Inna to książka, bardziej smutna,
nostalgiczna. O ludziach samotnych, niekochanych, porzuconych, szukających
drogi do siebie i innych. Znowu pojawiła się moja ulubiona Aurelka Jedwabińska, przez Borejków
ciągle nazywana Geniusią. Nie jest to jednak to samo dziecko, które pukało od
mieszkania do mieszkania wpraszając się na obiadek. Mama Aurelki umarła rok wcześniej i ta znowu sama,
emocjonalnie osierocona w zimnym domu ojca i jego nowej żony. Jak dobrze, że odnalazła
drogę do Pobiedzisk i swojej babci Jedwabińskiej, która przytuliła ją do swego
serca. Tam padły najpiękniejsze słowa o odchodzeniu: „Różne nam Pan Bóg daje zadania w życiu: umieranie jest też zadaniem. A
że każdy ma coś do zrobienia na tym świecie i po to się rodzi, wiąc trzeba się posunąć,
żeby dla innych też było miejsce”. Z rozczuleniem czytałam, jak babcia Jedwabińska
mówi do Aurelii „Orelko”, wiem, że gdybym miała tak na imię, to moja babcia również
by tak do mnie mówiła. Pobiedziska to znowu wycieczka w przeszłość, do świata,
gdzie zakupy robiło się w pawilonie (ileż wspomnień to słowo przywołało -
zabronionych eskapad do pawilonu, aby obejrzeć rzeczy, które wydawały mi się
takie piękne), a prało w pralce bębnowej i było to przedsięwzięcie na
przynajmniej pół dnia. Tak przyjemnie było mi na sercu, kiedy Aurelka odnalazła
drogę nie tylko do Pobiedzisk, ale i serca swojego ojca, gdzie, mam nadzieję,
zamieszka na stałe.
W „Dziecku piątku” znowu pojawili się i inni
moi ulubieńcy. Przede wszystkim Gabrysia kwitnąca pod czujnym okiem Grzegorza i
spodziewająca się dziecka, a także Kreska i Kozio Bitner, który wyrósł już na
Konrada. Wspaniale było znowu ich spotkać. Bardzo cieple uczucia wzbudził we
mnie pan Bronek Jankowiak, którego wchłonęła rodzina Borejków przy dużym
udziale Pyzy i Tygryska.
Nie wiem jak to jest, ale zawsze podczas
lektury kolejnej części „Jeżycjady” robię się głodna i zaczynam gotować i piec.
Stare, proste rzezy jak krupnik, zupę pomidorową, kluski śląskie, robię też
sałatę ze śmietaną i surówkę z kiszonej kapusty, placek z kruszonką. Moja
kuchnia, raczej międzynarodowa, zmienia się wtedy w typowo polską kuchnię, różne
smaki chodzą mi po głowie i koniecznie muszę moje myśli wprowadzić w czyn.
Pewnie dlatego, że jedzenie w „Jeżycjadzie” odgrywa dużą rolę. Jak można przejść
obojętnie obok kuchni, kiedy tam ciągle zajada się chlebem z miodem i popija go
mlekiem, gotuje pyzy na parze, piecze ciasta. Sama wyznaję taka maksymę życiową
jak Borejkowie – stół jednoczy, przy nim nie tylko się je, ale i rozmawia. Często
jest to jedyne miejsce i czas, kiedy domownicy mogą się spotkać. Toteż
celebruję nasze wspólne posiłki tak samo jak u Borejków.
____________
Małgorzata Musierowicz, Dziecko piątku, Akapit Press, s. 175.
Pierwsze zdanie: Od razu czlowiekowi lzej sie oddycha.
Ostatnie zdanie: - Na wszystko przyjdzie czas.
----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Czas na Jeżycjadę.

Pamiętam to zdanie o którym wspominasz. Dobry cytat.
OdpowiedzUsuńBardzo, bardzo przypadla i do serca ta madrosc babci Jedwabinskiej. Pieknie napisane.
UsuńDo Jeżycjady zawsze będę wracała, bo to ważna część mojego świata. Z rodziną Borejków dorastałam i czekam na moment, gdy po "Szóstą klepkę" sięgnie moja córka. Cała seria już zamieszkała na regale w pokoju dziewczyn, co nie znaczy, że mama pożegnała się z ulubionymi bohaterami:)
OdpowiedzUsuńSama watpie, czy bede miala komu ofiarowac moja Jezycjade, bo moj czteroletni Syn raczej sie nie zainteresuje ;)
UsuńZazdroszcze zatem, ze masz kogo oprowadzac po musierowiczowym Poznaniu.
Szczerze mówiąc Jeżycjady jeszcze nie przeczytałam. Od początku tego roku postanowiłam sobie, że to uczynię i zaczęłam czytać tom, po tomie całą tę serię. Jestem na "Brulionie Bebe B." i coraz bardziej mi się podobają książki pani Musierowicz. Jestem ciekawa co się wydarzy w następnych tomach. :)
OdpowiedzUsuńAniu, ja tez nie czytalam tej serii wczesniej, kazdy kolejny tom jest dla mnie odkryciem. Uwielbiam borejkow i pozostalych bohaterow ksiazki i swietnie sie bawie podczas czytania, a czasami i jakas lezka zakreci sie w oku...
UsuńWłaśnie niedawno w ramach przypomnienia sięgnęłam po "Szóstą klepkę".
OdpowiedzUsuńCzasy się zmieniają, ale to, co ważne w tych książkach się nie starzeje.
Kocham "Szosta klepke"! I masz racje, wartosci, o ktorych pisze Musierowicz nie starzeja sie mimo uplywu lat, dlatego tez te ksiazki wzruszaja mnie i w tej, zupelnie innej, rzeczywistosci.
UsuńIleż dobrych wspomnień przywołało mi czytanie Twojej recenzji ;) "Dziecko piątku" czytałam już szmat czasu temu, ale z chęcią bym powróciła do tej książki. Po to, by znów usłyszeć babciny głos mówiący "Orelko" i zasmakować rodzinnego ciepła Borejków. Aż mnie zmotywowałaś do tego, by w końcu zabrać się za kolejną część Jeżycjady i znów ruszyć w tą sentymentalną podróż ;)Jak tylko będę w bibliotece wypożyczam więc "Kalamburkę"
OdpowiedzUsuńDo "Kalamburki" to mam jeszcze kilka ksiazek. Teraz pewnie zrobie sobie mala przerwe, ale jestem pewna, ze po niedlugim czasie znowu wroce do Poznania ogrzac sie troche na Roosevelta 5.
UsuńCykl, który się nie starzeje :)
OdpowiedzUsuńPrzeslania, ktore niosa te ksiazki nigdy sie nie starzeja i pewnie dlatego, nawet po wielu latach wciaz rozczula kolejne tabuny nastolatek, ich mam i babc. :)
UsuńW każdym etapie życia dobieram sobie inną książkę z Jeżycjady. Teraz przyszedł czas na "Dziecko piątku". Jakbym odkrywała je na nowo. Tak jak powiedziałaś w pierwszych zdaniach - najsmutniejsza, najbardziej refleksyjna z części. Wspaniała.
OdpowiedzUsuńA z tym jedzeniem i ja mam podobnie. Pamiętam, czytałam "Dziecko piątku" za pierwszym razem i o północy zachciało mi się tych kiszonych ogóreczków, które jadła Gabrysia...
Trzymam sie bardzo i staram sie nie zagladac zbyt czesto do ksiazki Musierowicz "Lasuch literacki", gdzie jest masa przepisow na potrawy z Jezycjady. Gdyby nie pozna godzina, pewnie popedzilabym do kuchni i robila "zlote jablka Hesperyd" z "Dziecka piatku" czy "Paluskzi Aspazji".
UsuńA takie ogorki tez chetnie bym zjadla. Milosc pachnaca koperkiem i ogorkami malosolnymi. Jak pieknie!