Jessica Gregson wpadła na pomysł napisania powieści
snującej się wokół wydarzeń w węgierskiej wsi Nagyrév podczas lektury encyklopedii seryjnych zabójców.
Tam w latach 1914-1929 grupa kobiet zamordowała około 45-300 ludzi, głównie mężczyzn.
Co do dokładnej liczby nie ma zgody. Wydaje się, że to niemożliwe, aby nikt nie
zauważył nagłych zgonów takiej liczby osób przez tyle lat, ale można to wytłumaczyć
tym, że była to mała, zagubiona w węgierskiej puszcie, wioska, niemal odcięta
od zewnętrznego świata. Za
całą sprawą stały dwie kobiety: Julia Fazekas oraz Susi Olah, które świadczyły
swoje usługi jako akuszerki, ale także podobno jako czarownice. W finale tej
sprawy osiem kobiet z tejże wioski zostaje powieszonych. Autorka zmienia w „Tańcu
czarownic” nazwę wsi oraz imiona głównych bohaterek, a fakty miesza
z fikcją literacką. Napomknę tylko, że znowu znowu dziwnie przetłumaczono tytuł,
bo w oryginale brzmi on „The Angel Makers”. Zdaję sobie sprawę, że „Fabrykantki
aniołów” nie brzmią zbyt dobrze i może nie oddają dobrze gry słów, ale „Taniec
czarownic”?
Jessica Gregson zaczyna swoją opowieść w 1914
roku, a więc u progu pierwszej wojny światowej i zabiera nas do wioski, gdzie
mieszka czternastoletnia Sari Arana, która właśnie straciła swojego ojca. Jej
ojciec był kimś w rodzaju znachora i mędrca, cieszył się
wielkim poważaniem.
Niestety ów szacunek nie przeszedł na córkę. Jej matka zmarła przy jej
porodzie, a ona sama miała odziedziczyć zdolności po ojcu, oprószone dodatkowo
magicznymi zdolnościami, co kobiecie nie przynosiło zaszczytu, wręcz
przeciwnie. Sari była dziewczyną „nowoczesną” na owe czasy, nie tylko umiała czytać
i pisać po węgiersku, ale dodatkowo posługiwała się dobrze niemieckim. Jej
ulubioną książką była „Jane Eyre”. Sari pragnęła czegoś więcej od życia i świata,
nie chciała się zamknąć w ciasnych ramach wioskowej wspólnoty, nie marzyła, aby
być uwiązaną w małżeństwie. Niestety, zgodnie z ówczesnymi zwyczajami nie było pożądane
to, aby po śmierci ojca mieszkała sama. Miała więc dwa wyjścia, mogła wyjść za mąż
za swojego możnego kuzyna Ferenca lub zamieszkać z przyszywaną ciotką Judit, która
była akuszerką i zielarką, czasami pomagającą sobie także zaklęciami. Nie czuła
się gotowa do zamążpójścia, częściowo także związana była obietnicą daną ojcu,
że nie wyjdzie za mąż przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Ferenc wyruszył
więc na wojnę, a ona, nieoficjalnie zaręczona, przeniosła się do ciotki Judit,
gdzie mogła wzbogacić swoją wiedzę zielarki, która częściowo została jej
przekazana już przez ojca, a także dodatkowo uczyć się przyjmować porody. Pomiędzy
bezdzietną Judit i młodą Sari nawiązała się niezwykła relacja, przypominająca
stosunki pomiędzy matką i córką, stopniowo budowana na bazie zaufania i
wyjątkowej zażyłości. To właśnie te relacje były dla mnie szczególnie interesujące,
jak i stosunki pomiędzy Sari i pozostałymi mieszkankami wioski.
![]() |
| Zbrodniarki z Nagyrev przed sądem - źródło |
![]() |
| Susi Olah - druga z prawej - źródło |
Wojna zmieniła w wiosce wszystko, praktycznie
kobiety zostały same, wyzwoliły się z mężowskich oków, zbliżyły się też do
siebie. Nawet Sari, poprzednio wytykana placami i budząca strach, została
zaakceptowana przez resztę kobiecego społeczeństwa. Rozluźniły się obyczaje,
kobiety mogły się swobodniej ubierać i zachowywać, a totalny zwrot dokonał się,
kiedy na obrzeżu wioski założono niewielki obóz dla włoskich jeńców wojennych. Można
się tylko domyślać, co się wtedy zaczęło dziać. Większość z tych kobiet nie była
szczęśliwa w związkach małżeńskich, do których w większości przypadków były
przymuszane przez rodziców, czy nawet gwałty. To mężowie byli ich panami i władcami,
często bardzo srogimi, a wojna dała im kilka lat wolności. Wojna się jednak skończyła,
jeńcy musieli wrócić do własnego kraju, a mężowie do domów. Nie wszystkim to się
podoba. Solidarność kobieca zadzierzgnięta w czasie wojny daje swoje zatrute
owoce również w czasie pokoju...
„Taniec czarownic” czyta się dobrze,
aczkolwiek nie przekonywał mnie język, którym posługiwała się Sari. Nawet jeśli
była wyedukowana bardziej, niż większość jej koleżanek, to nie byłam przekonana
do jej aż tak wysokiego poziomu intelektualnego. W końcu była prostą dziewczyną
z wioski, może bardziej bystrą, ale nie uczęszczającą nigdy do szkoły. Książka
do połowy przypomina romans, a od połowy kryminał. Mimo, iż starałam się nie wczytywać
za bardzo przed lekturą o co tak dokładnie chodziło w sprawie zbrodni w Nagyrévie, to akcja jest tak
poprowadzona, że można się domyślić finału. Owszem, interesująca jest to
pozycja z punktu psychologii tłumu i tego, jak pojedyncze osoby, w tym wypadku
nie chodzi mi tylko o Sari czy Judit, ale na przykład również o złą do szpiku kości
Orsolyę, mogą wpływać na opinie i zachowania innych członków wspólnoty, jak łatwo
jest przekroczyć tą cienką linię pomiędzy dobrem, a złem, jak prosto jest „przedobrzyć”
i pozbyć się wszelkich etycznych limitów. Od połowy książki zwietrzyłam już jej zakończenie, więc szczerze mówiąc doczytałam ją bez większego
zainteresowania całą sprawą. Nie byłam zachwycona tą pozycją. Temat świetny,
ale przedstawiony w zbyt oczywisty sposób, nie dostarczył mi emocji, których się
spodziewałam. Jak dla mnie to po prostu średnie czytadło na jeden wieczór.
________
Jessica Gregson, Taniec czarownic, przeł. Blanka Kwiecińska-Kluczborska, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2008, s. 278.
Pierwsze zdanie: Ona nigdy nie odpowiada, ale ja i tak mówię do niej cały czas.
Ostatnie zdanie: Idziemy na zachód, wypatrując drogi w gęstniejącym śniegu.
----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik, Z literą w tle, Z półki - 2013, Tea Time z Corridą, Pochłaniam strony bo kocham tomy, Wojna i literatura, To już było.


