„Światła września” to trzecia książka Zafona.
Napisana dla młodzieży, ale jestem pewna, że wielu dorosłych czytelników po nią
sięgnie i polubi. Ta książka jest dla mnie szczególna, bo to ostatnie dzieło
tego pisarza, które zostało mi do przeczytania. Prawie ostatnie, bo jest
jeszcze „Książę Parnasu”
okrutnie wydany razem z „Więźniem nieba”, którego
wcześniej już miałam i przeczytałam. Zostaje mi tylko czekać, aż Zafon napisze
kolejną książkę.
Przyznam od razu, że młodzieżówki Zafona nie przemawiają
do mnie tak bardzo, jak książki z cyklu „Cmentarza zapomnianych książek”, głównie
dlatego, że widzę zbyt wiele podobieństw między nimi. Zmienia się miejsce akcji
i bohaterowie, ale mam wrażenie, że książka ma taki sam szkielet, co pozostałe.
Zresztą – to nie wrażenie – to pewność. Być może taki był zamysł Zafona, że
wszystkie jego powieści połączone są cieniutkimi nitkami, światy, które
stworzył, żyją niby osobno, ale jednak się przenikają. „Światła września” są w pewien sposób powiązane z „Mariną”, ale także
z „Pałacem Północy”. Wspomniany jest też tutaj, znany wielbicielom cyklu„Cmentarza
zapomnianych książek”, jegomość w białym garniturze i ciemnych okularach. Oczywiście
to nie kto inny, jak sam Corelli.
Świeżo owdowiała Simone Sauvelle dzięki pomocy
sąsiada znajduje pracę ochmistrzyni w rezydencji fabrykanta zabawek – Lazarusa
Janna. Razem z dwójką dzieci – Irene i Dorianem przenosi się do domku na cyplu
nad Błękitną Zatoką. Jak się szybko okazuje Lazarus nie jest przeciętnym właścicielem
zwykłego domu, a wszystko spowite jest mgłą tajemnicy i przyprószone dawką
magii... Jak to u Zafona - bywa też strasznie.
Książkę pochłonęłam w tempie błyskawicznym, a
przez większość lektury byłam autentycznie zachwycona. Zafon potrafi budować napięcie
i odkrywać powoli tajemnice otoczone przez jeszcze inne zagadki, które
czytelnik ma do rozwiązania. Później niestety wszystko było tak, jak zawsze, z mroków
wyłoniły się cienie oraz ożywione kukły, marionetki, automatyczne zabawki i mój
entuzjazm trochę opadł, bo przecież to już było, już to znalazłam w innych książkach
Zafona.
Niemniej jednak to wciąż dobra książka,
napisana pięknym, poetyckim językiem, którą
przeczytałam z przyjemnością. Fakt jest taki, że usiadłam i wstałam dopiero
wtedy, gdy przeczytałam ostatnie zdanie powieści, a to też o czymś świadczy. Pisarz
potrafi stworzyć przerażające wizje i działać na wyobraźnię tak, że w duchu cieszyłam
się, że nie posiadam w swym pokoju żadnych zabawek, a wszystko jest rzęsiście
oswietlone i nie mam mowy, aby w kącie czaił się żaden cień. Wielbicielom mrocznych zagadek i atmosfery grozy książka ma szansę się
spodobać.
_____________
Carlos Ruiz Zafon, Światła września, przeł. Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodan Casas, Muza SA, Warszawa 2011, s. 256.
Pierwsze zdanie: Kochana Irene! Światła września nauczyły mnie wspominać ślady Twoich kroków rozmywane przez wody przypływu.
Ostatnie zdanie: I że będziemy razem, na zawsze.
------------------------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Book-Trotter, Pochłaniam strony bo kocham tomy, Z półki - 2013.
