„Kto wiatr sieje…” jest czwartą częścią sagi Dollangangerów napisaną przez Virginię Andrews. Przyznaję, że mam słabość do tej sagi i mimo trudnych tematów czytało mi się ją doskonale.
Chris i Cathy są już atrakcyjnymi pięćdziesięciolatkami. Z trójką dzieci próbują nadal budować swój świat oparty na misternych kłamstwach i rodzinnych tragediach. Jory i Melody święcą tryumfy na światowych baletowych scenach, Cindy jest urodziwą szesnastolatką wkraczającą w kobiecy świat, a Bart kończy Harvard na wydziale prawniczym z bardzo wysokimi notami. Jeszcze raz upomni się o ich rodzinę Foxworth Hall odbudowany przez Corrine, która przekazała go Bartowi. W dniu dwudziestych piątych urodzin Barta ma zostać odczytany testament Corrine, a sam Bart spodziewa się odziedziczyć cały majątek z Foxworth Hall włącznie. Sam włożył w dokończenie odbudowy dużo pieniędzy i serca pragnąc, aby nie tylko dorównywał on starej rezydencji, ale wręcz ją przyćmiewał. Bart planuje z tej okazji wydać ogromne przyjęcie, na które ściąga do swej rezydencji nie tylko Cathy i Chrisa, ale również swojego brata z żoną. Przybędzie również jego przybrana siostra Cindy. Bart przeszedł leczenie psychiatryczne i według lekarzy można go nazwać wyleczonym. Czy aby na pewno? Czy pozbył się swych dawnych frustracji i uwolnił się od fascynacji pradziadkiem Malcolmem? Jakie niespodzianki planuje dla swojej rodziny? Czy wydarzy się kolejna tragedia? A może wyczerpano już limit nieszczęść na jedną rodzinę Dollangangerów?
Szczerze mówiąc ta część sagi nie poruszyła mnie aż tak bardzo, jak poprzednie. Znając już Barta spodziewałam się po nim wszystkiego najgorszego i od pierwszych stron nie budził mojej sympatii, za to byłam pełna podejrzeń co do jego intencji. Cathy i Chris drażnili mnie nieco swoją układnością i przemowami do pozostałych członków rodziny rodem z poradników psychologicznych. Nie mogłam wręcz uwierzyć, że mimo swych poprzednich doświadczeń byli tak bardzo naiwni. Na zewnątrz wydawali się piękni i silni, ale żyły w nich wciąż kruche drezdeńskie laleczki. Cathy nigdy nie wybaczyła swojej matce, że wybrała miłość innego mężczyzny ponad miłość do własnych dzieci, ale sama postępuje bardzo podobnie. Nie ma sił zerwać toksycznego związku z osobą, którą kocha najbardziej na świecie, nawet za cenę szczęścia swoich dzieci, w szczególności Barta. Smutna to historia pokazująca, że mimo największych starań nie można zbudować trwałego, dobrego domu, gdy podwaliny są zmurszale i w każdej chwili mogą runąć. Nawet ogrom pieniędzy nie potrafi uleczyć chorej wewnętrznie rodziny.
Czułam się zmanipulowana przez autorkę, która niby mimochodem segreguje bohaterów na tych dobrych i złych. Czy rzeczywiście Chris i Cathy są pozytywnymi bohaterami? Czy przebyta tragedia może usprawiedliwiać każdą ich życiową decyzję? Jaki byłby Bart, gdyby od dziecka nie musiał walczyć o uczucia matki z Chrisem, Jorym i Cindy? Dlaczego Cathy nie potrafiła kochać jednakowo, a może po prostu nie chciała?
Czułam się zmanipulowana przez autorkę, która niby mimochodem segreguje bohaterów na tych dobrych i złych. Czy rzeczywiście Chris i Cathy są pozytywnymi bohaterami? Czy przebyta tragedia może usprawiedliwiać każdą ich życiową decyzję? Jaki byłby Bart, gdyby od dziecka nie musiał walczyć o uczucia matki z Chrisem, Jorym i Cindy? Dlaczego Cathy nie potrafiła kochać jednakowo, a może po prostu nie chciała?
Zakończenie słodko-gorzkie, po części spodziewane, bardzo w amerykańskim stylu. Czy jestem nim rozczarowana? Nie. Historia zatoczyła koło, umęczone dusze odnalazły spokój i, miejmy nadzieję, szczęście. Parę łez popłynęło po zamknięciu książki. Trudno było mi się rozstać z bohaterami książki. Tak - wiem, przede mną jeszcze część piąta, ale właściwie powinno się ją czytać jako pierwszą, opowiada bowiem o tym, jak to się wszystko zaczęło.
Virgina C. Andrews, Kto wiatr sieje.../Seeds of Yesterday, przeł. Marek Ostaszewski, s. 414, Świat Książki, Warszawa 1996.
--------------------------------
Książkę przeczytałam w ramach "Tygodnia bez nowości".



