Urodziłam się w tym samym roku co Martyna
Wojciechowska, nasze mamy są rówieśniczkami, a ojcowie mieli motory WSK. Na
tych podobieństwach mogłabym praktycznie skończyć, gdyby nie mrzonka o zdawaniu do Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie (ja, nie jak
Martyna z powodu motocykla Hondy, która jeździła ówczesna drogówka, tylko z chęci
rozwiązywania zagadek kryminalnych). W czasie, gdy ona tapetowała swój pokój zdjęciami
z Motorradu, ja miałam Joe Tempesta z Europe, Modern Talking i Limahla. Oglądałam „Niekończąca się opowieść” oraz „E.T.”, a Martyna jeździła
na motorynce do szkoły. Jeszcze jedno nas łączy. Może najważniejsze – spełnianie
własnych marzeń.
Książka zaczyna się migawką z rajdu Dakar
z 2002 roku i kończy szczegółową relacją. A co pomiędzy? Cała motobiografia
Martyny. Od motorynki Romet, poprzez Simsony kupowane w sklepie ogrodniczym z
czasach PRL-u, do tych największych, najdroższych jednośladów i wspaniałych samochodów.
Książka oczywiście nie jest tylko o żelaznych rumakach, ale także o ludziach, którzy
na nich jeżdżą bądź jeździli. Tam znajdziemy całą plejadę gwiazd świata
motocyklowego i samochodowego oglądanych oczami Martyny, czasami także jej
sercem. Ale najważniejsza jest Martyna. Taka, jaką znam z „Przesunąć horyzont”,
ze swoją determinacją, siłą, ciągłym zmaganiem się ze słabościami
charakteru i okolicznościami przyrody. Wyścigi na motorach, jazda bez prawa
jazdy, szukanie swego miejsca w świecie zdominowanym przez mężczyzn i
udawadnianie, że płeć nie ma znaczenia. Martyna, która otwarcie przyznaje, że
kierowca rajdowym jest dobrym, ale nigdy nie będzie świetnym, dlatego zajęła się
organizowaniem imprez, szukaniem sponsorów, była rzecznikiem prasowym. Kiedy
jednak pojawiła się szansa, aby wziąć udział w najniebezpieczniejszym (i najdroższym)
wyścigu do Dakaru nie wahała się. Dotarła na metę jako pierwsza Polka, a po
drodze zrozumiała czym jest właściwie ten rajd i czy ma ochotę dalej tak
intensywnie zajmować się sportem motorowym, który już coraz mniej ma wspólnego
z prawdziwym sportem i czystym współzawodnictwem. Wszystko to zaś napisane z
krytycznym spojrzeniem na własne dokonania i dystansem do samej siebie.
Książka jest pięknie wydana. Dobry papier, mnóstwo
zdjęć z rodzinnego albumu Wojciechowskich, także tych z czasów „Automaniaka” i
samego rajdu przez pustynię do Dakaru. Tekst jest napisany bardzo przystępnym językiem
i zapewniam, że nawet osoba, która jest fanem motoryzacji inaczej, bez trudu będzie
się poruszać także wśród danych technicznych, których jest naprawdę niewiele. Książka
dla wszystkich tych, którzy marzą, jak Martyna - "Po
prostu wierzę, że trzeba mieć odwagę marzyć i mieć odwagę realizować swoje
marzenia. Ba! Trzeba mieć odwagę czasem pójść pod prąd”. A wszystko po to,
aby któregoś dnia mogli powiedzieć: „Każdego dnia budzę się z poczuciem, że mam
życie najlepsze z możliwych - łączę pasję z pracą. I jeszcze dostaję za to
pieniądze". Tak jak ja. Przez większość dni.
__________
Martyna Wojciechowska, Automaniaczka, G+J
Gruner&Jahr, 2011, s. 360.
----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Nie tylko literatura piękna, Z literą w tle, Z półki - 2013, W prezencie.

Martynę Wojciechowską bardzo lubię i cenię, czytam wiele jej książek, jednak tą sobie odpuszczę;)
OdpowiedzUsuńTematyka specyficzna i faktycznie nie kazdego moze zainteresowac.
UsuńMam tę książkę w domu na półce, jednak nie przeczytałam jej jeszcze w całości, choć przeglądałam. Martynę Wojciechowską lubię, czytałam jej książkę pt. "Kobieta na krańcu świata", a w domu mam inne, m.in. również tę, którą recenzowałaś (ale o tym już wspomniałam :)).
OdpowiedzUsuńAkurat "Kobieta na koncu swiata" nie podobala mi, bo to taka kalka z programu telewizyjnego. Bardoz polecam "Przesunac horyzont" oraz "Etiopia. Ale czat!"
UsuńNie wiem czemu na postać Martyny tak rzutuje mój osąd w kwestii jej macierzyństwa.. Mam potworną alergię na matki zostawiające swoje dzieci (nieważne, że to coś innego niż porzucenie). Potworną (łamanie kołem jedyną słuszną karą). A przecież to jej prywatna sprawa, książka to coś innego.. Ale cóż, nie wiem czy się kiedykolwiek przełamię.
OdpowiedzUsuńMartyna urodzila corke w 2008, a rajd Dakar byl w 2002. Pozniej z wielkich wypraw, to byla na Nowej Gwinei i Antarktydzie, ale widac, ze juz przystopowala (aby zdobyc dwa ostatnie szczyty z korony swiata).
UsuńRozumiem o co Ci chodzi, sama nie zostawilam mojego dziecka jeszcze nigdy, nawet na kilka dni.
Wiem, wiem, że sporo się działo w jej życiu przed urodzeniem dziecka.. ale widzę, że rozumiesz ;) Po prostu nie lubię i już. Nahajem po białych plecach i tylko patrzeć czy żyje. Jestem w tej kwestii aż do przesady wredna...;/
UsuńTa storna Ciebie to dla mnie cos nowego :D
UsuńU Liralel przyznawałam się do wiedźmowatości.. Jak widać, mam w sobie odrobinę wiedźmy :D
UsuńLubię programy telewizyjne Martyny Wojciechowskiej. Zawsze dowiaduję się z nich czegoś nowego i ciekawego. Po książki jeszcze nie sięgnęłam, ale może kiedyś? :D
OdpowiedzUsuńChciałabym sięgnąć po jakąś książkę Pani Wojciechowskiej, ale to chyba jednak nie będzie akurat ten tytuł :)
OdpowiedzUsuńŚwietna książka. Byłam zdziwona, że czytanie o obcych mi tematach niekoenciznie zgodnych z moimi zainteresowaniami tak mnie wciągnęło. Podziwiam autorkę, naprawdę podziwiam.
OdpowiedzUsuń