładna kobieta bez mężczyzny nie należy do nikogo, a to niekiedy znaczy,
ze do wszystkich należy. Taki jej już los. Jest jak liść na gościńcu. Byle podmuch
może ja zwiać z obranej drogi, byle przechodzień zdeptać. Tak to jest w tym
kraju. Bajla coraz częściej widzi szare cienie wilków, która krążą wokół jej
domu. Nawet po odejściu z Arwenicy, ich wataha będzie ciągle ją ścigać w snach i w rzeczywistości,
rzadko kiedy poczuje się bezpieczna. Los wyznaczyl jej krętą ścieżkę, pełną bólu,
lęku, przemocy, ale również wielkich namiętności. Z jednej takiej namiętności
narodzi się jej córka – Maria.
Z Marią spotykamy się ponownie w 1965 roku, kiedy wraca do
kraju swego dzieciństwa i próbuje poskładać elementy życiowej układanki, którą wiatr
historii i wielkich zmian rozwiał na wiele stron świata. Czy odnajdzie to,
czego szuka?
„Kobieta, którą porwał wiatr” to książka, którą przeczytałam z dużą przyjemnością i muszę przynać, że jak na powieściowy debiut, to naprawdę udana pozycja. Zauroczyły mnie doskonale wplecione w fabułę bajki i legendy, dzięki którym ta piękna ziemia o bolesnej historii, została otulona mgiełką tajemniczości i magii. Pozwoliły mi one również lepiej zrozumieć mentalność ludzi, którzy ją zamieszkiwali, czasami tłumaczyły ich wybory i decyzje, które dla nas współczesnych, bez znajomości tych podań, byłyby już zupełnie niezrozumiale.
Powieść jest napisana pięknym, bardzo
obrazowym językiem, w którym znajdziemy sporo regionalizmów i wtrąceń w
jidysz, a także po niemiecku, rumuńsku oraz węgiersku, podkreślających odmienność ludów tam mieszkających. Na pewno wymaga to początkowo większego skupienia i
odcyfrowania pewnych znaczeń, lecz w miarę przewracanych stron nie miało to już
żadnego dla mnie znaczenia.
Claus Stephani bardzo dobrze odmalował
historyczne tło, które jest niezbędne do zrozumienia wydarzeń w przededniu II
wojny światowej i w czasie jej trwania. Wstrząsnął mną nie tylko tragiczny los
Żydów, ale wszystkich mieszkańców Bukowiny, Mołdawii i Marmarosza. Jedni na przykład zasypiali w
Rumunii, a budzili się już na Węgrzech nic o tym nie wiedząc, drudzy, mam tu na
myśli Niemców, musieli porzucać swoje domostwa i uciekać na zachód w obawie
przed żołnierzami radzieckimi. W większości byli to zwykli ludzie, którzy mieli
znikome pojęcie o tym, co się działo w sąsiednim mieście, a co dopiero za
granicą państwa.
Napisałam sporo o kontekście historycznym, ponieważ przyznaję, że dla mnie, jako czytelniczki, jest on bardzo ciekawy, zmuszający do pogrzebania w czeluściach internetu, przyjrzeniu się kilku mapom. Wyróżnia on też tą książkę na tle innych, traktujących o wielkich, tragicznych namiętnościach, ale zapewniam, że nie wiedzie prymu. Historia głównych bohaterek jest tak niesamowita, że z pewnością pomyślałabym, iż autora nieźle poniosła wyobraźnia, ze względu na nagromadzenie wprost niewiarygodnych zdarzeń, które miały miejsce w ich życiu. Jednakże w przedmowie przeczytałam: Ta niezwykła historia miłosna opowiada o prawdziwych zdarzeniach. (…) W tekście zmienione zostały nazwiska i imiona pewnych osób, a w dwóch przypadkach nazwy miejscowości, żeby chronić jeszcze żyjących i nie narazić na szwank pamięci o tych, którzy rozstali się już ze światem. I właśnie dlatego ostatni rozdział zostawił mnie z lekko rozdziawionymi ustami.
Claus Stephani, Kobieta, którą porwał wiatr, przeł. Andrzej Wajs, s.304, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.
Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
----------------------------------


Intrygujące są Twoje rozdziawione usta. Zdecydowanie zachęcające:-) Chyba jednak warto bo przez moment czytając Twoją recenzje miałam wątpliwości.
OdpowiedzUsuńMasz znów jakieś nowe wyzwania:-) Ekscytujące i pełne podziwu.
:D
UsuńKrztusze sie ze smiechu :D. Nawet nie wiesz, jak mi milo, ze tutaj zagladasz i zawsze napiszesz cos, co mnie rozbawia:)
Sadze, ze Tobie powiesc sie spodoba, naprawde jest zgrabnie napisana. Mozna w niej znalezc wzruszajace, oburzajace, a takze pikantne momenty. Wszystko napisane jednak ze smakiem.
Ano postanowilam w tym roku zdobyc korone krolowej tegorocznych wyzwan, bo na inne raczej sie juz nie zalapie :D
Zaglądam, zaglądam... Ciągle! Z niecierpliwością wyglądam każdej nowej odsłony. Z rozdziawioną gębą odnotowuję wszystko co znajduję na blogu. Mam w tym wielką przyjemność i zabawę.
UsuńNie masz pojęcia jak mi miło że Tobie jest miło:-)
Książkę zaraz kupię, wiem gdzie jest niezła okazja! A niech leży nawet rok, ale jestem straszliwie zachęcona. Twoja odpowiedź do mojego komentarza przesądziła sprawę:-(
Książka jest w drodze do mnie. Zaczytuję się w historiach dotyczących II wojny światowej i holokaustu, więc powieść jest jak najbardziej dla mnie.
OdpowiedzUsuńJestem zachwycona Twoja recenzją :)
Dziekuje.
UsuńJestem ciekawa, jak Ty odbierzesz ta ksiazke. Doprawdy niesamowity splot wydarzen, gdyby nie zapewnienie autora, ze wszystko to wydarzylo sie naprawde, to ocieralby sie prawie o kicz.
Zapowiada się doskonale - fabuła jest fascynująca, cudowna okładka, a Twoja recenzja jest doskonałą przystawką przed daniem głównym, przed książką... :)
OdpowiedzUsuńOkladka wpadla mi w oko jeszcze przed przeczytaniem ksiazki, dostala sie nawet do mojej Top 10:), a przy tym jest niesamowicie mila w dotyku.
Usuńhttp://mysliczytelnika.blogspot.com/2012/10/top-10-ulubione-okadki-ksiazek.html
Ciesze sie jednak, ze ryzykowny, jak dla mnie, zakup debiutanckiej powiesci byl dobrym posunieciem. Mam nadzieje, ze bede mogla przeczytac wiecej ksiazek tego autora:)
Recenzja świetnie przybliża książkę :)
OdpowiedzUsuńMam nadzieje, ze i nie zniecheca do przeczytania:)
UsuńNiedawno czytałam zupełnie odmienną recenzję od Twojej. Krytykowano tę powieść za dłużyzny i toporny styl pisania. Tobie się podobało i teraz mam dylemat :)
OdpowiedzUsuńZawsze mozna przekartkowac w bibliotece czy ksiegarni i przekonac sie naocznie:), trudno mi wytlumaczyc dlaczego mnie sie podobala ksiazka, a komus nie:). Mam nadzieje, ze wynika to z notki.
UsuńJedynie, co mi sie nie podoba, to tytul, ale to wina tlumaczenia, bo w oryginale to "Blumenkind", a co to oznacza w ksiazce wyjasnione jest juz w poslowiu:)
Jasne, że trudno wytłumaczyć, dlaczego ktoś coś lubi, a ktoś inny już nie :) Chodziło mi o to, że powieść zbiera bardzo różnorodne opinie i chyba sama muszę się przekonać jak to z nią jest :)
Usuń