Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Petra Hulova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Petra Hulova. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2013

STACJA TAJGA, Petra Hůlová


„Stacja tajga” Petry Hůlovej to nie jest książka, która przyniesie radość i odprężenie. To bardzo mroczna, dosyć przygnebiająca powieść, gdzie są „Czarne lasy. Jakby ciężarówkami zwożono do nich całą ciemność. Ciemnozielone, z polanami porośniętymi wiecznie mokrą trawą tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi”.
Książka wymaga od czytelnika skupienia, nadążania za skomplikowaną, chaotyczną narracją i mnogością wątków. Przeczytałam sto stron i ciągle nie byłam zdecydowana, czy chcę kontynuować czytanie, historie opowiadane w książce odpychały mnie, aby po chwili przykuć do fotela. Później zaś długo też nie byłam zdecydowana, czy ta powieść podoba mi się, czy wręcz przeciwnie. Nastąpił jednak przełom, który spowodował, że „Stacja tajga” wchłonęła mnie kompletnie i nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam końcowego akapitu, który wyjaśnia wszystko.
Dwa miejsca na mapie - zagubiony w syberyjskiej tajdze Charyń, którego nie ma nawet na wojskowych mapach, i Kopenhaga. Czasy tuż po drugiej wojnie światowej i współczesne. Dwie postacie – Hablund Doran, fabrykant marzyciel, który wybiera się na Syberię, aby zgłębić obrzęd Kawaszi i życie zagubionych w tajdze enklaw oraz antropolog Erske i jego podróż śladami Hablunda, pozornie aby wyjaśnić powody jego zniknięcia, ale przede wszystkim, aby podnieść swój prestiż na uczelni.

Muszę przyznać, że Petra Hůlová potrafi budować nastrój i napięcie. Jest w tej książce coś, co czuje się każdą komórką ciała, coś na kształt muzyki w filmie, coś, co powoduje podwyższoną czujność, napięcie i oczekiwanie na zbliżającą się katastrofę. Dzięki jej słowom tajga jest ciemna, groźna, niebezpieczna, a w Charyniu czuje się czające w mroku zło i tajemnice. Syberyjska zima jest oślepiająco biała i jeszcze bardziej mroźna, którą można znieść jako tako czytając książkę latem. Bo to tylko pozornie książka o zaginięciu i poszukiwaniach. Jest to przede wszystkim opowieść o mieszkańcach Syberii, mieszkających w jednej wiosce, ale tak naprawdę to daleko od siebie tak bardzo, że się bardziej nie da,  tubylcach – plemieniu Karów i przesiedleńcach. Przesiedleńcy znaleźli się w Charyniu za karę, większe lub mniejsze przewinienia przeciwko socjalistycznemu Kraju Rad, a Karowie, pogardliwie nazywani przez nich buraczarzami, byli tam od zawsze, ze swoją wiarą w wielu bogów, obrzędy i wielożeństwem. Przez przypadek zostali w tajdze odnalezieni i natychmiast usiłowano ich zmienić na modłę reszty kraju. Wszyscy zaś mają dwie wersje zdarzeń, jedną dla obcych, którym mówią co chcą lub jeszcze mniej, gdy zadawane są im pytania, drugą dla swoich.
Podobnie jak w „Czasie Czerwonych Gor” mamy zderzenie starego z nowym. Tak samo również, jak w poprzedniej książce Hulovej istotne są postacie kobiet. W „Stacji tajdze” kobiety są tylko pozornie podporządkowane mężczyznom, faktycznie mogą robić to, co chcą. Są niezależne, mają swoje cele. Nawet ci silni, mrukliwi mężczyźni wydają się przy nich słabi i nijacy.

„Stacja tajga” jest dobrą powieścią, ale nie porwała mnie tak, jak wielu innych. Być może sprawiła to mnogość wątków, a niektóre z nich przy końcu zostały jakby porzucone i pozostawione w zawieszeniu, a być może nadmiernie skomplikowany sposób opowiadania historii, moim zdaniem niekonieczny aż do takiego stopnia. Hůlová ma dobre pióro i potrafi tworzyć historie, cenię ją za przybliżanie tych miejsc na świecie, o których nie wiemy praktycznie nic i liczę na to, że w kolejnej książce znowu zabierze nas w jakiś nieznany zakątek świata. 


Powiazane linki:
  1. Czas Czerwonych Gór
____________

Petra Hůlová, Stacja Tajga, przeł. Piotr Godlewski, WAB, Warszawa 2011, s. 427.

Pierwsze zdanie: Hablund przede wszystkim był zachwycony.

Ostatniego zdania nie ma, aby uniknąć spojlera.


----------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, Rosja w literaturze, Z półki - 2013.


Image and video hosting by TinyPic

niedziela, 11 listopada 2012

CZAS CZERWONYCH GÓR, PETRA HULOVA


Mongolia. Kraj pomiędzy Chinami i Rosją, który nie może się bronić przed wpływem tych dwóch państw. Czerwone Góry. Unoszą się nad mongolskim stepem, bo jak podaje legenda jako jedyne ocalały po przejściu olbrzymów. Poza nimi nie ma nic, tylko bezkres spalonych słońcem traw. Gdzieniegdzie można zobaczyć ger, otoczony zapachami chuszury i kumysu a w nim rodzinę, która zajmuje się wypasaniem owiec i hodowlą koni.
Dzeja zaczyna i kończy opowieść o losach swoich i innych kobiet, a do jej historii dołączają swe cegiełki jej córka, matka, oraz dwie siostry – Nara i Ojuna. Na początku siadamy razem z Dzeją w gerze przykryci śmierdzącą wielbłądzią skórą. Po podłodze walają się skorupy, resztki jedzenia, a tuż za namiotem piętrzą się odpadki, czujemy woń brudnych, niemytych ciał, gdzieś w kącie szeleści wypłowiały del. Dzeja, tak jak i inne kobiety, mówi językiem prostym, potocznym, przetykanym mongolskimi i rosyjskimi słowami, wyczuwa się w jej mowie braki w edukacji, która zatrzymała się gdzieś na historii Czyngis-chana.
Historia snuta będzie także na ulicach Miasta. To Ułan-Bator, szare miasto pozbawione drzew i skrawka zieleni, gdzie znajdziemy guandze, w których gotuje się podłej jakości chuszury i budze, brudny targ, burdel, blokowiska z ulicami przemienionymi w ścieki, smutne, nędzne przedmieścia, które pochłania step.

„Czas Czerwonych Gór” to opowieść o rodzinie, która po zetknięciu starej, nomadzkiej tradycji z „nowym”, nadciągającym z miasta oraz od chińskich i rosyjskich przybyszy, przegrywa z kretesem. W gerze panem  jest mężczyzna, tym bardziej pożądany, im ma więcej tłustych owiec. Kobieta ma sprzątać, gotować, opiekować się mężczyzną i rodzić synów. Nie-synów spotyka różny los. Tych, którzy uciekają do Miasta wabieni wizją lepszego życia, spotyka spore rozczarowanie i gorzki smak brutalnej rzeczywistości. Pomiędzy członkami rodziny widać wyraźnie różnice. Jednych się ubóstwia, drugich nie kocha, trzecich wręcz się wstydzi. Każdy ma jakieś tajemnice, których silnie strzeże nie tylko ze względu na kultywowane tradycje, a także z obawy przed niezrozumieniem. Nikt nie jest takim, jakim się wydaje. Nikt nie potrafi rozmawiać, nawet z siostrą, matką czy ciotką. Wszystkie te sekrety, przemilczenia, niedopowiedzenia doprowadzają do większych i mniejszych nieszczęść. W tym wymiarze rodzinno-siostrzano-matczynym powieść jest uniwersalna, bo z podobnymi historiami możemy się spotkać gdziekolwiek.

Czeszka Petra Hulova, która ukończyła mongolistykę i kulturoznawstwo, spędziła w Mongolii sporo czasu, zdecydowała się na ryzykowny zabieg pokazania nam tego kraju oczami rodowitych mieszkanek tamtych ziem.  Czy trafnie? Mam mieszane uczucia, ale wiem na pewno, że historia rodziny mieszkającej na stepie u stóp Czerwonych Gór, będzie jeszcze długo błąkać się mi po głowie, jak to zwykle u mnie bywa po przeczytaniu całkiem dobrej książki. 





Petra Hulova, Czas Czerwonych Gór, przeł. Dorota Dobrew, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007.


--------------------

Książkę przeczytałam w ramach listopadowego wyzwania Trójka e-pik.



Image and video hosting by TinyPic