czwartek, 29 sierpnia 2013

GULASZ Z TURULA, Krzysztof Varga


Przyznaję, że niewiele wiedziałam o Węgrach, poza tym, że byli kiedyś nam braćmi zza miedzy. Popijałam węgierskie wina, jadłam leczo, zdarzyło mi się nawet kiedyś tańczyć czardasza i na tym moja znajomość państwa nad Balatonem się kończyła.
Od Krzysztofa-Polaka i Vargi – Węgra spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej o Węgrzech, niż z pocztówkowych przewodnikow. Obraz Węgier, który wyłonił mi się z tej książki przygniótł mnie na tyle, że książkę dokończyłam po kilku tygodniach przerwy.

Polska głowa Vargi patrzy na Węgrów często lekko ironicznie, z przymrużeniem oka i z dystansem, węgierskie serce, nawet jeśli plecie smutno-gorzkie historie, kocha ich za to gorąco.
Kuchnia ma nie tylko odbicie w tytule książki i poszczególnych rozdziałach, jej opary wdzięcznie snują się nad stronami zaprowadzając nas do tych miejsc, gdzie zazwyczaj nie trafiają turyści, a które Autor pragnie ocalić od zapomnienia, jak na przykład sklep przy Decan utca, gdzie podają najlepszą kaszankę na świecie, zaś Egri Bikaver przy okazji chrzci mianem zwykłego sikacza. Przespacerowuje się też po najlepszych i najgorszych jadłodajniach węgierskich, aby pokazać, jak mylne mamy wyobrażenie o węgierskiej kuchni. Węgier jedzący indyka i rosół? Kraj w którym wegetarianin bedzie przymierał głodem, bo serwują tam rybę jako potrawę wegetariańską? Obżeranie się jest szczepionką na smutek, ale w rezultacie obżarstwa popada się w jeszcze większy smutek”. Taka jest kulinarna rzeczywistość tego kraju. 
Gdzie jeszcze mamy możliwość zajrzeć?
Varga pokazuje brzydotę najsłynniejszych turystycznych miejsc Budapesztu jak na przykład Vaci utca, aby za chwilę napisać o pięknym pomniku ofiar Holocaustu w kształcie wierzby, gdzie na liściach wyryto nazwiska zabitych i daty ich śmierci.
Mówi nam, że jeśli chcemy poznać smutną prowincję Węgier i poznać dno jej duszy, to najlepiej zobaczyć wcześniej tasiemcowe filmy „Harmonia Werckmeistera” lub „Szatańskie tango”, które są idealnym wprowadzeniem do tej innej, nie-budesztanskiej twarzy tego kraju.

„Gulasz z turula” to niezwykły obraz Węgrów, którzy czują się niezrozumiani, wyjątkowi, osamotnieni, uwielbiający roztrząsać swoje wielkie narodowe porażki.
Pisze: ”Węgrzy cierpią na chroniczne poczucie wyjątkowości  Nie należąc ani do Słowiańszczyzny  ani do Bałkanów, ani do kultury germańskiej, nie mogą odwołać się do żadnej wspólnoty prócz tej z Węgrami żyjącymi w sąsiednich krajach. Najbliżsi krewni, Finowie i Estończycy  są zbyt daleko. Należą do innej kultury – chłodnej Północy, polarnych zim, ekonomicznego dobrobytu. Ostatnie wspólne spotkanie miało miejsce grubo ponad kilka tysięcy lat temu, dziś nie udałoby się już znaleźć wspólnych tematów do rozmowy”.
Dzięki Autorowi możemy zajrzeć pod podszewkę Węgier i zrozumieć dlaczego jest jak jest i dlaczego nie może być inaczej, z czego wynika fakt, że najlepszym towarem eksportowym Węgrów jest samobójstwo. Odziera Węgry z mitu także poprzez pokazanie nam tragicznej historii tego narodu w cieniu mitycznego turula  (który jest „personifikacją węgierskich marzeń i kompleksów”), z której Węgrzy nie chcą i nie potrafią się wyzwolić. Nostalgia pokrywa liszajami ściany domów i bruk ulic. To tęskne wzdychanie do dawnej wielkości, choć ostatnia prawdziwa wielkość miała miejsce ponad pięćset lat temu”.

Wszystko to zaś po to, aby dać nam przedsmak tego, co można zobaczyć na Węgrzech, jak można posmakować ten kraj. Pouczająca lektura, którą miałabym ochotę zabrać ze sobą w podróż na Węgry, jeśli kiedyś tam pojadę, aby widzieć ten kraj tak, jak Varga go widzi - głębiej, szerzej, inaczej. 



__________
Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 185.


---------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Nie tylko literatura piękna, Czytamy serie wydawnicze (seria Sulina), Z literą w tle


Image and video hosting by TinyPic

9 komentarzy:

  1. Niestety nie dla mnie, nic mnie nie przekonuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli chodzi o serwowanie ryby jako potrawy wegetariańskiej, znam sporą ilość wegetarian, którzy tak właśnie robią. Zupełnie tego nie rozumiem, obstawiam, że wynika z tradycji bożonarodzeniowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam sporo wegetarian, ktorzy okazjonalnie siegaja po owoce morza czy sushi. Jak dla mnie ok, ryba to nie ssak.
      Jesli chodzi zas o restauracje, to wole podzial na dania wegetarianskie i dania rybne. Na Wegrzech chodzi o to, ze czesto jedynynymi daniami wegetarianskimi w jadlospisie sa ryby :)

      Usuń
    2. Ach, rozumiem, to co innego. Ryba to nie ssak, ale kurczak to też nie ssak. ;-) Za to ryba to zwierzę i niektórzy wegetarianie nie potrafią w żaden sposób uargumentować, dlaczego nie uważają jej za mięso.

      Usuń
  3. Czytałam tę książkę kilka lat temu i uległam jej melancholijnemu nastrojowi :) Po jej przeczytaniu odwiedziłam Węgry kilka razy i muszę przyznać, ze rozmawiając z węgierskimi kolegami na tematy służbowe miałam gdzieś z tyłu głowy opinie Vargi o tym kraju, jego mieszkańcach i kuchni, która faktycznie jest dość ciężkawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chcialabym kiedys tam pojechac i posmakowac tej ciezkiej kuchni do ktorej, niestety mam slabosc.

      Usuń
  4. A wiesz, że z przyjemnością zajrzałabym teraz do tej książki. Tak się składa, że nieco "pociągnęło" mnie w stronę Węgier za sprawą przepięknej książki, którą właśnie czytam, czyli "Czarownica z Funtinel" autorstwa węgierskiego pisarza - Alberta Wassa. Co prawda akcja powieści dotyczy XIX-wiecznych Węgier, ale mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego kraju w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach Jenah, poczytalam o "Czarownicy..." i juz wiem, ze chce :D
      Dziekuje ci za ten tytul, mam nadzieje, ze i mnie sie spodoba:)

      Usuń

Za Twój czas i każde pozostawione słowo bardzo dziękuję :)