Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura w Azji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura w Azji. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2012

PO ZMIERZCHU, HARUKI MURAKAMI



Kiedy zasypiamy co noc wtuleni w poduszkę i odpływamy do krainy snów, świat nie zasypia razem z nami. Za oknem ulice tętnią życiem, niektórzy dopiero się budzą, inni nie potrafią lub nie mogą spać z różnych powodów.  Dla jednych noc jest snem, a dla innych bezsennością. W „Po zmierzchu”  narracja swymi opisami miejsc i osób przypomina miejscami scenariusz, a każdy rozdział to jakby jedna scena z filmu, czasami kadr zostaje zatrzymamy i przybliża nam niektóre sceny i postaci.  Akcja toczy się w ciągu jednej nocy, ponumerowane rozdziały oznaczone są także zegarem, który pokazuje nam aktualną godzinę.


Noc Murakamiego zaczyna się o 23.55. W całodobowej restauracji spotykają się Mari Asai  oraz Takahashi, których drogi już kiedyś na chwilę się przecięły, jednakże podczas tej niezwykłej, tokijskiej nocy, los celowo skrzyżował ich życia raz jeszcze. Znajomi sporo rozmawiają, a z ich konwersacji wyłania się sylwetka siostry Mari - Eri, a pośrednio samej Mari. Dwie siostry wychowane przez jednych rodziców, a tak bardzo różne. Eri rodzice wyznaczyli rolę tej pięknej, a Mari tej mądrej. Żyjące pod jednym dachem, a wydaje się, że w zupełnie dwóch światach, z biegiem lat coraz dalsze, coraz mniej wiedzą o sobie. Obydwie samotne i skrycie pragnące odnaleźć drogę do siebie nawzajem, bo mimo, że są tak różne, to się dopełniają. Mari i Eri, różnica jednej sylaby.
Ile wiemy o ludziach, z którymi spotykamy się na co dzień? Co kryje się za ich cielesną powłoką? Czy potrafimy powiedzieć, co skrawają w zakamarkach duszy? Czasami noc odkrywa więcej, niekiedy trzeba przejrzeć się w oczach innej osoby, porozmawiać z kimś przypadkowo spotkanym, aby dowiedzieć się czegoś o sobie, czegoś, czego sobie nie uświadamiany podczas dnia. Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawdę potrzebne. O 6.52 noc się wreszcie rozjaśniła. Jest jeszcze czas do nadejścia kolejnej ciemnosci.

Murakami jak zwykle tworzy gęstą, napiętą atmosferę, przeplataną muzyką klasyczną i jazzem. Prezentuje nam galerie intrygujących postaci takich jak Świerszczyk, Shirakawa czy Kaoru. Jak to zwykle u niego bywa, niektóre wątki tylko sygnalizuje, inne nieco rozwija, aby potem porzucić, a pewne sprawy przemilczeć, zostawiając resztę naszym domysłom. Te tajemnice, symbole, niedopowiedzenia, powierzchowne potraktowanie niektórych epizodów, dodaje sporo magii do aury tej krótkiej powieści. Przemilczenia, po przeczytaniu kilku książek Murakamiego, przestały mnie już prawie denerwować, są jakąś stałą, której oczekuję podczas lektury. 

Czy podobało mi się? Tak. To zdecydowanie jedne z bardziej udanych moich spotkań z Murakamim, chociaż ciągle nie wiem, za jakim króliczkiem gonię czytając książki Murakamiego i czy istnieje w ogóle jakiś króliczek.




Haruki Murakami, Po zmierzchu/After Dark, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s.199.



Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

-------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z literą w tle", "Literatura w Azji, Azja w literaturze".



Image and video hosting by TinyPic

poniedziałek, 22 października 2012

MATKA RYŻU, RANI MANICKA


Są książki, które podobają mi się tak bardzo, że pochłaniam je w zastraszającym tempie, aby czym prędzej dowiedzieć się, jak się skończyły. Są książki, które tak mi się podobają, że chcę je czytać jak najwolniej, dawkując sobie strony i dłużej się cieszyć z możliwości obcowania z taką lekturą. „Matka Ryżu” Rani Manickiej należy do tej drugiej kategorii.

Rani Manicka, urodzona w Malezji autorka napisała z prawdziwym rozmachem czteropokoleniową sagę, której akcja zaczyna się na Cejlonie w latach trzydziestych zeszłego wieku. Czternastoletnia tamilska dziewczyna zostaje wydana za dwukrotnie starszego Aję.  Na imię jej Lakszmi i to od niej zaczyna się historia. Z nowo poślubionym mężem, który obiecywał jej bogactwa i przepych udaje się do Kuantan, maleńkiej osady w Malezji. Tam zasłony z oczu zostają jej brutalnie zdarte – mąż nie jest bogaczem, a zwykłym urzędnikiem tonącym w długach, ich dom jest biedną, wynajmowaną chatą, a życie w niczym nie przypomina bajki, którą jej obiecano. Młoda, niedoświadczona Lakszmi bierze na barki los i pod nim nie upada. Wręcz przeciwnie, udowadnia, że może być zaradna żoną i troskliwą matką szóstki dzieci, która najbardziej na świecie pragnie odmienić los swój i własnego potomstwa.  Gdybyż tylko pamiętała o przestrodze, którą kiedyś dał jej wuj!

Siedząc na kolanach wuja, handlarza owocami mango, pierwszy raz usłyszałam zdumiewającą opowieść o zbieraczach ptasich gniazd na dalekich Malajach. Śmiało wspinali się setki stóp w górę bez latarek, po gnących się tyczkach, by dotrzeć, do sklepień górskich jaskiń. Obserwowani przez duchy tych, którzy spadli w objęcia śmierci, niebezpiecznie wysoko nad ziemią śięgali po smakołyk bogaczy - gniazda ulepione z ptasiej śliny. W ciemnościach nie wolno było wypowiedzieć słów: strach, upadek krew, bo, odbite echem, mogły skusić złe duchy. Jedynym przyjacielem zbieracza gniazd jest bambusowa tyczka. Nim zacznie się po niej wspinać, stuka lekko w bambus, a gdy ten smutno westchnie, natychmiast go porzuca. Jedynie wtedy, gdy bambus zaśpiewa, zbieracz gniazd ośmiela się podjąć wspinaczkę. Wuj powiedział, że moje serce jest moim bambusem - jeżeli będę je dobrze traktować i włucham się w jego pieśń, to wdrapię się najwyżej i zdobędę największe gniazdo.

Często jednak ignorowała głos serca i słuchała tygrysów w niej mieszkających, rządziła swoją rodziną mocno ręką, pragnąc wyprostować wszystkich jej członków i ukształtować ich na obraz, który nosiła w głowie. Lakszmi i jej mąż Aja, dzieci: Lakszmana, Mohini, Sevense, Dżejan Anna, Lalita opowiadają historie z ich punkt widzenia na sprawy, który wstrząsały losami rodziny. Z tych wszystkich opowieści wyłania się obraz matki o sercu przepełnionym miłością ale i nienawiścią, o duszy wybaczającej, a jednocześnie nieprzejednanej. Matki, która potrafiła zachować łagodne oblicze dla jednych i pokazywać jedynie jego srogą stronę drugim, kobiety, która nie mogła darować słabości, ale równocześnie potrafiącej pochylić się nad cierpiącym członkiem rodziny. Lakszmi wiedziała, że miłość, to nie tylko słowa, lecz poświecenie. To gotowość dawania siebie, dopóki starczy sil. Była Matką Ryżu.
-       - Obudzisz Matkę Ryżu.
-       - Kogo? – pytam.
-       - Dawczynie Życia. Na Bali jej duch żyje w kukłach uplecionych z wiązek ryżu. Z drewnianego tronu w rodzinnym spichlerzu strzeże obfitych plonów, które dzięki niej zebrano na ryżowiskach. Jest tak święta, ze grzesznikom nie wolno przed nią stanąć ani uszczknąć choćby jednego ziarenka z jej figurki. (…) W tym domu Matka Ryżu jest twoja babka. Jest strażniczką snów. Patrz uważnie, to zobaczysz: siedzi na drewnianym tronie i w silnych rękach trzyma wszystkie nasze nadzieje i marzenia, małe i duże, twoje i moje. Nie osłabła z wiekiem.

Dzięki strażniczce snów i jej następczyniom możemy prześledzić tragiczne losy Lakszmi, jej dzieci, wnuków i prawnuczki. Poznajemy ile znaczy ziarenko ryżu i szczypta cukru pod japońską okupacją, co oznacza chować pod swoim dachem piękną dziewczynę, jak trudne jest odbudowanie wszystkich strat po wojnie. Każdy z bohaterów ma do opowiedzenia swoją historię cieni, lęków i brudów, które odnajdziemy ukryte w najdalszych zaułkach duszy. Dopiero poznanie ich wszystkich daje nam pełen obraz rodziny, której losy przepełnione są nieszczęściami i bólem.

Powieść napisana jest niezwykle pięknym i sugestywnym językiem. W powietrzu czujemy zapach egzotycznych przypraw, świeżych mango i młodych kokosów, na języku czujemy smak potraw i słodyczy, przed oczami migają nam lśniące tysiącem kolorów piękne sari. Wszystko to zostało posypane magicznym pyłem malajskich wierzeń i symboli. Poznajemy wróżbitów, zaklinaczy węży, sekrety domowego lecznictwa, siłę zaklęć i tajemniczą figurkę Kuan-Li, która rzuca groźny cień na Lakszmi i jej rodzinę.  Ta spora dawki egzotyki nie jest jednak ciężką kurtyną, to cienki woal, przez który bez trudu przenikniemy do malezyjskiego świata i będziemy przez niego podróżować z przyjemnością.

W pełnym dramaturgii świecie „Matki Ryżu” można zagubić się z największą rozkoszą, poznając uniwersalne historie o macierzyństwie, życiowym zaplątaniu i tropieniu własnych demonów.




Rani Manicka, Matka Ryżu/The Rice Mother, przeł. Andrzej Grabowski, Wydawnictwo Albatros,
Warszawa 2010.

Zdania napisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki. 

----------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: "Literatura w Azji, Azja w literaturze", "Z literą w tle".


Image and video hosting by TinyPic

czwartek, 18 października 2012

WSZYSTKIE BOŻE DZIECI TAŃCZĄ, HARUKI MURAKAMI


Trudno mi określić swój stosunek do prozy Murakamiego. Często mam wrażenie, że nie rozumiem jego książek i to powoduje, że czytam kolejne ufając, że w końcu mnie oświeci. Moją przygodę z tym autorem zaczęłam od „Norwegian Wood”. Podobało mi się na tyle, aby sięgnąć po kolejne. Przeczytałam więc „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, a potem „Sputnik Sweetheart”. Końcówka zeszłego roku upłynęła mi pod znakiem trylogii „1Q84”, której dwa pierwsze tomy pochłonęłam z wypiekami na twarzy, a trzecim byłam nieco zawiedziona. Po kilku miesiącach odpoczynku od Murakamiego postanowiłam przeczytać jego zbiór opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Podeszłam do niego z rezerwą, bowiem opowiadania nie są moja ulubioną formą literacką.

„Wszystkie boże dzieci tańczą” to zbiór sześciu opowiadań, których wspólnym mianownikiem jest trzęsienie ziemi w Kobe z 1995 roku. Samo trzęsienie ziemi nie jest tematem tych miniatur. Murakami czasami tylko jednym zdaniem odnosi się do niego, ale wiadomo, że tragedia, w której zginęło setki tysięcy Japończyków staje się momentem przełomowym dla bohaterów opowiadań. Każdy z bohaterów stoi jakby na krawędzi,  zdaje sobie albo sprawę, ze życie było puste, byle jakie lub dochodzi do wniosku, że trzeba się rozliczyć z przeszłością bądź przygotować do końcowego etapu wędrówki przez życie.
Każde opowiadanie jest małym wycinkiem z życia skąpo opisanych bohaterów, zatrzymaniem na jeden wieczór lub kilka dni. Wszyscy bohaterowie są w pewien sposób do siebie podobni, są nierozumiani, samotni, żyjący gdzieś na obrzeżach społeczeństwa.

„Wszystkie boże dzieci tańczą” podobały mi się najmniej ze wszystkich dotąd przeczytanych książek Murakamiego. Niektóre opowiadania pozostawiły mnie letnią i zostały zapomniane za kilka chwil. Tytułowe opowiadanie oraz „Tajlandia” zatrzymały mnie najdłużej, to jednak nie wystarczy, abym oceniła ten zbiorek inaczej niż jako przeciętny.





Haruki Murakami, Wszystkie boże dzieci tańczą/Kami-no kodomotachi-wa mina odoru, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Warszawski Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006.

-----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: "Literatura w Azji, Azja w literaturze", "Z literą w tle".

Image and video hosting by TinyPic





środa, 10 października 2012

SAMSARA. NA DROGACH, KTÓRYCH NIE MA, TOMEK MICHNIEWICZ


Zastanawiałam się jak mogłabym w kilku zdaniach nakreślić o czym jest „Samsara. Na drogach, których nie ma” Tomka Michniewicza. Kończąc lekturę doszłam do wniosku, że najlepiej zrobił to sam Autor pisząc:
Nieważne dokąd jedziesz i po co, ważne, że masz odwagę jechać. Ja nie podróżuję, żeby się wspiąć na jakąś górę. Ja podróżuję dla tych tysięcy drobnostek, o których czytaliście. Moje góry to każdy kilometr stopem, talerz zupy z pędami bambusa albo ruiny świątyń. Nawet każda niedospana noc albo zapchlony hotel w miasteczku, do którego nikt nie jeździ, jeśli nie musi. Moim szczytem do zdobycia jest przeżycie każdego dnia tak, by go pamiętać do końca życia.

To jest książka o tym, co się dzieje, gdy pakujesz plecak i wychodzisz z domu z biletem w jedna stronę.  Backpacker wie, gdzie się jego podróż zaczyna, ale nie ma pojęcia gdzie się skończy i jakimi drogami będzie go wiódł los lub intuicja. Nie ma pośpiechu, zawsze można skręcić z pierwotnie obranej drogi, aby zobaczyć coś nowego, interesującego, o czym słyszało się w barze lub na targu.
-                             Samsara- odparł z uśmiechem stary nauczyciel- Nigdy nie wiesz dokąd trafisz…

Tomek Michniewicz ma naturę gawędziarza, opowiada nam swoją historię niewymuszonym, lekkim językiem okraszonym sporą dawką humoru.  Czasami miałam wrażenie, że czytanie tej książki jest jak rozmowa przy kuflu piwa z dawno niewidzianym znajomym. On opowiada mi co widział podążając własną drogą, czasami szeroką i wygodną, czasami ledwo widoczną lub wyludnioną, czasami taką, która musiał sam sobie wyrąbać w dżungli.  Ja słucham z otwartymi ustami i prawie biegnę do domu pakować swój własny plecak z niezbędnym minimum w środku. Nie mówi mi o tym, co można przeczytać w przewodnikach, rozwinięcie pewnych kwestii można znaleźć na końcu książki lub na stronie internetowej. Pokazuje mi zdjęcia, które także różnią się od typowych podróżniczych. W większości to nie piękne widoki, ale obraz ulicy i ludzie.  „Samsara” to opowieść o wędrówce  przez Nepal, Tajlandię, Bangkok, Wietnam, Laos, Kambodżę, Malezję i o ludziach, których spotykał autor.  Poczujemy smak potraw na języku, ukąszenia owadów na skórze, strach przed skorpionami i wężami. Wysłuchamy  opowieści o miejscach, gdzie rzadko trafia standardowy turysta: Festiwalu Wegetariańskim, knajpce serwującej węże,  wiosce na skraju dżungli i wielu innych. Potrafi w napotkanym człowieku, czy zwierzęciu znaleźć coś, co go poruszy, zadziwi, zafascynuje. I nie ma znaczenia, czy uda mu się odnaleźć swojego dziadugarę, ważna jest tylko droga, która do niego prowadzi lub... nie prowadzi.  Tomek Michniewicz to osoba, która cieszy się życiem i  czerpie z niego całymi garściami, a echa tego podejścia znajdziemy w książce.

Podobała mi się Twoja historia Tomku Michniewiczu i z pewnością sięgnę po kolejną. Spakuję wyimaginowany plecak i podążę za tobą krok w krok.





Tomek Michniewicz, Samsara. Na drogach, których nie ma, s. 358, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2010.

Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 


-----------------------------------------

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: "Trójka e-pik", "Z literą w tle", "Literatura w Azji, Azja w literaturze".
Image and video hosting by TinyPic