czwartek, 22 sierpnia 2013

AUTOMANIACZKA. Od Rometa do rajdu Dakar, Martyna Wojciechowska


Urodziłam się w tym samym roku co Martyna Wojciechowska, nasze mamy są rówieśniczkami, a ojcowie mieli motory WSK. Na tych podobieństwach mogłabym praktycznie skończyć, gdyby nie mrzonka o zdawaniu do Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie (ja, nie jak Martyna z powodu motocykla Hondy, która jeździła ówczesna drogówka, tylko z chęci rozwiązywania zagadek kryminalnych). W czasie, gdy ona tapetowała swój pokój zdjęciami z Motorradu, ja miałam Joe Tempesta z Europe, Modern Talking i Limahla. Oglądałam „Niekończąca się opowieść” oraz „E.T.”, a Martyna jeździła na motorynce do szkoły. Jeszcze jedno nas łączy. Może najważniejsze – spełnianie własnych marzeń.

Książka zaczyna się migawką z rajdu Dakar z 2002 roku i kończy szczegółową relacją. A co pomiędzy? Cała motobiografia Martyny. Od motorynki Romet, poprzez Simsony kupowane w sklepie ogrodniczym z czasach PRL-u, do tych największych, najdroższych jednośladów i wspaniałych samochodów. Książka oczywiście nie jest tylko o żelaznych rumakach, ale także o ludziach, którzy na nich jeżdżą bądź jeździli. Tam znajdziemy całą plejadę gwiazd świata motocyklowego i samochodowego oglądanych oczami Martyny, czasami także jej sercem. Ale najważniejsza jest Martyna. Taka, jaką znam z „Przesunąć horyzont”, ze swoją determinacją, siłą, ciągłym zmaganiem się ze słabościami charakteru i okolicznościami przyrody. Wyścigi na motorach, jazda bez prawa jazdy, szukanie swego miejsca w świecie zdominowanym przez mężczyzn i udawadnianie, że płeć nie ma znaczenia. Martyna, która otwarcie przyznaje, że kierowca rajdowym jest dobrym, ale nigdy nie będzie świetnym, dlatego zajęła się organizowaniem imprez, szukaniem sponsorów, była rzecznikiem prasowym. Kiedy jednak pojawiła się szansa, aby wziąć udział w najniebezpieczniejszym (i najdroższym) wyścigu do Dakaru nie wahała się. Dotarła na metę jako pierwsza Polka, a po drodze zrozumiała czym jest właściwie ten rajd i czy ma ochotę dalej tak intensywnie zajmować się sportem motorowym, który już coraz mniej ma wspólnego z prawdziwym sportem i czystym współzawodnictwem. Wszystko to zaś napisane z krytycznym spojrzeniem na własne dokonania i dystansem do samej siebie.

Książka jest pięknie wydana. Dobry papier, mnóstwo zdjęć z rodzinnego albumu Wojciechowskich, także tych z czasów „Automaniaka” i samego rajdu przez pustynię do Dakaru. Tekst jest napisany bardzo przystępnym językiem i zapewniam, że nawet osoba, która jest fanem motoryzacji inaczej, bez trudu będzie się poruszać także wśród danych technicznych, których jest naprawdę niewiele. Książka dla wszystkich tych, którzy marzą, jak Martyna - "Po prostu wierzę, że trzeba mieć odwagę marzyć i mieć odwagę realizować swoje marzenia. Ba! Trzeba mieć odwagę czasem pójść pod prąd”. A wszystko po to, aby któregoś dnia mogli powiedzieć: Każdego dnia budzę się z poczuciem, że mam życie najlepsze z możliwych - łączę pasję z pracą. I jeszcze dostaję za to pieniądze". Tak jak ja. Przez większość dni.



__________
Martyna Wojciechowska, Automaniaczka, G+J Gruner&Jahr, 2011, s. 360.



----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Nie tylko literatura piękna, Z literą w tle, Z półki - 2013, W prezencie.



Image and video hosting by TinyPic

12 komentarzy:

  1. Martynę Wojciechowską bardzo lubię i cenię, czytam wiele jej książek, jednak tą sobie odpuszczę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tematyka specyficzna i faktycznie nie kazdego moze zainteresowac.

      Usuń
  2. Mam tę książkę w domu na półce, jednak nie przeczytałam jej jeszcze w całości, choć przeglądałam. Martynę Wojciechowską lubię, czytałam jej książkę pt. "Kobieta na krańcu świata", a w domu mam inne, m.in. również tę, którą recenzowałaś (ale o tym już wspomniałam :)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat "Kobieta na koncu swiata" nie podobala mi, bo to taka kalka z programu telewizyjnego. Bardoz polecam "Przesunac horyzont" oraz "Etiopia. Ale czat!"

      Usuń
  3. Nie wiem czemu na postać Martyny tak rzutuje mój osąd w kwestii jej macierzyństwa.. Mam potworną alergię na matki zostawiające swoje dzieci (nieważne, że to coś innego niż porzucenie). Potworną (łamanie kołem jedyną słuszną karą). A przecież to jej prywatna sprawa, książka to coś innego.. Ale cóż, nie wiem czy się kiedykolwiek przełamię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martyna urodzila corke w 2008, a rajd Dakar byl w 2002. Pozniej z wielkich wypraw, to byla na Nowej Gwinei i Antarktydzie, ale widac, ze juz przystopowala (aby zdobyc dwa ostatnie szczyty z korony swiata).
      Rozumiem o co Ci chodzi, sama nie zostawilam mojego dziecka jeszcze nigdy, nawet na kilka dni.

      Usuń
    2. Wiem, wiem, że sporo się działo w jej życiu przed urodzeniem dziecka.. ale widzę, że rozumiesz ;) Po prostu nie lubię i już. Nahajem po białych plecach i tylko patrzeć czy żyje. Jestem w tej kwestii aż do przesady wredna...;/

      Usuń
    3. Ta storna Ciebie to dla mnie cos nowego :D

      Usuń
    4. U Liralel przyznawałam się do wiedźmowatości.. Jak widać, mam w sobie odrobinę wiedźmy :D

      Usuń
  4. Lubię programy telewizyjne Martyny Wojciechowskiej. Zawsze dowiaduję się z nich czegoś nowego i ciekawego. Po książki jeszcze nie sięgnęłam, ale może kiedyś? :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałabym sięgnąć po jakąś książkę Pani Wojciechowskiej, ale to chyba jednak nie będzie akurat ten tytuł :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna książka. Byłam zdziwona, że czytanie o obcych mi tematach niekoenciznie zgodnych z moimi zainteresowaniami tak mnie wciągnęło. Podziwiam autorkę, naprawdę podziwiam.

    OdpowiedzUsuń

Za Twój czas i każde pozostawione słowo bardzo dziękuję :)