Przyznaję, że niewiele wiedziałam o Węgrach,
poza tym, że byli kiedyś nam braćmi zza miedzy. Popijałam węgierskie wina,
jadłam leczo, zdarzyło mi się nawet kiedyś tańczyć czardasza i na tym moja
znajomość państwa nad Balatonem się kończyła.
Od Krzysztofa-Polaka i Vargi – Węgra
spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej o Węgrzech, niż z pocztówkowych
przewodnikow. Obraz Węgier, który wyłonił mi się z tej książki przygniótł mnie na tyle, że książkę dokończyłam po kilku tygodniach przerwy.
Polska głowa Vargi patrzy na Węgrów często
lekko ironicznie, z przymrużeniem oka i z dystansem, węgierskie serce, nawet
jeśli plecie smutno-gorzkie historie, kocha ich za to gorąco.
Kuchnia ma nie tylko odbicie w tytule książki
i poszczególnych rozdziałach, jej opary wdzięcznie snują się nad stronami
zaprowadzając nas do tych miejsc, gdzie zazwyczaj nie trafiają turyści, a które
Autor pragnie ocalić od zapomnienia, jak na przykład sklep przy Decan utca,
gdzie podają najlepszą kaszankę na świecie, zaś Egri Bikaver przy okazji chrzci mianem
zwykłego sikacza. Przespacerowuje się też po najlepszych i najgorszych
jadłodajniach węgierskich, aby pokazać, jak mylne mamy wyobrażenie o
węgierskiej kuchni. Węgier jedzący indyka i rosół? Kraj w którym wegetarianin
bedzie przymierał głodem, bo serwują tam rybę jako potrawę wegetariańską? „Obżeranie się jest szczepionką na smutek,
ale w rezultacie obżarstwa popada się w jeszcze większy smutek”. Taka jest kulinarna rzeczywistość tego kraju.
Gdzie jeszcze mamy możliwość zajrzeć?
Gdzie jeszcze mamy możliwość zajrzeć?
Varga pokazuje brzydotę najsłynniejszych
turystycznych miejsc Budapesztu jak na przykład Vaci utca, aby za chwilę napisać o pięknym pomniku ofiar Holocaustu w kształcie wierzby, gdzie na
liściach wyryto nazwiska zabitych i daty ich śmierci.
Mówi nam, że jeśli chcemy poznać smutną prowincję Węgier i poznać dno jej duszy, to najlepiej zobaczyć wcześniej tasiemcowe filmy
„Harmonia Werckmeistera” lub „Szatańskie tango”, które są idealnym
wprowadzeniem do tej innej, nie-budesztanskiej twarzy tego kraju.
„Gulasz z turula” to niezwykły obraz Węgrów,
którzy czują się niezrozumiani, wyjątkowi, osamotnieni, uwielbiający roztrząsać
swoje wielkie narodowe porażki.
Pisze: ”Węgrzy cierpią na chroniczne poczucie wyjątkowości Nie należąc ani do Słowiańszczyzny ani do Bałkanów, ani do kultury germańskiej, nie mogą odwołać się do żadnej wspólnoty prócz tej z Węgrami żyjącymi w sąsiednich krajach. Najbliżsi krewni, Finowie i Estończycy
są zbyt daleko. Należą do innej kultury – chłodnej Północy, polarnych zim, ekonomicznego dobrobytu. Ostatnie wspólne spotkanie miało miejsce grubo ponad kilka tysięcy lat temu, dziś nie udałoby się już znaleźć wspólnych tematów do rozmowy”.
Dzięki Autorowi możemy zajrzeć pod podszewkę
Węgier i zrozumieć dlaczego jest jak jest i dlaczego nie może być inaczej, z
czego wynika fakt, że najlepszym towarem eksportowym Węgrów jest samobójstwo. Odziera Węgry z mitu także poprzez pokazanie nam tragicznej historii tego narodu w cieniu mitycznego turula (który jest „personifikacją
węgierskich marzeń i kompleksów”), z której Węgrzy nie
chcą i nie potrafią się wyzwolić. „Nostalgia pokrywa liszajami ściany domów
i bruk ulic. To tęskne wzdychanie do dawnej wielkości, choć ostatnia prawdziwa
wielkość miała miejsce ponad pięćset lat temu”.
Wszystko to zaś po to, aby dać nam przedsmak
tego, co można zobaczyć na Węgrzech, jak można posmakować ten kraj. Pouczająca
lektura, którą miałabym ochotę zabrać ze sobą w podróż na Węgry, jeśli kiedyś tam pojadę, aby widzieć
ten kraj tak, jak Varga go widzi - głębiej, szerzej, inaczej.
__________
Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 185.
---------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Polacy nie gęsi, Nie tylko literatura piękna, Czytamy serie wydawnicze (seria Sulina), Z literą w tle.

Niestety nie dla mnie, nic mnie nie przekonuje.
OdpowiedzUsuńDoskonale to rozumiem.
UsuńJeśli chodzi o serwowanie ryby jako potrawy wegetariańskiej, znam sporą ilość wegetarian, którzy tak właśnie robią. Zupełnie tego nie rozumiem, obstawiam, że wynika z tradycji bożonarodzeniowej.
OdpowiedzUsuńZnam sporo wegetarian, ktorzy okazjonalnie siegaja po owoce morza czy sushi. Jak dla mnie ok, ryba to nie ssak.
UsuńJesli chodzi zas o restauracje, to wole podzial na dania wegetarianskie i dania rybne. Na Wegrzech chodzi o to, ze czesto jedynynymi daniami wegetarianskimi w jadlospisie sa ryby :)
Ach, rozumiem, to co innego. Ryba to nie ssak, ale kurczak to też nie ssak. ;-) Za to ryba to zwierzę i niektórzy wegetarianie nie potrafią w żaden sposób uargumentować, dlaczego nie uważają jej za mięso.
UsuńCzytałam tę książkę kilka lat temu i uległam jej melancholijnemu nastrojowi :) Po jej przeczytaniu odwiedziłam Węgry kilka razy i muszę przyznać, ze rozmawiając z węgierskimi kolegami na tematy służbowe miałam gdzieś z tyłu głowy opinie Vargi o tym kraju, jego mieszkańcach i kuchni, która faktycznie jest dość ciężkawa :)
OdpowiedzUsuńBardzo chcialabym kiedys tam pojechac i posmakowac tej ciezkiej kuchni do ktorej, niestety mam slabosc.
UsuńA wiesz, że z przyjemnością zajrzałabym teraz do tej książki. Tak się składa, że nieco "pociągnęło" mnie w stronę Węgier za sprawą przepięknej książki, którą właśnie czytam, czyli "Czarownica z Funtinel" autorstwa węgierskiego pisarza - Alberta Wassa. Co prawda akcja powieści dotyczy XIX-wiecznych Węgier, ale mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego kraju w ogóle.
OdpowiedzUsuńAch Jenah, poczytalam o "Czarownicy..." i juz wiem, ze chce :D
UsuńDziekuje ci za ten tytul, mam nadzieje, ze i mnie sie spodoba:)