Laurent Gaude siada cicho obok nas i
spokojnym, przyciszonym głosem zaczyna opowiadać historię. Po chwili prowadzi
nas za rękę po apulijskiej krainie, na brzeg Adriatyku, gdzie do skał przytuliła
się malutka i senna wioska Montepuccio - “Biała
osada, skupisko domków na skalistym cyplu, wysoko nad spokojną głębią wód”. Tam “Ziemia pękła od słonecznego żaru. Nawet listek nie
zadrżał na drzewach oliwnych. Stały nieruchomo. Zapach wzgórz omdlewał.
Kamienie krzyczały, wydane na pastwę upału. Sierpień władał niepodzielnie
masywem Gargano”. Gaude sączy nam do ucha historię pięciu pokoleń precyzyjnymi, przemyślanymi słowami,
opowiadając o stuletnich losach rodziny Scortów, czasami tylko głos oddaje
Carmen Scorta Manuzio. Historia zaczyna się od Luciano Mascalzone, miejscowego
rzezimieszka, który przeżył w więzieniu piętnaście lat marząc tylko o jednym –
aby zaspokoić swoje pragnienie w ramionach Filomeny. Wiedział, że zapłaci
życiem za ugaszenie tej żądzy, ale nic go nie mogło powstrzymać. Staje się tak,
jak przypuszczał, stał się obiektem zemsty mieszkańców wioski. Tuż przed
ostatnim kamieniem, który miał go dobić, dowiedział się jednak, że to nie z
Filomeną spędził upojną noc, a z Immacolatą, jej siostrą. Z tej tragicznej pomyłki
zrodził się syn, który był w Montepuccio niechciany - Rocco Scorta.
„Słońce Scortów” to historia o rodzinie, która
mimo iż była obciążona rodową klątwą, to walczyła o wpasowanie się w pejzaż wioski.
Bo nazwisko Scorta nie było tylko nazwiskiem, było ciepłem, w promieniu którego
ogrzewali się wszyscy, którzy się urodzili jako Scorta lub się nimi stali. Scortowie
kochali spaloną ziemię Montepuccio ponad wszystko, wrośli w nią, zapuścili
mocne korzenie w każdą jej szczelinę, żaden Scorta nie potrafił jej opuścić, bo
jak jeden z nich powiedział: „Kiedy
słońce króluje na niebie, że aż trzeszczą kamienie, nic się nie da zrobić. Zbyt
kochamy tę ziemię. Nie rodzi niczego, jest biedniejsza niż my sami, lecz kiedy
słońce przygrzewa, nikt jej nie opuści. Jesteśmy zrodzeni ze słońca(...)”.
O swoje bycie na tej ziemi musieli walczyć, z
pokolenia na pokolenie, oddać za nią każdą kroplę potu i wiele cierpień. Zmagali
się z zazdrością, chciwością, z uprzedzeniami.
Nazwisko Scorta to brzmiało dumnie, znaczyło rodzinę silną jak drzewo oliwne. „Drzewa oliwne są wieczne. Ale oliwki żyją
krótko. Dojrzewają i psują się. Jednakże rodzą się rok po roku, regularnie, w
nieskończoność. Każda z nich jest inna, ale ich łańcuch nie ma końca. Mają ten
sam kształt, barwę, dojrzewają w tym samym słońcu i mają ten sam smak. Tak,
oliwki są wieczne. Tak jak ludzie. To same nieskończone następstwo życia i
śmierci. Długi łańcuch ludzki nigdy się nie przerywa”.
Fascynująca opowieść o ludziach, którzy
wyrośli na jałowej, spękanej ziemi i zostali przez nią zahartowani. Historia rodu, dla którego słowa „rodzina” i „honor” nie były
pustymi pojęciami. Kochali gorąco i równie mocno nienawidzili, nic tutaj nie było
letnie, ani w odcieniach szarości. Wszystko kapało się w gorącym, jasnym słońcu,
a pokryta kurzem, spieczona ziemia kipiała od emocji. I ja ogrzałam się w słońcu tej książki.
Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
_____________
Laurent Gaude, Słońce Scortów, przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005, s. 270.
Pierwsze zdania: Ziemia pękła od słonecznego żaru. Nawet listek nie zadrżał na drzewach oliwnych. Stały nieruchomo. Zapach wzgórz omdlewał. Kamienie krzyczały, wydane na pastwę upału. Sierpień władał niepodzielnie masywem Gargano.
Ostatnie zdania: Don Salvatore miał rację. Ludzie, tak jak oliwki w słońcu Montepuccio, są wieczni.
-----------------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Z literą w tle, Pochłaniam strony bo kocham tomy, Z półki - 2013.
