W "Siostrzycy" Johna Hardinga narratorem powieści jest tytułowa Florence (tytułową, bo w oryginale książka ma tytuł "Florence and Giles"). Florence polubiłam od pierwszych stron. Jak tu jej nie lubić, jesli ze skazanej przez wuja na analfabetyzm dziewczyny wyrasta ktoś z takim pędem do wiedzy, sam uczący się czytać? Jak tu nie lubić Florence, która rozmiłowuje się w książkach, ukrywa się ze świeczką i kocami w bibliotece oraz wije swoje swoje gniazdko na szczycie wieży. Ba! Za swojego mistrza uznaje Szekspira i podziwia jego talent słowotwórczy. Jak tu nie lubić Florence, która opowiada nam historię swoimi słowami, pomiędzy które wkrada się masa neologizmów (brawa dla tłumaczki - pani Karoliny Zaremby, która swoim talentem doprowadziła mnie nie raz i nie dwa do płaczu ze śmiechu).
Kim jest więc Giles? Jest on młodszym, przyrodnim bratem Florence, bratem o małym rozumku, bardzo wrażliwym i naiwnym. Rodzeństwo zamieszkuje ogromną rezydencję wraz z gospodynią i kilkoma służącymi. Rodzice ich obumarli, a "opiekuje" się nimi tajemniczy wuj, którego nigdy nie widzieli na oczy. Do tego mamy album z wyciętą twarzą na wszystkich fotografiach, wiejącą grozą guwernantkę pojawiającą się w tajemniczych okolicznościach, nocnochodzenie, duchy, zwidy i atmosferę od której cierpnie skóra.
Florence jest pełna złych przeczuć, wierzy, że Gilesowi grozi niebezpieczeństwo, a atmosfera zagęszcza się bardziej wraz z każdą przewracaną stroną książki.
Moje napięcie sięgało zenitu, jednak nie znalazło
ujścia po przeczytaniu książki. Po pierwsze polski tytuł książki jest mocno sugerujący
i pewnych rzeczy domyśliłam się wcześniej, po drugie, po przeczytaniu ostatniego
zdania zostawiona zostałam z dużą ilością pytań, na które nie otrzymałam odpowiedzi.
Zbyt dużą. Rozumiem aurę powieści gotyckiej i to, że autor daje nam szansę na własną
interpretację, ale w tym przypadku poczułam się nieco wystrychnięta na dudka. Nawet
mając na uwadze własne zachwyty przez większą część książki, to po jej lekturze
określiłabym ja jako dobrą, ale nic więcej ponad to.
Okładka polskiego wydania bardzo mnie przyciągała, ale gdy zobaczyłam jej zagraniczną wersję - włosy na karku stanęły mi dęba.


"Wystrychnięta na dudka" - idealne określenie dla moich uczuć po przeczytaniu tej książki.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam niedzielnie :)
A.
Ha! wiec nie tylko ja:)
UsuńPieknie to okreslilas, az zal mi, ze wczesniej na to nie wpadlam;):)